"Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego" – słowa wypowiedziane niegdyś przez Billa Shankly'ego powinny przyświecać każdemu twórcy, który na wielkim ekranie chce opowiadać o piłce nożnej.
Jednak Jan Kidawa-Błoński zdaje się nie podzielać tego zdania. W "Gwiazdach", historii luźno (bardzo luźno) inspirowanej życiem Jana Banasia, próbuje opowiadać jednocześnie o piłce nożnej i o miłości, ale sprawia wrażenie, jakby nie wierzył ani w futbol, ani w miłość.
Ta ostatnia w "Gwiazdach" sprowadza się do wymiany tęsknych spojrzeń rozpisanej na lata. Młody Janek i jego przyrodnia siostra Marlena od najmłodszych lat spoglądają na siebie z ciekawością, którą z czasem zastępuje gombrowiczowska "chemia miłosnych połączeń". Kłopot w tym, że nic z tego nie wynika - ani dla samych bohaterów, ani dla filmowej dramaturgii. Cóż z tego, że Janek i Marlena darzą się zakazanym uczuciem, skoro żadne z nich nawet nie próbuje o nie powalczyć.
"Gwiazdy" zawodzą jako melodramat, ale nie przynoszą też satysfakcji jako film piłkarski. Owszem, Kidawa-Błoński śledzi futbolową karierę Jana Banasia: jest tu coś o dziecięcych początkach, pierwszych klubowych występach, europejskich pucharach, mundialu i niemieckim kontrakcie, ale filmowa kariera Banasia pozostawia widza obojętnym. Nie ma w niej ani sportowych upadków, ani wielkich wzlotów.
Sceny historycznych meczów piłkarskich doskonale obnażają bezsilność reżysera wobec żywiołu, jakim jest (powinna być) piłka nożna. Zamiast budować dramaturgię i budzić emocje w widzach, Kidawa-Błoński stawia na efektowne obrazki. Jest więc slow-motion, rozświetlone kadry prezentujące piłkarzy w rzęsistym deszczu i efektowne ujęcia Michała Englerta, ale brakuje prawdy ludzkich emocji, zmagania się z przeciwnikiem, poświęcenia i bólu, w którym moglibyśmy uczestniczyć i któremu moglibyśmy kibicować.
"Gwiazdy" próbują być epicką powieścią, ale okazują się zaledwie przydługim spisem treści. Kolejne sceny pokazują przełomowe momenty z życia bohaterów. Relacjonują wydarzenia, ale nie opowiadają emocji. Bo Kidawa-Błoński nie daje czasu, by zżyć się z bohaterami, zrozumieć ich motywacje i nakreślić ich cele. Pędzi do kolejnych wydarzeń i kolejnych scen streszczających fabułę.
Filmowy Banaś (nienajlepsza rola Mateusza Kościukiewicza) staje się przez to postacią przeźroczystą. Chcielibyśmy mu kibicować, ale właściwie nie wiemy, dlaczego mielibyśmy to robić. Zwłaszcza, że i filmowy antagonista (Sebastian Fabijański) jest postacią bliźniaczo podobną. Nie różnią się temperamentem, osobowością, ani życiowymi celami, trudno więc, by ich konflikt miał odpowiednią temperaturę.