Wiewiórki, lisy, wilki, kuny, króliki, rysie, bobry – niemal każdy obdarzony gęstą sierścią ssak skończyć mógł jako kołnierz, lamówka czy podbicie szuby. W źródłach dotyczących futer zgromadzonych przez Zygmunta Augusta znajdziemy prawdziwe martwe zoo – jeden ze spisów strojów królewskich już w tytule wymienia m.in.: "sztuki od soboli, główki, nóżki, ogonki i inne okrawki, lamparty i rosomaki, rysie, wilki, lisy czarne". Matka Zygmunta II, królowa Bona, gustowała ponoć zwłaszcza w futrach bobrów, które cenione były za to, że nie traciły łatwo włosia. Jeśli wierzyć relacji habsburskiego dyplomaty Zygmunta Herbersteina, w Polsce i na wschodzie Europy wykorzystywano też niekiedy w strojach futra z domowych kotów – granica między zwierzyną domową a łowną i tą trafiającą na talerz oraz do szafy potrafiła być płynna.
Zwierzęce skórki noszono także jako okrycie ramion lub owinięte wokół talii, niektóre ze zwierząt zamieniano więc w futrzarsko-złotnicze hybrydy. W zbiorach Bony znalazł się m.in.: "Soból czarny z dwu pojedynkowych zszyty, głowa u niego i cztery stopy u nóg złote, kamieńmi drogiemi oprawione [...]". Na jeden płaszcz życie mogło natomiast oddać kilkanaście gronostajów i nawet ponad dwa tysiące popielic – puchatych gryzoni wielkości szczurów, o szarych grzbietach i jasnych brzuchach. Po kilku stuleciach dalekie potomkinie popielic, które oddały życie za dworską modę, zostały w Polsce objęte ochroną gatunkową, a w kilku miejscach, z których gatunek ten zniknął, dokonano w ostatnich latach jego reintrodukcji.