Konwencja dokumentu, a właściwie paradokumentu, też pojawia się w twoich pracach. "Zabójczy głos" to pastisz paradokumentu o zjawiskach nadprzyrodzonych.
To był film zrealizowany jeszcze na studiach. Mieliśmy zadanie wzorowane na filmie Larsa von Triera "Pięć nieczystych zagrań", w ramach którego musieliśmy na pięć sposobów przerobić dany motyw. Ja wybrałem motyw wzięty z Baudelaire'a, co może brzmi poważnie, ale sytuacja była totalnie niepoważna – akurat miałem "Kwiaty zła" na szafce nocnej, bo chciałem zaimponować dziewczynie. Dzień przed wybraniem tematu szybko je przewertowałem i na jednym z wierszy postanowiłem oprzeć fabułę. W ramach tych nieczystych zagrań wykładowca mówił na przykład: "Zrób z tego dokument, w którym ty będziesz głównym bohaterem". W "Zabójczym głosie" więc faktycznie duchem jestem ja, chociaż występuję tam dosłownie przez sekundę. Oczywiście wykładowcy chodziło o raczej o pewną opowieść o sobie, natomiast ja podszedłem do tego totalnie telewizyjnie i chciałem pokazać, że dokument nie musi być sytuacją rzeczywistą. Może wyglądać na rzeczywisty, choć jest totalnie wymyślony – wszystko zależy od wyboru konwencji. Dokumenty emitowane np. na Discovery, których oglądam bardzo dużo, niby mają opowiadać o sytuacji rzeczywistej, choć osoby, które mają jakiekolwiek telewizyjne doświadczenie, wiedzą doskonale, że to jest reżyserowane.
Seriale paradokumentalne mają takie wzięcie, bo człowiek uwielbia podglądać cudze życie. Im bardziej jest to teoretycznie prawdziwe, tym większa w człowieku satysfakcja z oglądania cudzego nieszczęścia czy podglądania cudzych intryg. Zastanawiam się, jak wprowadzić w świat sztuki widza, który w telewizji jest edukowany za pomocą takiego contentu. Szukam sposobu, żeby ten content tak przerobić, by miał w sobie coś więcej niż prostą telewizyjną historię. Coś, co widz może, choć nie musi, wyłapać.