Domyślam się, że przy tak krótkim czasie pracy w finalnym szkicu jest spora dawka improwizacji…
MW: Jasne. Aktorzy dostają trochę więcej luzu, bo wiedzą, że to nie jest finalny produkt, tylko szkic, który chcemy zrobić, żeby coś sprawdzić, więc aż tak się nie spinają, że od tego momentu tak będzie po wsze czasy. Oczywiście jest tam improwizacja, ma to różne zgrzyty, bo nie mamy czasu tego przeszlifować do końca. Momentami jest podejście jak do zabawy. Generalnie nie da się zrobić spektaklu tak szybko, a jakby się dało, to nie przyznawajmy się do tego, bo wszyscy by chcieli, żeby robić je w pięć dni, a nie w półtora miesiąca.
Jeżeli aktorzy ci uwierzą, a akurat ci, których spotkałem w Norylsku, byli bardzo otwarci i kontaktowi, to jesteś w stanie przepróbować różne rzeczy, do których normalnie byś dochodził długo siedząc przy stole, czytając, myśląc, gadając, słuchając wykrętów, czemu się nie uczą tekstu. A ta ekipa w cztery dni, głównie nogami, w sensie chodząc po scenie i już działając, nauczyła się tekstu, co normalnie zajmuje tygodnie. To jest też bardzo dobry punkt wyjścia, żeby później rozwinąć szkic do pełnego spektaklu.
Żenia Kambalina i Losza Kowrigin, którzy grali Dżinę i Parchę, pomimo ogromu tekstu dali sobie świetnie radę. A Denis Czajnikow jako kierowca porwanego samochodu i Nina Walenskaja jako pijana dama za kółkiem stworzyli świetne role!
Opowiedz trochę o samym mieście. Jak się żyje w warunkach wiecznej zmarzliny?
MW: Nie jest lekko, ale ma to swój urok. Byłem tam po raz pierwszy i tylko tydzień, więc nie mam pełnych kompetencji. Mnie się tam bardzo spodobało, stęskniłem się za zimą. Zresztą kto Polsce podświadomie nie marzy, aby pojechać na Syberię? Zdziwiło mnie, jacy przyjaźni i otwarci są norylczanie. Tak jest na Północy, ale o tym się często zapomina. Tam, gdzie ludzie są zdani na siebie w obliczu srogiej przyrody, współpraca jest konieczna. Nawet policja była miła: Polacy? Naprawdę? Prijezżajcie jeszczo!
Tak, ludzie są wielkim atutem Norylska. Miasto jak miasto, stalinowskie kamienice podobne do tych z Petersburga i bloczki. Wszystko jest zbudowane na planie kwadratu, żeby chronić od wiatru. Jak patrzysz za okno i trochę dalej, to widzisz góry. Łyse góry pokryte śniegiem. Rozglądasz się jeszcze i widzisz wielkie kominy, które zasnuwają niebo chmurami. Ale gdzie są drzewa? Nie ma. No dobra są, takie krzakopodobne. Nie ma też piwnic – domy buduje się na palach. Budynek przylegający do ziemi oddawałby ciepło i roztopił wieczną zmarzlinę. Więc są takie puste przestrzenie pod budynkami. Za to są renifery. Bardzo smaczne. Nie, nie biegają po mieście. Ale rok temu biała niedźwiedzica przyszła na przedmieścia. I lisy polarne.