Konstanty Ildefons Gałczyński, źródło: PolonaPoeta, także tłumacz; urodził się 23 stycznia 1905 roku w Warszawie, zmarł tamże 6 grudnia 1953.

Na przecięciu czy na uboczu dwóch głównych nurtów poezji dwudziestolecia międzywojennego, nurtu klasycyzującego i szeroko pojętej awangardy, wyrasta fenomen Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (1905-1953). Wykorzystując twórczo zdobycze "Skamandra", futuryzmu, kubizmu, surrealizmu, przynależąc czas jakiś do "Kwadrygi", nie opowiedział się za żadnym skrzydłem, nie podpisał pod żadną teorią czy programem; wybrał pozycję libero, cygana, trubadura, który służy wszystkim i nikomu, a komu zależy naprawdę jedynie na dwóch rzeczach: "by zarobić ździebełko na bułeczkę i masełko", by utrzymać się z pióra i wyżywić rodzinę oraz na tym, by znaleźć drogę do szerokiej publiczności, sycić, opromieniać życie poezją w myśl prostej roboczej dyrektywy, której da wyraz w swym testamencie poetyckim, w Pieśniach (1953):

Myślę, że po to są wiersze,
ich ruch ku sercu człowieka,
by szerzej szła, coraz szerzej
przez kontynenty jutrzenka...

Był za życia i pozostał po śmierci poetą osobnym. Oznacza to (względną) niezależność, oryginalność, popularność, ale też może oznaczać cięgi zbierane choćby za "służalstwo", "sprzedajność", zdolność mimikry, przefarbowywania się, błazenadę - słowem: za bezideowość - praktycznie z każdej strony, by przypomnieć tylko atak Ważyka w 1950 z oficjalnej trybuny i rewanż Miłosza (za Poemat dla zdrajcy) zza granicy w 1953 w Zniewolonym umyśle. Pikanterii tej tragedii dodaje fakt, że obie napaści, na "rozwydrzonego kanarka" i na "trubadura", w ówczesnej sytuacji politycznej nie były całkiem bezpodstawne, że Gałczyński zawzięcie i chytrze lawirując na polu minowym, "szukał guza" i że ten taniec okazał się dla niego zabójczy.

Los poety (w krótkim czasie po dwóch zawałach serca) stawał się ostrzeżeniem dla innych sowizdrzałów-marzycieli: w warunkach opresji i polaryzacji sytuacja lawiranta, niebieskiego ptaka, rzemieślnika do wynajęcia, najbardziej nawet chytrego blagiera, wydrwigrosza i błazna nie była komfortowa. Stalinowski System, państwowy mecenat nie wykazywały nadmiernego poczucia humoru. Artysta im służył - jednoznacznie, we wszystkim i bez zastrzeżeń - albo wypadał z gry. Gałczyński miał służyć tym gorliwiej, że musiał bezzwłocznie, pod okiem nowego Mecenasa zatrzeć złe wrażenie, zmazać grzech przedwojennego Polaka-katolika, narodowca, klerykała i antysemity, zrehabilitować się za blisko czteroletnią (1935-1939) służbę u Stanisława Piaseckiego, redaktora naczelnego prawicowego czy ultraprawicowego tygodnika "Prosto z Mostu".



Polska Ludowa potrzebowała "cudownie nawróconych" na nową wiarę i ideologię, bo to świadczyło o sile i atrakcyjności Nowego Kościoła. Droga Bolesława Piaseckiego (brata Stanisława, który został w 1941 roku rozstrzelany w Palmirach), PAX-u i "Znaku" pokazywała, że był to w PRL kierunek możliwy i praktycznie dogodny dla stron, pod warunkiem ścisłego przestrzegania reguł gry podyktowanych przez jedną z nich, stronę trzymającą władzę i poszukującą popleczników, agitatorów i nadzorców.

Gałczyński, swoim zwyczajem, jak długo się dało z prawdziwym czy udanym zapałem służył nowemu Panu, odgrywając rolę propagandzisty-ornamentatora, łagodzącego beztroską i tandetną sztukaterią brutalne skutki przemian. Tak właśnie zobaczy go i oceni po latach "Książę niezłomny" poezji, Zbigniew Herbert ("Ornamentatorzy" w tomie Hermes, pies i gwiazda z 1957 roku). W praktyce zamiast "notatnika agitatora" i "samouczka propagandy" czytelnik otrzymywał misterną bufonadę, surrealistyczny teatrzyk znaczeń, aluzji i sugestii wzajemnie się znoszących, wytwarzających w głowie barwny zamęt, feeryczny bałagan, którego długo jeszcze nie mogła uporządkować najsprawniejsza krytyka, by przypomnieć trwające latami nieporozumienia wokół osoby i twórczości Gałczyńskiego, choćby polemiki Sandauera ze Stawarem wokół "Kolczyków Izoldy "(czy przedwojennych "Skumbrii w tomacie").

Co ciekawsze, te pompatyczne kolaże poetyckie i przewrotne banialuki ze sprytnie zamieszaną w nie poważniejszą tezą (najlepiej polityczno-ustrojową), wiersze jakby stworzone do "Przekroju" i "Szpilek", upodobała sobie prasa rządowa z tygodnikiem "Odrodzenie" na czele. Można jeszcze zrozumieć słabość "Odrodzenia" (1947 nr 11-13) do dziwnie jednoznacznej (jak na Gałczyńskiego) satyry "Śmierć inteligenta"; wystraszony inteligencki malkontent w politycznej rezerwie, z poczuciem zagubienia i bezsiły, z fochami i ambicjami bez szansy realizacji, z rozproszeniem i hamletyzowaniem ("A może klasztor? Może do partii?") bywał zawsze dyżurnym chłopcem do bicia i zabawką mas na fali historii. Trudniej pojąć naiwność redaktorów tygodnika rzucających się na pokrętne groteski i burleski, na blefy i błazenady w rodzaju "Dwóch paszkwili na Kociubińską Hermenegildę" ("Odrodzenie" 1946 nr 29), "Wjazdu na wielorybie" (1947 nr 14) czy wspomnianych już superprzewrotnych, bełkotliwych "Kolczyków Izoldy" (1946 nr 39), z których nikt nic nie rozumiał, bo tam nie było nic do rozumienia; ich humor polegał na pomieszaniu z poplątaniem, na czystej zapowiedzi czegoś, co nie nastąpi, na nadwyżce, ba, na inflacji słowa sugerującego w tym patetycznym rozgardiaszu Bóg wie co...
Szły heroldy widziane z prawa
biało-czerwone heroldy;
i krzyczały heroldy: - Sława,
sława kolczykom Izoldy.

Rzecz jasna możemy przyłączyć się (jak do pochodu pierwszomajowego) i też wznosić okrzyki, układać limeryki ("Był pewien pan z Krakowa, / który niedźwiedzie hodował...") albo trajlować od sasa i od lasa jak Krupczałowski z Trzetrzewińskim... Merytoryczny spór Sandauera ze Stawarem dowodzi, że abstrakcyjny dowcip chwycił i głupstwu przydano sensu, ukrytych znaczeń, drugiego czy trzeciego dna... Rzecz jasna dowcip byłby jeszcze lepszy, gdyby udało się to kukułcze jajo purnonsensu podrzucić... ortodoksyjnej, najeżonej ideologią i śmiertelnie poważnej "Kuźnicy". Tym bardziej że w wypowiedziach Mistrza Ceremonii (czy "Master of Ceremonies", jak w pierwodruku) słychać było wyraźnie styl czy bełkot tego literacko-partyjnego pisma, może nawet dałoby się rozpoznać żargon programowych gnieciuchów Stefana Żółkiewskiego, czołowego ideologa "Kuźnicy" i hetmana socrealizmu:

"Otóż, zaznaczam, żeby uniknąć nieporozumień, że Izolda to jest po prostu konspiracyjny pseudonim. Dziewczynę znaleziono tego pamiętnego miesiąca na ulicy Wojciecha Górskiego. Kulturowo i semantycznie. Ona była, jakby to powiedzieć, owinięta w państwową flagę. Ale całe ciało było zmiażdżone. Zostały tylko uszy i kolczyki. Realizm, panowie, realizm. I właśnie w myśl powyższego pokażemy państwu
T a n i e c  n i e d ź w i e d z i."

Jeszcze o jednym nabytku "Odrodzenia" (1948 nr 42) warto by wspomnieć - o zamówionym u Gałczyńskiego wierszu ku czci Wielkiego Października i wydrukowanym w którąś tam rocznicę Radzieckiej Rewolucji. Zamówienia u Gałczyńskiego były pewne - pisał lirycznie, suto, z przejęciem na każdy temat, pod warunkiem jednak, że zaliczka nie była zbyt wielka i nie pozwalała poecie na dłuższy alkoholowy "odlot"; w takich przypadkach zawalał terminy lub nie wywiązywał się z umów. Ale Wielki Październik był sprawą prestiżową, wagi państwowej i rocznicowy wiersz został wydrukowany jak należy - w październiku. Były to słynne Kwiaty na tor, z mottem z Jesienina ("Otdam wsiu duszu Oktiabriu i Maju, no tolko liry miłoj nie otdam"), którymi wyprzedził i w powszechnej świadomości przewyższył, późniejszy o trzy lata Pokłon Rewolucji Październikowej (z tomu Nadzieja, 1951) Władysława Broniewskiego. Pomysł wiersza był zadziwiająco prosty, a przez to przyczepny, chwytliwy: narrator nie tylko z entuzjazmem "rzuca kwiaty na tor, którymi przejeżdża rewolucja" (czyżby ten sam "parowóz dziejów", co w Słowie o Stalinie Broniewskiego?), ale idzie jeszcze dalej - oddaje jej gorliwie i żarliwie wszystko, z lirą włącznie, czego nie zrobił nawet rosyjski poeta. Tyle że przy okazji jednym tchem lekko przestawia akcenty, polonizując, a nawet - echem Litanii Loretańskiej - klerykalizując obrządek, czym za rok, półtora naraziłby się na zarzut postawiony na III Plenum KC (w listopadzie 1949) samemu Gomułce, na zarzut "odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego":

Że się komuś nie podoba, to cóż?
Tak jak my chcemy, Wisła popłynie.
Przemielemy ziarna polskich zbóż
w socjalistycznym młynie.
[...]
Szczury w końcu same wyjdą z nor.
Nasza jest ziemia. Nasz firmament.
Rzucam kwiaty na tor,
którym przejeżdża rewolucja.
Panna roztropna.
Słońce sprawiedliwości.
Amen.

Uderza w wierszu jakaś nadgorliwa łatwość w oddawaniu wszystkiego Idei - i właśnie ta łatwość... rzuca cień podejrzenia na cały zabieg, a więc i na jego szczerość, na prawdziwość szumnych deklaracji. Przypomina to dowcip o góralu, który oddawał Partii wszystko oprócz kierdla - "bo go mioł". Czyżby i poeta szczodrze oddawał wszystko, co naprawdę... nie jego? Bo jakoś nie słychać, by rzucał na publiczną szalę, oddawał Sprawie... Natalię, Kirę, domową intymność, Bacha, Chopina, intymne a drogie szczegóły świata, tylekroć przyzywane zaklęciem poezji, nawet w ostatniej chwili życia, a których nie da się upaństwowić, upartyjnić, znacjonalizować, zadekretować, by służyły doraźnie, koniunkturalne obcym bożyszczom...

Ale są jeszcze sprawy drobne: loty ptasie,
chwianie się trzcin w jeziorach, blask gwiazdy wieczornej,
różne barwy owoców o porannym czasie
i wiatr przelatujący w sopranie i w basie,
i moja mała lampa, i stół niewytworny.
Ale nawet za wszystkie obrazy Tycjana
nie oddam tego stołu, bo pracuję przy nim,
to mój wierny przyjaciel od samego rana,
a kiedy noc...
[tu rękopis się urywa]
1953

Empiryzm i reizm, kojarzony czasem - cokolwiek pochopnie - z drobnomieszczańskim światopoglądem Gałczyńskiego, ratował go już nieraz przed różnymi postaciami abstrakcji, z których najkosztowniejsza okazać się miała abstrakcja ideologiczna. Jest oczywiście rzeczą chwalebniejszą walczyć o Wielką Sprawę, powszechną rewolucyjną sprawiedliwość i szczęście świata (w której to idei zawiera się implicite szczęście rodzinne i indywidualne) niż eksponować "sprawy drobne", mieć na uwadze egoistyczne, wstydliwe nieco szczęście własnej rodziny w zasadniczo niesprawiedliwym świecie i akcentować urodę własnego stołu. Tyle że przez pierwsze lata powojenne Nowego Systemu, w który - po wstępnych wahaniach, zobrazowanych uczciwie w świetnych Notatkach z nieudanych rekolekcji paryskich (1946) - rzucił się Gałczyński z niekłamanym entuzjazmem, gasła w nim stopniowo wiara w to, co "obiektywnie lepsze i wyższe", rosło zaufanie do tego, co gorsze, mniej chwalebne, ale bliższe życiu. Brutalny kapitalizm przedwojnia nauczył dwudziestopięcioletniego żonkosia i trzydziestoletniego ojca walczyć zajadle i przebiegle - piórem, samym piórem! - o podstawowe dobra rodzinne poety-cygana, o to, "by były rzeczy najprostsze: mięso, chleb, drzewo" (Pieśń cherubińska, 1931). Redaktora Piaseckiego "pokochał" nie dla jego poglądów, ale za łatwą drogę "do Kassy", do "Mammony". O bożyszczach tych pielgrzymkowych pisał często (zawsze wielką literą!), dowcipnie i w sposób nareszcie wyzwolony od wstydu, choćby w wierszu... Ars poetica, gdzie bynajmniej nie ukrywa groźnego celu poetyckiego przedsięwzięcia: liczenia przy "Kassie" zainkasowanej "Mammony"...

Zgadza się, Cudnie. Błędu ani troszki.
Kasjerce wdzięczność wyrażasz na migi.
A potem twoje są wszystkie dorożki.
I wszystkie kwiaty. Wszystkie makagigi.
"O, kiedy wiersze staną się monetą,
cóż to za rozkosz być wtedy poetą!"

Nie bez kozery "Sztuka rymotwórcza" (bo taki jest podtytuł wiersza złożonego z uczonej przedmowy prof. Bączyńskiego, listu - sekstyną! - do krawca Teofila i trzynastu przypisów-objaśnień o wielkiej sile komicznej), drukowana w powojennym "Przekroju" (1947) i pożyczająca profesora Bączyńskiego od Zielonej Gęsi, odsyła czytelnika do "pierwiastkowego" wydania utworu w edycji sprzed lat dziesięciu. Gałczyński wie, co pisze. To właśnie w 1937 nakładem "Prosto z Mostu" ukazały się Utwory poetyckie, pierwszy, prawie kompletny zbiór jego utworów. Następne sfinansuje już Polska Ludowa i nowy, jeszcze bardziej wymagający mecenas. Przy wszystkich rewolucyjnych zmianach systemowych świadomość poety wykazywała dziwną skłonność do konserwatyzmu, mniejsza o to, jakiej proweniencji: drobnomieszczańskiej, gatunkowej czy indywidualnej. Wciąż tę samą gotowość do świadczenia usług - solidnych usług "krawieckich" za sowite wynagrodzenie (które notabene trzeba sobie wywalczyć)...

Cóż, praca z płacą jedną idzie drogą
więc to jednako wieszcz, krawiec czy anioł.
Wyborny majster zawsze bierze drogo
i tylko lichy partacz robi tanio,
a lichy partacz jest rynku zakałą,
co się już nieraz w życiu okazało.

Niektórzy, z mniejszym poczuciem humoru i większymi wieszczo-romantycznymi wymaganiami stawianymi poezji, widzieli w Gałczyńskim producenta sentymentalno-litycznej masówki i "obrotowego" cynika; inni jedynie rzemieślnika wykonującego z przejęciem obstalunek, kogoś, kto myśli podobnie do Wita Stwosza, bohatera pięknego poematu o skromnej pracy, wielkim uporze i wyższej wierności z 1952 roku ("Co panowie rada uchwalili, tom wykonał, jak trzeba"). Jeszcze inni widzieli w nim mistrza groteski, purnonsensu i abstrakcyjnego humoru, prestidigitatora od królików w kapeluszu, "jarmarcznych farbek", "pobrzękadeł", "paciorków i świecideł", "poetyckich komiczniaków" (taki podtytuł nosiła w 1954 Ludowa zabawa) i nadrealistycznych "strumieni natchnienia", układających się w parę godzin (jak głosiła legenda) w poemat Bal u Salomona, wielce ceniony przez współczesną krytykę. Panie zachwycały się "liryką małżeńską" i wiernością męża-poety. Łowcy problemów widzieli w Gałczyńskim krytyka spauperyzowanej, niewydolnej, marginalizującej się na potęgę przed- i powojennej inteligencji, mało tego - widzieli zawziętego tropiciela mitów społecznych i proroka "końca świata", który rzeczywiście nastąpił, jak to z katastrofami bywa, zupełnie nie w porę, w środku najlepszej zabawy, w towarzystwie najlepszych wierszy, by przypomnieć tylko rewelacyjne Noctes Aninenses z sierpnia 1939, i w okresie względnej stabilizacji życiowej Gałczyńskich. Byli i tacy, którzy eliminując wszystko, co niewygodne, niepasujące, zwietrzałe, tandetne, stawiali jedynie na Zieloną Gęś i Karakuliambrowe Listy z fiołkiem. Byli i tacy, co podkreślali i cenili zdumiewającą wynalazczość poety, i tacy, co podziwiali popularność, łatwość docierania do szerokiej publiczności, do serca każdego słuchacza (Gałczyński był wytrawnym recytatorem) i czytelnika.

Można tak jeszcze długo przeciwstawiać fragment izolowanemu fragmentowi, wycinek wycinkowi podnoszonemu do rangi całości. Tymczasem niepowtarzalny, nowoczesny, albo tylko bałaganiarski, urok Gałczyńskiego siedemdziesiąt, pięćdziesiąt lat temu (o współczesnym stosunku do poezji lepiej milczeć; próby syntezy już niejednego zgubiły) polegał na tym, że był on tym wszystkim naraz - żywiołowo i bezwstydnie. Czystość gatunkowa była dla niego przeszkodą, nie ideałem, bo życie miesza gatunki ludzi, zachowań, stylów, wartości, i nic sobie z tego nie robi, uprawiając niezmordowanie swą codzienną szmirę i tandetę, swoje serio i buffo. Nie znajdziemy u Gałczyńskiego pieczołowicie i regularnie przygotowywanych tomików poetyckich, nie ma - jak u Tuwima - wyraźnego podziału na twórczość poważną i żartobliwą, na, powiedzmy, lirykę i "jarmark rymów" - wszystko zostało ze sobą przemieszane, sobą poprzetykane, przeniknięte. Mimochodem zrozumiał to poeta tak czysty, namaszczony i poważny, jak Leopold Staff, zadziwiająco trafnie odczytując pod koniec życia niepowtarzalny fenomen Gałczyńskiego:

Pokazałeś w wesołej herezji
Przez swe fraszki fiołkowe i gęsie,
Ile jest nonsensu w poezji
I ile poezji w nonsensie.

 

+++


Konstanty Ildefons Gałczyński, syn Konstantego i Wandy z Łopuszańskich, przyszedł na świat 23 stycznia 1905 roku w Warszawie. W tymże roku, w grudniu, urodził się drugi syn, Zenon, zmarły przedwcześnie i wspominany z sentymentem w paru wierszach i poematach Konstantego jako chłopiec grający na okarynie. Ojciec był technikiem kolejowym i w 1914 na cały okres wojny rodzina Gałczyńskich zostaje ewakuowana do Moskwy, gdzie przyszły poeta chodzi do szkoły, dobrze poznaje język rosyjski oraz twórczość poetów symbolistów i futurystów; pod ich wpływem pisze swoje pierwsze utwory, ale te próby się nie dochowały. Od 1918 Konstanty mieszka znów w Warszawie, tym razem przy Towarowej 54. Poprzednie adresy to: Mazowiecka 11 (miejsce urodzenia), Hortensji 6, Chmielna 72; adresy późniejsze to: Leśna 18 w podwarszawskim Aninie (od lata 1936 do wybuchu wojny), wreszcie Aleja Róż 6, gdzie mieszka od 1948 roku do śmierci w końcu 1953 roku. Inne ważniejsze miejsca pobytu to Berlin (1931-33: pobyt na placówce konsularnej; próba przedzierzgnięcia się poety-cygana w urzędnika-referenta), Wilno-Zarzecze (ul. Młynowa 2), wspomniany już Anin, obozy jenieckie w Niemczech, a wśród nich międzynarodowy obóz jeniecki w Altengrabow pod Magdeburgiem (Stalag XI A), a po wyzwoleniu przez armię amerykańską w kwietniu 1945 krótkie pobyty w Höxter nad Wezerą, w Meppen przy granicy holenderskiej, w Paryżu, Brukseli i Rzymie, gdzie ukazuje się drugie (po Utworach poetyckich z 1937), w miarę pełne wydanie jego Wierszy (1946). Po kilkumiesięcznych wahaniach, mistrzowsko i sugestywnie zobrazowanych w Notatkach z nieudanych rekolekcji paryskich (pierwodruk: "Tygodnik Powszechny" 1946 nr 26), Gałczyński w marcu 1946 wraca do kraju, do żony Natalii (z domu Awałow, poślubionej 1 czerwca 1930) i córki Kiry (urodzonej w Wilnie 26 kwietnia 1936). Zamieszkują wszyscy razem w Krakowie, w Domu Literatów przy Krupniczej 22. Po niedługim, ale szeroko reklamowanym - zasiedlanie Ziem Odzyskanych jako obowiązek patriotyczny! - epizodzie szczecińskim (Szczecin-Pogodno, M. Curie-Skłodowskiej 5), Gałczyńscy przenoszą się do Warszawy, której Konstanty nie widział od mobilizacji w końcu sierpnia 1939, to znaczy lat dziesięć. Ostatni już warszawski adres poety: Aleja Róż 6 m.16.

Jeszcze jeden adres, co prawda tylko letnio-jesienny, ale niezwykłej wagi w życiu i twórczości Gałczyńskiego, to leśniczówka Pranie nad jeziorem Nidzkim (dokładny ówczesny adres, z którego w listach do Konstantego dobrodusznie dworował Julian Tuwim, brzmiał: Nadleśnictwo Maskulińskie, poczta Ruciane). Uroczy zakątek Mazur, w którym gospodarował z matką leśniczy Stanisław Popowski, postać bez mała legendarna, uwieczniona w pięknej nastrojowej balladzie Agnieszki Osieckiej z muzyką Adama Sławińskiego Na całych jeziorach, gościł poetę czterokrotnie w najtrudniejszym okresie życia (1950-53).

W przeciwieństwie do czynników oficjalnych, a nawet kolegów po piórze, wprowadzających do literatury partyjną dyscyplinę, klasową czujność i czystość tudzież socrealizm i zalecających - jak Ważyk - "drobnomieszczańskiemu inteligentowi" partyjny purytanizm: "oczyszczenie poezji od smaczków i pięknostek [...], skłonności formalistycznych i tradycji zepsutego baroku [...], ukręcenie łba rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach", mazurska przyroda okazała odrzuconemu i napiętnowanemu publicznie niezwykłą łaskę, szczodrość i miłość. Przywróciła mu ciszę wewnętrzną, równowagę ducha, wiarę w lepszy świat i ludzi, obudziła nową falę natchnienia... Tu powstanie zdumiewający przekład Snu nocy letniej Williama Szekspira (1950) i obszernej pierwszej części Króla Henryka IV (1953), dwa wielkie i oryginalne poematy, z fragmentami niezwykłej piękności: Niobe (1950) i Wit Stwosz (1951). Tu zrodzi się - najwcześniej - z miłości i zachwytu poczęta perła liryki polskiej, Kronika olsztyńska (1950). To ona ustali poziom, nastrój i tonacje ostatnich dzieł Gałczyńskiego.

Gdy trzcina zaczyna płowieć,
a żołądź większy w dąbrowie,
znak, że lata złote nogi
już się szykują do drogi...

Ze wszystkich kobiet świata
najpiękniejsza jest noc.
[...]
i gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie,
czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć,
patrzy w las jak w śmieszny rysunek;

i przeciera oślepłe oczy,
dzwonek leśny poznaje, ćmę płoszy
i na serce kładzie mech jak opatrunek...

Kiedy słońce przechodzi
przez swe zachodnie wrota,
widzę twe ciało w wodzie
jak posążek ze złota...

Pierwszego lata w Praniu, na wysokim brzegu jeziora powstaną jeszcze tak znane poematy liryczne, jak Przez świat idące wołanie... i Spotkanie z matką, a także ulubiony wiersz wszystkich zakochanych Rozmowa liryczna. Lata następne przyniosą garść wierszy lirycznych, a wśród nich wielce popularny, wręcz topograficzny tekst W leśniczówce, z obrazami wielkiej urody, z tajemniczym nieco i mądrym zakończeniem ("W twoim małym lusterku / noc świeci gwiazdą wielką"). Ostatnie lato nad Nidzkim to przede wszystkim Pieśni - zamknięcie i podsumowanie twórczego życia w dziesięciu "tableaux" o zdumiewającej prostocie, klarowności i wielkim ładunku wzruszenia. Zawsze otwarty na ludzi, łaknący żywego kontaktu z odbiorcą sztuki kończy poeta swój testament wzruszającym apelem do czytelniczej pamięci:

Jesteśmy w pół drogi. Droga
pędzi z nami bez wytchnienia.
Chciałbym i mój ślad na drogach
ocalić od zapomnienia.

Ten niepokój, ta troska i niepewność były, jak się wydaje, ładnym, ale czczym gestem w naszym kierunku, wyrazem miłości i solidarności ze wszystkimi. Bo był to najprawdopodobniej najpopularniejszy, najchętniej, najżywiej i najłatwiej przyswajany poeta polski. Może jedyny, do którego nie trzeba było zachęcać i napędzać - sam wchodził do głowy i serca. Można jedynie zapytać zazdrośnie, jak on to robił, jaki rodzaj szarlatanerii uprawiał, że Serwus, madonna, Ulica Towarowa, Inge Bartsch, Skumbrie w tomacie, Pieśń o żołnierzach z Westerplatte, Zaczarowana dorożka, Starsna zaba, Satyra na bożą krówkę, liryki małżeńskie (lansowane w każdym wydaniu z uporem przez Natalię i Kirę kosztem arcydzieła poezji miłosnej, jakim jest wiersz Na śmierć Esteriny, często pomijany w wyborach "rodzinnych") czy szereg Zielonych gęsi z nieśmiertelnym Dymiącym piecykiem na czele biło rekordy powodzenia w szkole, na egzaminach i na konkursach recytatorskich. Jakim cudem ten plebejsko-eklektyczny poeta, nie silący się na czystość stylu, na intelektualizm i awangardową "nowoczesność" środków - był nowoczesny i skuteczny? Tajemnica ta zdaje się tkwić bardziej w osobowości niż w warsztacie, w spontaniczności niż w metodzie. Może przybliżały, odsłaniały ją co nieco proste, ciepłe i serdeczne, zatopione w naturze, zanurzone w zwyczajnym życiu ostatnie wiersze z mazurskiej leśniczówki, zrodzone w liturgicznym spokoju, z dala od zgiełku? Wiersze bez pozy i zgrywy, naturalne jak ruch na świeżym powietrzu, jak wędrówka z psami, jak kąpiel oczyszczająca z grzechów świata, jak swobodny oddech...

Konstanty Ildefons Gałczyński umiera nagle i nie w porę, przedwcześnie i jakby niezasłużenie; po dwóch przebytych zawałach serca (w 1948 i 1952), umiera w Warszawie 5 grudnia 1953 roku.

Autor: Tadeusz Stefańczyk, grudzień 2006.