Polscy guru seksu: terapia małżeńska, komunistyczna cenzura i polska kamasutra
W latach 60. pionierskie badania Alfreda Kinseya w Stanach Zjednoczonych zainspirowały grupę odważnych Polaków do publicznego mówienia o "tym" w Polsce.
Pomimo ostrego sprzeciwu ze strony państwa i kościoła katolickiego, uczeni, tacy jak Michalina Wisłocka, wywalczyli prawo do pomocy tysiącom rodaków, którzy desperacko potrzebowali porady na temat życia intymnego.
Pierwszy oficjalnie licencjonowany seksuolog na świecie
Niewiele osób wie, że to właśnie w Polsce pojawił się pierwszy na świecie licencjonowany seksuolog. Nazywał się Kazimierz Imieliński i w tamtym czasie, w 1963 roku, był jedynym tego typu specjalistą. Imieliński jako pierwszy stanął na czele polskiej szkoły seksuologii: w latach 60. i 80. grupa polskich naukowców opracowała oryginalne naukowe koncepcje seksualności i wyedukowała tysiące pacjentów i miliony czytelników w kraju, w którym nie było zwyczaju mówienia o seksie głośno.
Zaledwie kilka lat po skandalicznym "Raporcie Kinseya", grupa polskich lekarzy i pedagogów założyła Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, przemianowane później na Towarzystwo Rozwoju Rodziny, które istnieje do dziś. Czerpiąc inspirację z zachodnich badań i tworząc własne teorie, zaangażowali się w poradnictwo rodzinne i małżeńskie, odpowiadając na pytania, których ludzie nie zadawali głośno przez wiele lat. Pomogli zmienić życie wielu Polaków. Opierając się na odkryciach badaczy takich jak Masters i Johnson, polscy naukowcy założyli interdyscyplinarną szkołę skupiającą się mniej na kwestiach biologicznych, a bardziej na społecznych i kulturowych.
Zgodnie z najlepszą tradycją intelektualistów, postrzegali oni edukację jako główne narzędzie zmiany społecznej. Można śmiało powiedzieć, że nie było im łatwo: komunistycznemu rządowi nie podobała się ich fascynacja zachodnimi ideami i zainteresowanie życiem osobistym i miłością, a nie pracą i konfliktami klasowymi. Kościół również nie pochwalał tych wszystkich zaawansowanych pomysłów dotyczących kontroli urodzeń i planowania rodziny. Niemniej jednak, po otrzymaniu informacji zwrotnych od zwykłych Polaków, badacze byli przekonani, że kwestie te są niezwykle pilne.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Ilustracja Mirosława Pokory z książki "Małżeństwo niemal doskonałe" Mikołaja Kozakiewicza, Iskry, 1972, fot. Dagmara Smolna.
Obrazek
ilustracja_z_ksiazki_malzenstwo_22.jpg
Wszystko, co chcieliście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać
Imieliński był autorem i współautorem około 70 książek i 260 artykułów naukowych. Udało mu się podsumować wszystko, co było wiadomo na temat seksualności w tamtym czasie. Wraz z kolegami z różnych krajów opublikował trzy ogromne tomy, które nadal są uważane za ważne prace w tej dziedzinie: "Seksuologia biologiczna", "Seksuologia społeczna" i "Seksuologia kulturowa" (a także "Seksuologia kliniczna").
Podczas gdy Kinsley mierzył heteroseksualność i homoseksualność w skali od 1 do 6, a Masters i Johnson obserwowali niezliczone orgazmy, aby wyprowadzić uniwersalną formułę stosunku seksualnego, Polacy wykazywali zupełnie inne podejście: wierzyli w istnienie jednolitego systemu wiedzy o człowieku, który polegał na łączeniu wysiłków różnych specjalistów w celu lepszego zrozumienia ludzkich zachowań i postaw motywacyjnych.
Polscy lekarze współpracowali z socjologami, literaturoznawcami, psychologami, a nawet prawnikami, aby stworzyć pełniejszy obraz tego, co nazywali "kulturą seksualną". Nigdy nie rozważali seksu poza kontekstem relacji międzyludzkich i nigdy nie uważali go za funkcję czysto biologiczną. Nie oznacza to, że byli bardzo konserwatywni (choć preferując heteroseksualizm i odrzucając seks przed ślubem z pewnością z dzisiejszego punktu widzenia mogą się tacy wydawać), ale nie robili z badanych królików doświadczalnych.
Widzieli swoje zadanie nie tylko w opisywaniu seksualności, lecz także w edukowaniu społeczeństwa, co nie było łatwe – brakowało instytucji i funduszy. Lekarz Krzysztof Kula pisał, że każda książka o seksie była postrzegana jako pornografia, bo "komuniści prześcignęli papieża w świętości". W 1982 roku w Polsce działało zaledwie dziewiętnaście poradni małżeńskich. Niektóre z nich cieszyły się ogromną popularnością, jak ta na Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Anna Sadowska, pracownica poradni, wspominała, że klinika ta była oblegana przez tłumy kobiet i mężczyzn, którzy głęboko wierzyli, że jest to jedyne miejsce, gdzie mogą uzyskać bezstronne informacje na temat antykoncepcji. Szybko zdali sobie sprawę, że lekarze tacy jak Michalina Wisłocka, nie tylko pomagają rozwiązywać bardzo intymne problemy, lecz także udzielają kompetentnych porad medycznych popartych doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem. Ludzie desperacko poszukiwali informacji na temat funkcjonowania rodziny i seksu.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Okładki dwóch książek: "Małżeństwo niemal doskonałe" Mikołaja Kozakiewicza i "Sztuka kochania" Michaliny Wisłockiej, fot. Dagmara Smolna
Obrazek
sztuka_kochania_malzenstwo_okladki_kol.jpg
Miażdżący sukces jednego z najsłynniejszych bestsellerów w historii polskiej literatury świadczy o palącej potrzebie porad seksualnych. "Mam gdzieś dyplom, który mogę wyryć tylko na nagrobku. Od kilku dni piszę książkę" – pisała ponoć w swoim dzienniku w 1964 roku ginekolożka Michalina Wisłocka. Publikacja książki zajęła ponad dekadę z powodu cenzury, ale kiedy Wisłocka w końcu ją opublikowała, odkryła, że w swoich badaniach doszła dalej niż Amerykanie Masters i Johnson. Sukces książki był nieoczekiwany i nieprawdopodobny.
"Sztuka kochania" sprzedała się w około siedmiu milionach egzemplarzy. Trudno powiedzieć, ile dokładnie egzemplarzy było dostępnych: w Polsce nie było wolnego rynku, nie było oficjalnych statystyk, nie było listy bestsellerów New York Timesa. Książki przedrukowywano w domach na maszynach do pisania (co nie było takie trudne w kraju z dobrze rozwiniętym systemem drugiego obiegu) i rozprowadzano wszelkimi możliwymi sposobami. Mówi się, że egzemplarz książki Wisłockiej można było znaleźć w każdym domu. Wiele dzieci urodzonych w latach 1970-1980 czytało ją po nocach w tajemnicy przed rodzicami.
Opublikowanie "Sztuki kochania"okazało się bardzo trudne: jak już wspomniano, "purytanizm" komunistycznych cenzorów nie pozwalał na druk czegokolwiek o seksualności, nie mówiąc już o tym, co można by nazwać poradnikiem seksu. Oficjalnie książka Wisłockiej ukazała się w 1976 roku, jednak na czarnym rynku pojawiła się znacznie wcześniej: według legendy żona jednego z cenzorów ukradła rękopis i własnoręcznie wykonała jego pierwszą nielegalną kopię. Historia zmagań z cenzurą stała się kanwą filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej".
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Wisłocka chciała zilustrować książkę zdjęciami, ale cenzorzy uznali je za zbyt gorszące. Gdy autorka zobaczyła rysunki, ogarnęło ją oburzenie – na żądanie cenzora były maleńkie, nie większe niż znaczki pocztowe. Wisłocka poprosiła osobę ilustrującą książkę, aby pokolorowała jedną z postaci na czarno, aby przedstawiane pozycje wyglądały bardziej wyraźnie, ale w wyniku tego zadręczono ją pytaniem: "Dlaczego biała kobieta uprawia seks z czarnoskórym?".
Czytając "Sztukę kochania", zaczyna się rozumieć, że książka jest skierowana przede wszystkim do młodych ludzi, którzy myślą o małżeństwie. Skupienie się na erotycznej stronie relacji ma pomóc czytelnikom w nawiązaniu głębszej więzi z partnerem. Autorka jest zawodową lekarką, dużo pisze o seksie, cytuje Kinseya, lecz także nawiązuje do Stendhala i Fromma, jak również przypomina czytelnikom o znaczeniu romantyzmu w życiu. Co ciekawe, wspomina o niebezpieczeństwach, jakie stwarza telefon i telegraf (!) we ówczesnym życiu z jego szalonym rytmem (choć w porównaniu z dzisiejszym, rytm życia w socjalistycznej Polsce był raczej umiarkowanie szybki).
Książka Wisłockiej jest uroczo staroświecka jeśli chodzi o ukazywanie różnic między chłopcami (którzy w okresie dojrzewania pragną dziewcząt ze "szczenięcą ciekawością") a dziewczętami (których wrodzona potrzeba kontaktów seksualnych jest słabiej rozwinięta). "Sztuka kochania" kładzie nacisk na potrzebę gry wstępnej, podkreśla równoważność potrzeb obojga partnerów i zaleca "walkę na poduszki". Ważne, że Wisłocka uwzględniła cechy rzeczywistości socjalistycznej których literatura zachodnia po prostu nie mogła znać. Na przykład to, że wiele młodych par musi mieszkać z rodzicami, że mieszkania są małe i zawsze brakuje pieniędzy. Autorce nie przyszło do głowy doradzać czytelnikom, aby wybrali się w podróż dookoła świata, aby nauczyć się jeść, modlić i kochać, ale udzielała prostych i całkiem realnych rad – dać żonie kwiaty lub wspólnie ugotować obiad (tak, nawet w maleńkiej kuchni i z nielicznych produktów dostępnych w sklepach).
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Michalina Wisłocka, fot. Piotr Liszkiewicz / Agencja SE / East News
Obrazek
east_news_michalina_wislocka.jpg
Zarówno Michalina Wisłocka, jak i Mikołaj Kozakiewicz, inny autor popularnych poradników z serii "pomóż sobie sam" (np. "Małżeństwo niemal idealne"), zetknęli się z podobnymi problemami w swojej codziennej pracy. Oboje zdawali sobie sprawę, że ludzie potrzebują informacji o podstawach anatomii (np. jak zbudowane są narządy płciowe, kiedy kobieta może zajść w ciążę i jakie są dostępne metody antykoncepcji), a czasem też poruszali inne, bardziej złożone zagadnienia: czym jest orgazm i jak go osiągnąć (zwłaszcza w przypadku kobiet), jak zdobyć partnera i jak odmówić mu seksu, nie raniąc jego uczuć; no i oczywiście co robić w łóżku, żeby się dobrze bawić.
Wisłocka i Kozakiewicz dążyli do wypracowania języka, za pomocą którego można by mówić o seksie bez uciekania się do medycznej terminologii i wulgarnych określeń, które – jak podkreślało wielu pisarzy – szczególnie źle brzmią po polsku. Wisłocka pisała: "Biję na alarm: ocalmy język miłości i odrzućmy wstydliwe milczenie. Bądźmy ludźmi!". W przeciwieństwie do Amerykanów, których książki były czytane mimo skomplikowanego medycznego języka, polscy seksuolodzy starali się dotrzeć do mas i się to udało.
Ostatnim guru polskiej seksuologii to Zbigniew Lew-Starowicz. Był dziesięć lat młodszy od Wisłockiej i Kozakiewicza, a mimo to dużo pisał, publikował i występował jako ekspert na różnych platformach medialnych. Nikt nie jest w stanie dokładnie powiedzieć, ile książek i artykułów napisał, chociaż wyraźnie aspirował do wpisania się do Księgi Rekordów Guinnessa jako najbardziej płodny autor.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Ilustracja z książki Mikołaja Kozakiewicza "Małżeństwo niemal doskonałe", wyd. Iskry, 1972, fot. Dagmara Smolna
Obrazek
ilustracja_z_ksiazki_malzenstwo5.jpg
Po upadku komuny wciąż nie doceniano osiągnięć polskiej szkoły seksuologii. Jej przedstawiciele w latach komunizmu wyprzedzili swoje czasy, jednak ze względu na konserwatyzm nigdy nie udało im się zostać liderami współczesnej nauki, na którą ogromny wpływ mają odkrycia zachodnich naukowców w dziedzinie gender studies.
Warto jednak pamiętać, że polskim seksuologom udało się to, co nie udało się współczesnym naukowcom: dostarczali ludziom informacji, nie tylko opowiadając im o praktycznych i medycznych aspektach seksu i pomagając w rozwiązywaniu intymnych problemów, lecz także oferując wizję człowieka jako holistycznej istoty biologicznej, psychologicznej, społecznej i seksualnej. Innymi słowy, kompletnej istoty ludzkiej.
Źródła:
K. Imieliński (red.), Seksuologia Biologiczna, PWN, Warszawa 1980
K. Imieliński (red.), Seksuologia Kulturowa, PWN, Warszawa 1984
K. Imieliński (red.), Seksuologia Społeczna, PWN, Warszawa 1974
A. Kościańska, Płeć, Przyjemność i Przemoc, WUW, 2014
M. Kozakiewicz, Małżeństwo Niemal Doskonałe, Iskry, Warszawa 1973
V. Ozminkowski, Sztuka Kochania Gorszycielki, Prószyński i S-ka, 2014
M. Wisłocka, Sztuka Kochania, Iskry, Warszawa 1978
Tłum. E. Dąbkowska