Spała w łóżku z rysiem i mieszkała pod jednym dachem z oswojonym dzikiem. Simona Kossak była naukowcem, ekologiem, autorką nagradzanych filmów i słuchowisk radiowych. Aktywnie działała na rzecz najstarszego lasu w Europie. Uważała, że należy żyć prosto i blisko przyrody. Wśród zwierząt znalazła to, czego nigdy nie doświadczyła od ludzi.
Prawnuczka Juliusza Kossaka, wnuczka Wojciecha Kossaka, córka Jerzego Kossaka – trzech malarzy rozmiłowanych w polskim krajobrazie i historii. Bratanica Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec. Miała być synem i czwartym Kossakiem – tak jak przodkowie, dźwigać sztalugi i znane nazwisko. Wybrała własną drogę.
Elżbieta Kossak, matka Simony

Elżbieta Kossak, matka Simony, słynęła z wyjątkowej urody i klasy. Fot. archiwum rodzinne Kossaków
Matka Simony, […] Elżbieta Dzięciołowska-Śmiałowska, zanim została Jerzową Kossakową, była jego flamą. Nie żoną, nie narzeczoną, nie dziewczyną, tylko kochanką. Jej romans z Jerzym Kossakiem rozwijał się latami. Kossak, żonaty z Ewą Kossakową z domu Kaplińską, związał się z młodszą od siebie o dwadzieścia cztery lata Elżbietą prawdopodobnie w połowie lat trzydziestych. Był to, jak można domniemywać, związek nauczyciela i uczennicy. Romans szefa i asystentki. Miłość kobiety, która miała urodę, i mężczyzny, który miał nazwisko. A do tego żonę i córkę. Historię tego romansu zdradzają obrazy Jerzego Kossaka. W 1935 roku przyszły ojciec Simony namalował portret ojca Elżbiety, Wiktora Dzięciołowskiego. Swój obraz podpisał: "Najmilszej Elusieńce, na pamiątkę jej Kochanego Ojca". Napisał właśnie "Elusieńce" albo "Elżunience", co nie jest dziś łatwe do rozszyfrowania. W połowie lat trzydziestych Jerzy i Elżbieta najwyraźniej nie tylko się znali, lecz także lubili. W 1937 roku Kossak namalował z kolei obraz na motywie ballady Adama Mickiewicza "Ucieczka". Jeździec trzyma na nim nagą dziewczynę o rysach Elżbiety, a u dołu widnieje dedykacja: "Bardzo kochanemu Bubusiowi w dzień imienin". Bubusiem (i Bobusiem) Jerzy nazywał Elżbietę, gdy już była jego żoną.
Jerzy Kosak, ojciec Simony

Jerzy Kossak, ojciec Simony, podobnie jak przodkowie uwielbiał konie. Fot. archiwum rodzinne Kossaków
Czym Elżbiecie zaimponował Jerzy? Nazwiskiem? Czy może w starszym od siebie mężczyźnie szukała ojca? Na pewno nie oczarował jej pieniędzmi – Kossakowie mieli wtedy spore długi – ani urodą. Jerzy był niski i krępy, nie za wiele odziedziczył po swoim przystojnym ojcu. Ale ona "kochała go na zabój", twierdzi ich wnuczka Joanna Kossak, córka Glorii, siostrzenica Simony. Elżbieta, wiążąc się z Kossakiem, chciała przejść do historii – to tajemnica poliszynela w Krakowie. Natomiast Simona o małżeństwie rodziców mówiła: "Moja mama tak się zakochała w ojcu, że wszystko, co było jego, stało się automatycznie jej. […] Znali się długo, matka miała czas poznać ojca gusty i przyjęła je jako swoje. Była całym domem i tradycją, jaka panuje w Kossakówce".
Dziedzinka – tu albo nigdzie

"Simona, jedziemy na Dziedzinkę, może tam Ci się spodoba". Pojechali i Simona od razu pokochała to miejsce. Ponad 30 lat mieszkała w chatce pośrodku Puszczy Białowieskiej. Fot. Lech Wilczek
Simona zobaczyła po raz pierwszy Dziedzinkę przy świetle księżyca – wspomina Ewa Wysmułek. – Zdecydowaliśmy, że pojedziemy tam nocą. Jechaliśmy drogą z pochodniami we czworo: mąż, wynajęty furman, ja i Simona. Nagle na Drogę Browską wyszedł żubr. Koń stanął dęba, przestraszyliśmy się, ale dojechaliśmy. Simona z miejsca zauroczyła się Dziedzinką.
Simona opisała po latach tę wyprawę oraz spotkanie z królem puszczy:
To był pierwszy żubr, którego w życiu widziałam, nie liczę tych w zoo. No i to powitanie przy wjeździe do puszczy: ten monumentalny żubr, biel, śnieg, pełnia, bieluteńko naokoło, ślicznie […] i leśniczóweczka ukryta na polance cała ośnieżona, dom opuszczony, przez dwa lata nikt tu nie mieszkał. W środkowym pokoju nie było podłóg, w ogóle ruina. I ja na ten dom popatrzyłam, tak właśnie osrebrzony księżycem, żeby było romantycznie, i powiedziałam: koniec, tu albo nigdzie!
Kossakówka na Dziedzince

Wnętrze leśniczówki Dziedzinka Simona urządziła pamiątkami z rodzinnej Kossakówki. Fot. Lech Wilczek
Zanim Simona zamieszkała na dobre na Dziedzince, trzeba było dom wyremontować. Pracownicy Białowieskiego Parku Narodowego zreperowali więc dziurawy dach, wymienili legary, zlikwidowali grzyba i powiedzieli, że to wystarczy na pięć lat (i na tyle rzeczywiście wystarczyło). Po remoncie Simona zaczęła urządzać swoją część Dziedzinki. Tapetowała ściany, myła okna, ustawiła kanapę, ławę, tapicerowała fotele, które przyjechały z Krakowa. Z Kossakówki przywiozła także zegary, kindżał turecki, koronkowe obrusy i firanki, książki, lampy naftowe, żelazko na duszę, kolekcję broni, sepety z hebanu oraz szkło, porcelanę, szafki góralskie i dębowe łóżko po Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Koło drzwi zawiesiła dubeltówkę ze zbiorów Kossaków. I nie przejęła się, gdy Jacek Wysmułek powiedział: "Z Dziedzinki to ty Kossakówki nie zrobisz". W rogu pokoju Simony stał duży kaflowy piec w starym stylu. Na środku stół – warsztat pracy studyjnej przy lampie naftowej. Wszystkie meble obrusy, książki przybyły z Kossakówki wraz z Elżbietą Kossak, która przyjechała do córki. Latem Simona oddzielała swoją część Dziedzinki od części matki kotarą.
"Rajd Paryż–Dakar"

"Sunące na komarze zjawisko", czyli Simona Kossak jedzie do leśniczówki Dziedzinka. Fot. Lech Wilczek
Pierwszy Kossak jeździł konno i dorożką, drugi konno, dorożką i automobilem, a trzeci tym, czym jeździli jego przodkowie. Simona jeździła rowerem, motorowerem komarem, maluchem, samochodem terenowym, ciągnikiem, sunęła na nartach biegowych. Przejechała tymi pojazdami drogę z Białowieży na Dziedzinkę setki razy. Trasa ta, o której niektórzy mówią "rajd Paryż–Dakar", tonęła w błocie, a na dodatek była niszczona przez pojazdy wywożące z puszczy dęby.
Kiedyś – wspomina Tomasz Werkowski, myśliwy z Białowieży – zobaczyłem takie sunące na komarze zjawisko: rozwiane włosy, czapka pilotka, spodnie z królika, gogle na oczach. Przejechało koło mnie i aż się obróciłem, bo nie wiedziałem, co to było. Zdarzyło się to w 1974 roku, wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Simonkę.
W Białowieży pojawiło się już wtedy kilka prywatnych samochodów, ale żaden z nich nie należał do Simony. Zimą jeździła więc do pracy na komarze, na którym ręce przymarzały do kierownicy.
Kiedyś jechaliśmy z kolegą łazikiem po Puszczy Białowieskiej – mówi profesor Kajetan Perzanowski, kolega Simony ze studiów z Krakowa, który przez jakiś czas zajmował się sarnami, a dziś bada żubry – patrzymy, a tu ktoś przedziera się przez zaspy i dźwiga na plecach motorower. To była Simona. Zapakowaliśmy ją z tym motorowerem na naszego łazika. Odwdzięczyła się nam potem na Dziedzince, odgrzewając gar bigosu.
Przytulanka

Wspólny posiłek w towarzystwie szczególnego domownika, Simona z lochą Żabką. Fot. Lech Wilczek
Dzika, jednodniową lochę, przywiózł Lech Wilczek i dzięki temu zwierzęciu lokatorzy Dziedzinki [Simona Kossak i Lech Wilczek] bliżej się poznali. I polubili. Wcześniej ona uważała, że on jest zarozumiały. On nie pozostawał jej dłużny. Kiedy na Dziedzince pojawiła się locha, Wilczek poprosił Simonę o opiekę nad dzikiem w czasie jego nieobecności, a później zaczął ją Simonie "wypożyczać". Z małą lochą obydwoje spali potem w swoich łóżkach. Żabka wyrosła na dzika w rozmiarze XXL i została u nich siedemnaście lat. "Niczym pies przy nodze warowała, chodziła na spacery, coraz częściej zdarzało się, że przytulała się do gospodarzy i żądała pieszczot!", opisywał krakowski dziennikarz, gość Dziedzinki, Zbigniew Święch.
Kruk terrorysta

Simona z krukiem Koraskiem, który kradł złoto i atakował rowerzystów. Fot. Lech Wilczek
O kruku ludzi mówili, że to oswojony bandzior i złodziej. Terroryzował pół Białowieży. Kradł pudełka po papierosach, szczotki do włosów, nożyczki, sekatory, łapki na myszy i notesy. Atakował ludzi. Rozpruwał siodełka rowerów. Kradł dokumenty, w lesie drwalom kiełbasę i robił dziury w siatkach z zakupami. Chwytał mężczyzn za nogawki, a kobiety ciągnął za spódnice i kaleczył nogi. Ludzi myśleli, że Korasek, bo tak go nazywano, to jakaś kara za grzechy.
Kradł nawet wypłatę robotnikom w lesie – wspomina Stanisław Myśliński, który do dziś ma blizny po ptaku. – Kiedyś ukradł mi przepustkę do rezerwatu, wyciągnął mi ją z kieszeni, a potem ostentacyjnie podarł. Uwielbiał atakować osoby jadące rowerem, szczególnie dziewczyny. To było bardzo efektowne, zaczynał okładać rowerzystę dziobem po głowie, rowerzysta spadał z roweru, a kruk siadał triumfalnie na siodełku i patrzył na kręcące się koło.
Kiedyś ukradł mi kluczyki do samochodu i uciekł do puszczy – opowiada kolega Simony. – A Lechu [Wilczek] na to: "Nie przejmuj się, przyniesie z powrotem". Wziął pręt i postraszył kruka: "Ty sukisynie, przyjacielowi zabrałeś kluczyki?!". I zapowiedział Koraskowi, że jak odda kluczyki, to dostanie jajko, a jak nie odda, to dostanie prętem. I kruk chyba to zrozumiał, bo po chwili przyleciał do mnie wściekły z kluczykami w dziobie i demonstracyjne rzucił je na stół!
Chodziłam kiedyś po rezerwacie bez przepustki – mówi Bożena Wajda – zobaczył mnie strażnik parku, poszedł za mną na Dziedzinkę i zaczął wypisywać mandat. Kiedy wręczał mi wypisany druczek, nadleciał kruk. Złapał mandat w dziób, poleciał z nim na dach Dziedzinki, i nogą go podarł na tym dachu. Dostałam takiego ataku śmiechu, że nie mogłam się opanować, strażnik nie wiedział, co zrobić, i w końcu machnął na to wszystko ręką. Jak opowiadałam o tym Simonie, to myślałam, że umrze ze śmiechu.
Duch tradycji ziemiańskiej

Elżbieta Kossak, matka Simony, lubiła życie na Dziedzince. Przez dwa lata kursowała między Krakowem a Białowieżą. Fot. Lech Wilczek
Matka Simony Elżbieta przez dwa lata kursowała między Krakowem a Białowieżą. Na zimę wracała do Kossakówki. Miała kłopot z biodrem i chodziła o kulach, a poruszanie się po Dziedzince, w której wygódka znajdowała się na zewnątrz, było dużym utrudnieniem. Dziedzinka jednak dla tej kobiety wychowanej w duchu tradycji ziemiańskiej to musiał być raj: życie zgodne z rytmem przyrody, smażenie konfitur, five o clock. Życie na Dziedzince latem rzeczywiście przypominać atmosferę ziemiańskiego dworu – czytanie przy świetle lamp naftowych, hodowla drobiu, a z czasem przędzenie wełny, do tego co godzinę wydzwaniały kuranty, zegary z kolekcji Lecha Wilczka. Simona żyła teraz trochę jak jej babka Wojciechowa Kossakowa i prawdopodobnie jak w dzieciństwie żyła jej matka, czyli jak prawdziwa ziemianka. Tak jak one na przykład leczyła się ziołami czy używała słów "subiekt" i "etażerka", i tak jak babka i matka zwracała uwagę na to, w jakim obraca się towarzystwie. Stosowała też w rozmowie esprit de répartie, błyskotliwą ripostę, w której, jak każde ziemiańskie dziecko, była zaprawiana od dzieciństwa. A przede wszystkim nie konsumowała życia, lecz traktowała jako zadanie, a z czasem jak misję.
Członek stada

Simona ze stadem saren. Fot. Lech Wilczek
Stadko moich saren, które wychowałam na butelce i potem przez wiele lat chodziłam z nimi po lesie – wspominała Simona Kossak – któregoś dnia wykazywało objawy przepłoszenia, strachu i nie chciało wyjść na uprawę leśną, żeby się paść. I ja zaczęłam iść w kierunku młodnika, bo tam się te zwierzęta patrzyły z uszami postawionymi i zjeżonymi kuperkami, widać, że coś tam bardzo groźnego w tym młodniku jest. Przeszłam mniej więcej połowę drogi tej otwartej przestrzeni i zastopowało mnie, bo usłyszałam za sobą chóralne szczekanie pełne grozy, więc się obróciłam i co zobaczyłam? […] Pięć moich sarenek stało na sztywno wyprostowanych nóżkach, patrzyło na mnie i wołało do mnie tym szczekaniem: nie idź tam, nie idź tam, tam jest śmierć! Przyznam się szczerze, że osłupiałam, po czym jednak poszłam. I co się okazało. W tym młodniku były świeże ślady przejścia rysia. Weszłam głębiej w gąszcz i znalazłam kał rysia, i on rzeczywiście był ciepły, bo przyłożyłam rękę. Co to znaczyło? Znaczyło, że wdarł się do zagrody drapieżnik, sarny go zauważyły, uciekły i były spłoszone, i co zobaczyły? Matkę idącą nieświadomie na pewną śmierć, trzeba ją ostrzec, i dla mnie, przyznam się szczerze, ten dzień był przełomowym dniem. Przekroczyłam granicę, która dzieli świat człowieka od świata zwierząt. Gdyby nas od zwierząt dzieliła szyba, mur nie do przebicia, zwierzęta by się mną nie przejęły. My jesteśmy sarny, ona jest człowiek, co ona nas obchodzi? Jeżeli mnie ostrzegły […], oznaczało to tylko i wyłącznie jedno: jesteś członkiem naszego stada, nie chcemy, by zdarzyła ci się krzywda. Przyznam się szczerze, że przeżywałam to zdarzenie przez wiele dni i właściwie dzisiaj, jak myślę o tym, miękkie ciepło na sercu odczuwam. Jest to dowód, jak można by się zaprzyjaźnić ze światem dzikich zwierząt.
Zoopsycholog

Dla zwierząt była jak matka. Na zdjęciu z łosiami bliźniakami, które Kossakówna nazywała Cola i Pepsi. Fot. Lech Wilczek
W przydomowej zagrodzie Simony z czasem pojawią się jeszcze: łania, która będzie przychodziła pod jej okno i wyjadała cukier, czarny bocian, któremu Simona zrobi w drewnianej skrzyni w swoim pokoju gniazdo, jamniczka i rysica, którą będzie brała do łóżka, oraz pawie. Dziedzinka szybko stała się laboratorium doświadczalnym, jakie z roku na rok Simona powiększała jako zoopsycholog, jak o sobie mówiła, oraz szpitalem, przychodnią i poczekalnią dla chorych zwierząt. Tu leczyła, tuliła i razem z Wilczkiem, który fotografował zwierzęta, obserwowała tę menażerię. Tu wychowywała jak matka łosie bliźniaki: Pepsi i Colę, myła czarnemu bocianowi szyję, brała do rękawa Kanalię, szczurzycę, która na otwartej przestrzeni wpadała w panikę, pozwalała zaprzyjaźnionej łani urządzać sobie na podwórku porodówkę, zabierała do domu owieczki i ich supermatkę owcę wrzosówkę, hodowała i podglądała szczury: Alfę i Omegę, trzymała w akwarium świerszcze. Tu sprawdzała pogodę, obserwując nietoperze w piwnicy. Z roku na rok menażeria się powiększała.
Batalia o rysie i wilki

Simona z rysiczką Agatą, hodowaną na potrzeby filmu Jana Walencika. Fot. Lech Wilczek
Zimą 1993 roku Simona, jak mówiła dziennikarzom, rozpoczęła batalię o uratowanie od zagłady białowieskich rysiów i wilków.
Grupa młodych pracowników z Zakładu Badania Ssaków PAN – pisała na przykład Alina Niedzielska w artykule opublikowanym w "Twoim Stylu" – wpadła na pomysł prowadzenia badań telemetrycznych. Polegają one na tym, że dzikiemu zwierzęciu zakłada się obrożę z nadajnikiem radiowym, żeby chodząc po lesie, nadawało informacje. Ale drapieżnika najpierw trzeba odłowić. Przypadkowo wyszło na jaw, że naukowcy zastawiali na rysie i wilki potrzaski, zakazane u nas prawem. Simona Kossak pokazuje "aparaturę badawczą", którą znalazła w Puszczy – ciężkie metalowe szczęki. Trzeba dwóch mężczyzn, żeby je otworzyć. Właśnie odłożyła gotowy maszynopis, gdy pod dom podeszło stado wilków. […] Wilki wyły przejmująco. […] "To był hymn dziękczynny za uratowanie im życia – mówi z przekonaniem. – Wilki nigdy nie zbliżają się do zabudowań. Są zbyt płochliwe". Może wyczuły przyjazną aurę, jaka emanowała z leśniczówki.
W 1993 roku Simona natknęła się w ścisłym rezerwacie na zastawione na drapieżniki przez pracowników Zakładu Badania Ssaków dwa potrzaski, zabrała je więc ze sobą i nie chciała oddać, została więc oskarżona przez naukowców z zakładu o kradzież aparatury badawczej. Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Hajnówce i II Wydział Karny Sądu Rejonowego w Bielsku Podlaskim. W czasie przesłuchania prowadzonego przez prokuraturę Simona na pytanie, jakie zagrożenie dla zwierząt w Puszczy Białowieskiej stwarzało rozstawienie tego rodzaju narzędzi badawczych, odpowiedziała:
Moim zdaniem nie tylko dla zwierząt, ale również dla strażników stanowiło [to] śmiertelne zagrożenie. […] Każde zwierzę, które dostanie się w pułapkę, jest potencjalnie skazane na śmierć, jeżeli będzie uszkodzenie łapy ciężkie. Przy populacji liczącej dwanaścioro osobników, wliczając w to kłusownictwo i przypadkowe przypadki śmierci zwierząt dzikich, jest to śmiertelne zagrożenie dla trwania ostatniej nizinnej populacji rysia, którego pula genowa jest jedyna w Europie, ponieważ w Europie dzikiego rysia nizinnego już nie ma. Jest to w ogóle hańbą dla świata nauki, żeśmy przyłożyli do tego rękę.
Anna Kamińska – dziennikarka, autorka książek i wydawca telewizyjny. Współpracuje z prasą. Publikowała między innymi w tygodniku "Wysokie Obcasy" ("Gazeta Wyborcza") oraz w magazynach "Uroda Życia", "Zwierciadło", "Sukces" i "Pani". Autorka książek "Odnalezieni. Prawdziwe historie adoptowanych" (2010), "Miastowi. Slow food i aronia losu" (2011) oraz biografii "hipiski z Białowieży" – "Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak" (2015). W chwilach wolnych od pisania gra na wiolonczeli.
Anna Kamińska
"Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak"
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015
wymiary: 145 x 207 mm
liczba stron: 336
oprawa: twarda
ISBN: 978-83-08-05523-6
Autor: Janusz R. Kowalczyk, lipiec 2015