Stosunek do religii
Jerzy Nowosielski, "Veraikon (Vera-Ikon)", reprodukcja:Wojciech Kryński i Tomasz Prażmowski /PAP
Był bardzo negatywnie nastawiony do pewnych przejawów rzeczywistości, w której żyjemy, niekoniecznie politycznej, choć tej też oczywiście, ale także rzeczywistości eklezjalnej, czyli kościelnej, która mu się nie podobała, co do której miał dużo zastrzeżeń. Jego szczególny stosunek do religii doskonale oddaje tytuł tomu jego rozmów ze Zbigniewem Podgórcem "Mój Chrystus". Profesor uważał i to wszędzie podkreślał – co było przez wielu opacznie rozumiane – że Chrystus jest jego osobistym zbawicielem. Odbierał Jezusa Chrystusa jako tego, który do niego osobiście kieruje przesłanie Ewangelii. Podobnie zresztą jak w przypadku wszystkich innych ludzi utożsamiających się z Chrystusem. Jerzy Nowosielski patrzył na świat przez pryzmat Ewangelii. Myślę, że pozostawione przez niego ikony są świadectwem bardzo żywego przeżycia wiary. Tutaj chodzi o pełne napięcia przeżycie kontaktu z Bogiem. Sztuka była w nim niezbędna, ponieważ profesor uważał, że myślenie dyskursywne, logiczne w pewnym momencie przestaje wystarczać, nie jest w stanie dotrzeć do wszystkich zakamarków rzeczywistości. Dlatego tam, gdzie kończy się myślenie dyskursywne, zaczyna się sztuka, literatura, poezja – dokładnie w tym miejscu. Waga, jaką przywiązywał do sztuki, wynikała między innymi z jego przekonania, że poznajemy świat głównie oczyma, a ponieważ jesteśmy bombardowani ogromną ilością reklam i pseudo-sztuki, musi znaleźć się też sztuka autentyczna, stanowiąca przeciwwagę, odpowiadająca na zapotrzebowanie naszych oczu. Tyle że nie jest ona oczywiście czymś łatwym.
Jerzy Nowosielski był pesymistą w stosunku do rzeczywistości empirycznej, czyli tej, w której żyjemy, uważał, że jest ona okropna. Myślę, że to właśnie doświadczenie lwowskie odegrało tu istotną rolę. Nie oszukujmy się. Rzeczywistość, w której żyjemy, nie jest idealna – nawet na naszych oczach rozgrywają się w tej chwili rzeczy dramatyczne i straszne, on był tego absolutnie świadomy. Był jednak równocześnie głęboko przekonany, że na innym poziomie, który określał metahistorią, czyli w rzeczywistości Królestwa Bożego, te wszystkie negatywne strony naszej rzeczywistości zostaną całkowicie przemienione. I tutaj powoływał się na przemienienie Jezusa Chrystusa, kiedy nagle – taki mamy opis w Ewangelii – wszystko stało się inne. On tę przemianę wiązał z rzeczywistością końca świata. Można powiedzieć, że był optymistą eschatologicznym. Natomiast jeżeli chodzi o świat, w którym żyjemy, był pesymistą empirycznym, tak bym to określił. Twierdził, że możemy jedynie sobie ułatwiać życie, bo wynalezione zostaną jeszcze lepsze zmywarki czy pralki, ale to nie świadczy, że tragizm egzystencji stanie się przez to mniejszy. Wynikało to jego zdaniem z katastrofy grzechu pierworodnego, a właściwie podwójnej katastrofy, która miała miejsce na początku istnienia naszej rzeczywistości. Najpierw miał miejsce upadek aniołów, który pociągnął za sobą upadek człowieka. Skoro jesteśmy w stanie upadku, trudno żebyśmy byli na co dzień i bez przerwy ludźmi świętymi. To wymaga ogromnego wysiłku i nie wszyscy w ogóle są do takiego wysiłku zdolni.
Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy, cerkiew greckokatolicka w Białym Borze, zaprojektowany i polichromowany przez Jerzego Nowosielskiego, fot. Dawid Lasociński/Forum
W tym miejscu powoływał się na dowód, powiedziałbym, bardzo teologiczny, mówił mianowicie, że należy bardzo wnikliwie przeczytać Wielki Kanon Pokutny św. Andrzeja z Krety, bo tam dopiero zobaczymy, jaki jest obraz człowieka w świadomości Ojców Kościoła. I to nie jest wcale obraz kotka, który siedzi na komodzie z różową wstążeczką i radośnie pomrukuje, to jest obraz gehenny. To była jego wizja rzeczywistości. Mówił wprost, że rzeczywistość to jest jeden wielki Auschwitz i tu się nic nie zmieni. Ale myślę, że ktoś, kto widział z okien szpitala, jak zabijano ludzi na jego oczach… To musi pozostawić ślad. Oglądanie z okien sali szpitalnej likwidacji getta jest przeżyciem traumatycznym, ponieważ uświadamia człowiekowi – to jest bardzo ważne – do czego jest zdolny. Zofia Nałkowska napisała w "Medalionach": "Ludzie ludziom zgotowali ten los". To bardzo dobre, trafiające w sedno zdanie. Przy czym Jerzy Nowosielski miał świadomość, że człowiek to nie tylko piekło upadku, jest bowiem zdolny wspiąć się również na wyżyny świętości. Z tego powodu pesymizm empiryczny kończył się u niego jednak eschatologiczną radością. Świadomość, że nastąpi przemienienie rzeczywistości tego świata dawała mu siły, żeby żyć i żeby działać.
W jednej z rozmów Jerzy Nowosielski powiedział, że prawdziwa ikona – taka jak "Trójca" Rublowa – spada z nieba, to znaczy zostaje objawiona. Jeżeli nie spada z nieba, to jest jakieś… naśladownictwo, kopia jakaś. Sam twórca często nie wie, w jaki sposób się to dzieje, jednak wielu artystów – niekoniecznie zresztą malarzy, także pisarzy, poetów – ma świadomość, że nagle coś spada im z nieba. Potocznie nazywamy to natchnieniem. Ja bym zresztą to, co powiedział profesor, rozszerzył. Każdy prawdziwie wielki obraz musi spaść z nieba. Musi nastąpić przekroczenie naszych ograniczeń czasowo-przestrzennych i intelektualnych, musi się przejawić to, co niektórzy nazywają iskrą Bożą w człowieku. Dopiero wtedy powstaje arcydzieło.
W moim odczuciu Jerzy Nowosielski to jest człowiek dla przyszłych pokoleń. Niewątpliwie, jak wszyscy ludzie genialni, wyprzedził i przekroczył swoją epokę. Jestem głęboko przekonany, że on będzie odkrywany przez następne pokolenia jako "ich" człowiek, ponieważ jego doświadczenie zarówno malarskie, jak i intelektualne przekracza wiek, w którym żyjemy i jest skierowane ku przyszłości.
Spisała: Julia Marczyńska