Talent wprost od Boga nie uchronił go, niestety, przed udziałem w przedsięwzięciach moralnie nagannych. Tak ocenia się – czy słusznie? – przedwojenną współpracę poety z faszyzującym pismem "Prosto z mostu", jak również jego późniejszy neoficki entuzjazm w wysławianiu ludowej ojczyzny.
Książka obala wiele mitów, w tym rozpowszechnione przekonanie, że autor "Zaczarowanej dorożki" tworzył w pijanym widzie, ot tak, od niechcenia. Przeciwnie, latami regularnie wstawał grubo przed świtem, o czwartej, albo i o trzeciej nad ranem. I zasiadał nad kartką papieru.
Umieszczając losy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w kontekście jego twórczości, Anna Arno wskazuje na istotne rozbieżności między życiem a sztuką. Nawet wielokroć deklarowana w strofach najczulsza miłość poety do żony Natalii nie uchroniła go przed niewiernością. Po latach wojny spędzonych w jenieckim obozie Altengraben dziwnie nieśpieszny był powrót marudera do domu, spowodowany niezdecydowaniem, z którą z trzech emigracyjnych muz związać dalsze losy.
Lucynę Wolanowską Gałczyński uszczęśliwił synem, Konstantym Ildefonsem i… "polecił opiece Tadeusza Nowakowskiego i Józefa Czapskiego". Drugiej wybrance, lektorce języka polskiego na uniwersytecie w Montpellier, Anieli (Neli) Micińskiej, siostrze Bolesława Micińskiego, oświadczył się, zapewniając ją, że "ma od Boga specjalny przywilej na wielożeństwo, które jest niezbędne dla niego jako poety". Z trzecią, Martą (Marutą) Stobiecką – pierwowzorem nawiedzonej poetki grafomanki Hermenegildy Kociubińskiej – zjawił się w końcu w Krakowie.
Waldorffowi utkwił w pamięci ten wiosenny dzień, kiedy zdenerwowana Natalia pilnie wezwała go na Basztową. "Skoro tylko wszedłem, od razu w głębi korytarza dostrzegłem Konstantego. W battle-dressie, szpakowaty, z twarzą pobrużdżoną trochę już jakby zmarszczkami, witał się chłodniej, niż mogłem oczekiwać, czy może był skrępowany…". W głębi mieszkania, obok dużych plecaków i worków siedziała ubrana w wojskową spódnicę Maruta. W Natalii wzbierała złość i radość. Sytuację uratowali Jerzy i Maryna Zagórscy, którzy zaaranżowali wspólną kolację i zabrali do siebie Stobiecką. Kilka dni później związany niegdyś z "Prosto z mostu" Dobraczyński zawiózł ją do Warszawy i umieścił u sióstr zmartwychwstanek.
Mniej eksponowany epizod z życia Gałczyńskiego biografka rzeczowo opisała, z szacunkiem dla faktów, bez egzaltacji czy plotkarstwa. Nie inaczej przedstawiła specyfikę innych wyborów poety, który w 1922 roku rozpoczął studia na wydziale humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Studentem pozostawał formalnie do 1931 roku. Profesorowie mu sprzyjali, ale on nie zaliczył ani jednego przedmiotu, bo... nie przywiązywał wagi do formalności i nie zależało mu dyplomie.
Całkowitym fiaskiem skończyły się próby skoszarowania poety przez wojsko jak i podjęcia przezeń pracy zarobkowej, między innymi na stanowisku cenzora. I choć Gałczyński nie wykazywał żadnych predyspozycji do dyplomacji, ustosunkowany przyjaciel artystów (Władysław Jaroszewicz – komisarz rządu na m. Warszawę) w 1931 roku powierzył mu stanowisko w Konsulacie Generalnym w Berlinie.
W urzędowaniu Gałczyński przyjął strategię, którą wypracował sobie już w wojsku – miganie się od obowiązków i rozbijanie sztywnej atmosfery. Podobno na swoim biurku postawił kartkę "Noli me tangere" ("Nie dotykaj mnie"). Jak wspominał Antoni Patena, który razem z Gałczyńskim debiutował w służbie dyplomatycznej […] "teczki przechodzące przez jego ręce upstrzone były najrozmaitszymi sentencjami w rodzaju: »spinacz jest podstawą aktu, nic nie zmieni tego faktu«. Patena po godzinach nadrabiał zaległości kolegi, a Gałczyński przypominał z powagą: »za każdą teczką stoi człowiek, panie Antoni«."
Poproszony o wystąpienie podczas okolicznościowej akademii z okazji święta 11 listopada 1932, ubrany w smoking i lakierki poeta z powagą odczytywał dane z "Małego rocznika statystycznego" o wzroście produkcji mydła, sody kaustycznej, etc. Jak zapamiętał Edmund Osmańczyk, po półgodzinnej litanii "Konstanty złożył starannie książeczkę i wsunął ją z powrotem do kieszeni smokinga. Wśród grobowej ciszy podkreślonej skwierczeniem nieprzyciętych łojowych świec Konstanty chrząknął i rozejrzał się ze zdumieniem po sali. – Czyż wymowa tych cyfr nie wystarczy? – zapytał z wyrzutem, a po chwili dodał: – Wobec wymowy liczb milkną słowa poety."
Ważnym epizodem przedwojennej kariery była jego praca w rozgłośni radiowej w Wilnie. "Serdecznie przyjęty Gałczyński wyczuł radiowe konwencje i niebawem stał się pracownikiem uniwersalnym: autorem programów i słuchowisk, ale również adaptatorem, spikerem i aktorem radiowym". Słowo mówione nie zastąpiło drukowanego, zwłaszcza że poeta nie był wierny żadnemu patronowi i to nie ze względu na polityczne alianse, a raczej dzięki strategii zarobkowej.
Publikował, gdzie popadło: w konkurencyjnym wobec "Słowa" "Kurierze Wileńskim", ale także w krakowskim "Ilustrowanym Kurierze Codziennym" oraz związanych z nim rozrywkowych czasopismach "Wróble na dachu" i "Na szerokim świecie". Kilka satyrycznych wierszy mających premierę na antenie zostało jednocześnie wydrukowanych w "Cyruliku Warszawskim", który tymczasem bardzo się skomercjalizował. Nawiązując współpracę z nowo powstałymi "Szpilkami", Gałczyński nie ukrywał, że wysoko się ceni. Przesłał "Piosenki naczelnika wydziału grobownictwa", do których dołączył zamaszystą notkę, iż godzi się pisać za darmo pod warunkiem, że pismo zmieni nazwę na "Świnka Morska".
Współpracę z tygodnikiem literacko-artystycznym "Prosto z mostu", założonym w 1936 roku przez nacjonalistę Stanisława Piaseckiego, interpretowano jako polityczne naiwniactwo bądź interesowny cynizm Gałczyńskiego. Znalazł się na łamach pisma konkurencyjnego dla "Wiadomości Literackich" Mieczysława Grydzewskiego, gdzie go drukować nie chciano. Poeta odwdzięczył się Piaseckiemu artykułem "Do przyjaciół z »Prosto z mostu«" [24 maja 1936], w którym posługując się napastliwą nacjonalistyczną retoryką obrażał wielu kolegów po piórze, zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości.
Tam również wydrukował "Skumbrie w tomacie", jak i wiersz "Polska wybuchnie w 1937 roku", z przerażającą "Antyfoną": "Na tych, co biorą wodę w usta,/ na czytelników wuja Prousta,/ na skamandrytów, na hipokrytów,/ ześlij, zepchnij, Aniele Boży,/ Noc Długich Noży". To kolejny z tekstów, który poecie nie zostanie zapomniany. Jak uszczypliwie pod koniec lat 60. pisał Artur Sandauer, przed wojną Gałczyński pojawiał się w pismach, "w których nikt szanujący się nie zwykł występować".
Trzeba było wojny i obozu jenieckiego – gdzie Gałczyński jako poliglota był nieformalnym tłumaczem – oraz powojennej poniewierki, żeby w przełomowym wierszu "Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich" poprosić Boga o hart ducha, którego autorowi nie dostawało: "I żebym unikał jak ognia alkoholu, głupich kobiet i lenistwa".
Zacznie szukać swego miejsca w kraju dźwigającym się z wojennych ruin. Z podróży do Moskwy wysyłał otwarte listy do żony, drukowane w "Odrodzeniu": "Jaka szkoda, Natalio, żeś nie mogła ze mną polecieć! Bobyś tutaj szóstego listopada zrozumiała dwie rzeczy: co to znaczy entuzjazm i co to znaczy Stalin. Stalin to nie tylko drogowskaz i zwycięstwo. Stalin to pieśń narodu". Autor rozpisał się też o mandarynkach, którymi w Kraju Rad zajadają się dzieci – sam tego nie widział, ale powtarzał co usłyszał od przewodnika nieodstępującego polskiej delegacji.
Niedługo później w wierszu "Umarł Stalin" wykorzystał antyczny motyw skarżącej się natury ("natura plangens"), z czarnymi chmurami i wichurą, widomymi znakami żałoby po śmierci wodza. Aleksander Wat dostrzegł w tym utworze użycie starych chwytów "retoryki pochlebczej rozkwitłej z pysznością aż wschodnią".
Czesław Miłosz w wydanym na emigracji "Zniewolonym umyśle" kpił sobie z koniunkturalnej postawy Gałczyńskiego, który niegdyś zaatakował go w "Poemacie dla zdrajcy". Ale i w kraju obrywało mu się wciąż za liryczne pięknoduchostwo, choć co krok czynił koncesje na rzecz wciąż niesytej oficjalnej propagandy. Nawet do wiersza "Z listu do córki", adresowanego do kilkuletniej Kiry, nie zapominał wtrącić frazy: "Pamiętaj moje złotko,/ że dla ciebie zginął Nowotko".
Dla wielbicieli poety tego typu prost(acki)e rymy są dowodem na to, że Gałczyński zawsze pozostawał sobą. I że nawet w socrealistycznych utworach przemycał kpinę z państwowego mecenasa, któremu trzeba sprostać, mimo pogardy dla celów i metod jego postępowania.
Poeta najczęściej nie uczestniczył w literackich konwentyklach, gdzie bywał atakowany przez oportunistycznie nastawionych, mniej utalentowanych literatów, zarzucających mu brak uświadomienia klasowego. Swoją postawę tłumaczył w szkicu "O sobie" na łamach "Odrodzenia".
[…] tylko hipokryci budzą się i zasypiają w stanie kompletnego zadowolenia z siebie. Na jedno tylko nie pozwolę. Na to, żeby z którejkolwiek strony padał pod moim adresem zarzut "reżimowości". Ludzie, którzy chcą czy chcieliby mi taki zarzut postawić, niech go naprzód dobrze przemyślą. Reżimowość to termin dobry w stosunku do ludzi, którzy bywali na ministerialnych herbatkach sanacyjnych. Ja na tych herbatkach nie bywałem. Ja nie zawsze miałem na herbatę.
W desperackim liście do swego chlebodawcy i opiekuna Jerzego Borejszy, notabene pozbawionego już w tym czasie wpływów, rozżalony Gałczyński odżegnywał się od przeszłości: "współpraca z tygodnikiem »Prosto z mostu« nie dał mi nic oprócz hańby. […] O moim antysemityzmie napisałem swego czasu list otwarty do tygodnika »Kuźnica«. Nie zamazuję niczego. […] A teraz, żeby dać finał memu oświadczeniu, powtarzam raz jeszcze pod adresem anonimów szepczących po kątach, że nie tylko w sumieniu, co uczyniłem dawno, ale publicznie potępiam raz na zawsze moją przeszłość".
Jak każda porządna biografia, książka o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim jest nie tylko o samym poecie, bo zarazem wyraziście rysuje tło czasów – obejmujących najtrudniejszą połowę poprzedniego wieku – w których przyszło mu żyć. Czytelnik nie znajdzie w tym tomie żadnych propagandowych tez czy pouczeń, bo też autorka nie bawi się w Katona. Unaocznia nam tylko, że niesprzyjające wiatry mogą hulać nawet w całkiem bezpiecznym z pozoru świecie, jak kraina poezji: "liryka, liryka, tkliwa dynamika, angelologia i dal".
Anna Arno ukończyła historię sztuki w Institute of Fine Arts na Uniwersytecie Nowojorskim. Współpracuje z miesięcznikiem "Znak", "Zeszytami Literackimi" i "Gazetą Wyborczą". Jest tłumaczką i laureatką Nagrody "Zeszytów Literackich" za debiut w dziedzinie poezji. Publikuje pod pseudonimem.
Anna Arno
"Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta"
Wydawnictwo
Znak, Kraków 2013
wymiary: 165 x 235 mm
liczba stron: 464
oprawa: twarda, lakierowana
ISBN: 978-83-240-2770-5