Popkultura przyzwyczaiła nas do opowieści o artystach kompletnie pochłoniętych swoją sztuką. Nawet takie współczesne obrazy jak filmy Łukasza Rondudy są oparte na niemożności rozgraniczenia tych obszarów. W "Performerze" o Oskarze Dawickim codzienność niepostrzeżenie zamienia się w performanse, w "Sercu miłości" o Zuzannie Bartoszek i Wojciechu Bąkowskim obserwujemy bliskość i napięcie między dwoma osobowościami, codzienność, w której nawet opowiedziany drugiej osobie sen może zostać zawłaszczony jako kanwa dla jej pracy. Ronduda, nie tylko reżyser, ale przede wszystkim kurator i badacz związany z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, stare klisze opowiadania o artystach jako samotnych ekscentrykach lub targanych wielkimi namiętnościami i lekko odklejonych od życia kolorowych ptakach przetwarza z pewnym przymrużeniem oka, ale do jednej rzeczy podchodzi śmiertelnie poważnie – do samej sztuki. Nawet w satyrach takich jak nagrodzony Złotą Palmą w Cannes film "The Square" z 2017 roku czy bardziej niszowych, jak wyreżyserowany przez artystę Horacego Muszyńskiego serial "ASS.DEATH.DICKS (czyt. aesthetics)", żart opiera się w dużej mierze na tym, jaka jest sama sztuka.
Tymczasem w powieści Sudoł sztuka jest bytem fantomowym. Nie ma tu rozmów o ideach i formach, są dialogi o współpracach, korzyściach, projektach coraz bardziej prestiżowych i międzynarodowych, nie ma przekraczania granic, jest Instytucja dbająca o sprawne zarządzanie karierami i podtrzymywanie dobrze naoliwionego systemu. Od większości historii osadzonych w świecie sztuki, skupiających się na twórcach umoszczonych już w kanonie, powieść Sudoł – insiderki, która sama jest młodą i aktywną od paru lat absolwentką ASP w Warszawie – różni się więc nie tylko tym, że skupia się głównie na młodych i aspirujących, którzy dopiero próbują dochrapać się sukcesu.