W zeszłym roku pojechałeś do Ukrainy, gdzie występowałeś na otwarciu sezonu koncertowego Międzynarodowej Orkiestry Symfonicznej we Lwowie.
Tak, graliśmy Koncert fortepianowy op. 54 Borysa Latoszyńskiego, nazywany „Słowiańskim”. Było to głęboko emocjonalne i dość dziwne przeżycie. Próbowałem odczytać list poparcia dla orkiestry wystosowany przez Akademię Szwedzką i prawie odebrało mi mowę.
Stanie na tamtejszej scenie z tak młodą orkiestrą wydawało się czymś całkowicie surrealistycznym. Nie byliśmy na linii frontu i ani przez chwilę nie czuliśmy bezpośredniego zagrożenia, chociaż ogłaszano alarmy przeciwlotnicze z zaleceniem udania się do schronu.
Przyjazd ze Szwecji, kraju, który od wieków cieszy się pokojem, do państwa ogarniętego wojną, to wstrząsające doświadczenie. Otrzymaliśmy najgorętsze brawa, jakich kiedykolwiek doświadczyłem, po prostu wychodząc na scenę, zanim jeszcze zagraliśmy choćby jedną nutę. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to już niedługo tam powrócę.
Niewielu zachodnich artystów decyduje się dzisiaj pojechać do Ukrainy.
Atmosfera była niezwykle emocjonalna, a jednocześnie absolutnie fantastyczna. Przez cały czas czuliśmy się całkowicie bezpiecznie. Zatrzymaliśmy się w uroczym hotelu w centrum miasta, w którym znajdował się schron przeciwlotniczy urządzony w dawnej piwniczce na cygara.
Każdego ranka w drodze do filharmonii mijaliśmy katedrę, z której wychodziły wdowy i rodziny pogrążone w żałobie. Zmusza to człowieka do zadania sobie pytania: „Co ja tutaj robię? Czy naprawdę po prostu gram dla ludzi na fortepianie?”. A jednocześnie wydaje mi się, że muzyka daje im coś niezbędnego do życia.
Ze względów bezpieczeństwa w sali koncertowej obowiązywały surowe limity miejsc, ale i tak wpuszczono sporo dodatkowych osób. W takich czasach ludzie po prostu chcą czuć się ludźmi i wspólnie przeżywać coś wartościowego.
Każda wizyta zagranicznych artystów i artystek jest szalenie ważna dla ukraińskiej publiczności.
Szukamy okazji, by tam wrócić. Dyrekcja orkiestry wykazała się ogromnym ciepłem, a poza tym są to ludzie niezłomni. Niektórzy z nich osobiście prowadzili furgonetki na linię frontu, by dostarczać zaopatrzenie. Każdy dokłada swoją cegiełkę, żeby pomóc.
Nasze zaproszenie nadeszło od dyrygenta gościnnego, Paula Manna, którego Anastasia zna dość dobrze. Kiedy zapytała go, jak moglibyśmy pomóc, odpowiedział po prostu: „Cóż, możecie przyjechać i zagrać”. Od razu wiedzieliśmy, że to wspaniały pomysł. Podczas gdy niektórzy koledzy z branży mogliby wahać się przed taką podróżą, dla nas decyzja była oczywista. Możliwość wykonania pięknego koncertu ukraińskiego kompozytora sprawiła, że to doświadczenie było jeszcze bardziej wyjątkowe.