Na szczycie wysokiej drewnianej drabiny siedzi bosy chłopiec z dużym, okrągłym pędzlem w dłoni. Patrzy w zamyśleniu w dół, jakby przyglądając się wirującym wokół niego fantastycznym postaciom – a może wywołując je z własnej wyobraźni. Na dole, niemal poza kadrem, dostrzec można atrybuty pracy malarza: arkusze-szablony z wyciętymi ornamentami, kubełki z farbą, pędzle.
Drabina dzieli kompozycję na dwie części. Po lewej stronie rozciąga się mitologiczno-ludowy korowód złożony z nagich bachantek, ustrojonego winoroślą fauna czy chłopskiej pary w barwnych strojach. Tuż za chłopcem widać także kobietę w czerwonej czapce frygijskiej, białej bluzce odsłaniającej pierś i błękitnej spódnicy – zapewne Mariannę, personifikację republikańskiej Francji. To sfera pełna radości, zmysłowości i beztroski. Dominują tam jasne, ciepłe barwy, migocze czerwień i pomarańcz, a postaci oblewa złociste światło.
Kontrastuje to z prawą stroną – ciemną i szarą, wypełnioną kotłującymi się dramatycznie ciałami. W cierpieniu wyginają się tu zjawy w czarnych szatach i zesłańcy z kajdanami u stóp. Zamiast lamparcich skór, wirujących wokół roztańczonych nimf, powiewają tu złowrogo sybirskie płaszcze, ciężkie szynele. W rogu błyska słomiana korona, w dziełach Malczewskiego częsty atrybut Polonii. Postaciom zdaje się przewodzić półnagi starzec, usytuowany dokładnie na osi drabiny. W ręce ściska sznur, którym spętany jest korowód.
Pomiędzy tymi dwoma sferami balansuje chłopiec-malarz. Choć otoczony ze wszystkich stron, nie sprawia wrażenie uwięzionego. Góruje nad tym kłębowiskiem, niczym jego stworzyciel. Niewinnym, pozbawionym zmanierowania okiem dziecka obserwuje wir postaci, zapętlony jak cykl życia. Ze swojej pozycji jest w stanie zobaczyć całe jego spektrum, poznać zarówno dobro i radość, jak i zło czy cierpienie.