Wspomniałaś też, że zawsze mocno pociągała Cię sztuka – w Roots of Trust także zwracasz się w stronę wizualnych i namacalnych form prowadzenia badań. Czy chciałabyś pracować dalej w ten sposób, czy był to jednorazowy projekt?
Nigdy nie myślałam o sobie jako o artystce. Jako dziecko nie potrafiłam pisać. Nie umiałam dobrze ubierać swoich myśli w słowa – zawsze myślałam obrazami. Potem doszłam do wniosku, że edukacja to gra, w którą mogę nauczyć się grać. Poszłam na Oxford i przestawiłam się na sztukę. Jako dwudziestolatka spędzałam czas z artystami. Sama zaczęłam uprawiać sztukę, i wielu z moich najbliższych przyjaciół to do dziś artyści i projektanci, którzy odnieśli duży sukces, co jest wspaniałe. Byłam jednak pewną anomalią w tej grupie. Tu też tkwi pewne napięcie. Nie jest to do końca przypadek Karola, ale część z myślicieli, o których piszę w mojej nowej książce, była postrzegana jako naukowcy, choć tak naprawdę ich myśli wyrażały się poprzez sztukę.
Przez długi czas wydawało mi się adekwatne, że sztuka jest procesem, który wydarza się za zamkniętymi drzwiami. Ale teraz mam inaczej; chcę, by ludzie zobaczyli ten proces. Sama sztuka może być procesem. Więc odpowiadając na pytanie – tak, mam nadzieję włączać więcej obiektów artystycznych do moich wystaw. To sposób, by dotrzeć z przekazem do osób, które nie przeczytają książek, którym te tematy mogą wydać się suche i niedostępne. Sposób, by zmienić narrację, która istnieje wokół nich.
Rachel Botsman, Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, 2026, zdjęcie: Kuba Celej/IAM
Z twoich ostatni prac wynika także, że zaufanie jest przestrzenne – że zależy od tego, gdzie i jak ludzie się poznają. W czasach, gdy tak wiele osób czuje się odizolowanych czy zmarginalizowanych, jaką rolę w tworzeniu prawdziwych form kontaktu odgrywają przestrzenie kultury, takie jak galerie, festiwale czy biblioteki?
To piękne pytanie. Głęboko wierzę, że fizyczne przestrzenie mają moc goszczenia ludzi, i w to, że projekt pomieszczenia może wpływać na treść rozmów, na energię i interakcje między nimi. To może dotyczyć oczywistych miejsc, takich jak biuro, klasa w szkole, park, Twój własny dom czy bank. Kocham muzea i instytucje kultury, ale większość z nich nie została zaprojektowana z myślą o wspólnotowych doświadczeniach. To, moim zdaniem część problemu. Zaprojektowano je głównie po to, żeby do nich wchodzić. Przeczytałam gdzieś, że przeciętnie ludzie spędzają przed dziełem sztuki 28 sekund. Teraz, w dobie telefonów, jest jeszcze gorzej: „Zobaczyłem Rothko, mogę już iść dalej”.
Jak więc sprawić, by te przestrzenie zachęcały do eksploracji, refleksji, były obszerne, komunalne? By nie wywoływały myśli: „Idę do muzeum, oblecę je w godzinkę, wrzucę zdjęcia na Instagram i do domku”? Myślę, że instytucje niewystarczająco pochylają się nad tą kwestią. Dużo zrobiły dla cyfrowego dostępu: można oglądać kolekcje online, są silnie obecne w social mediach. Ale co definiuje związek między kulturą, odwiedzającymi, fizycznym miejscem a wspólnotą?
Te instytucje są często ogromnie uprzywilejowane zarówno pod względem budynków, jakie zajmują, jak i zasobów, którymi dysponują. Ale to nie powinno być nadrzędne. To powinny być miejsca gromadzenia się, rozmów i doświadczania rzeczy, których trudno doświadczyć gdzie indziej. Myślę, że instytucje naprawdę powinny się nad tym pochylić, bo utraciły swoją rolę w życiu wielu ludzi.