Odkryłaś na przykład nieznaną ci wcześniej historię rodziny Strancmanów.
To jest bardzo powszechne doświadczenie, że nie wiemy czegoś o swojej rodzinie i to nas w pewnym momencie zaczyna męczyć. W mojej rodzinie była cała luka związana ze Strancmanami, rodziną mojego pradziadka, prawie nic o nich nie wiedzieliśmy. Moja mama żałowała, że nie zapytała Jadwigi lub jej ojca, czyli swojego dziadka. Ja też w pewnym momencie zaczęłam o tym myśleć i nie mogłam znaleźć rozwiązania. A ono okazało się dosyć proste. Nazwiska żydowskie zapisywane są obocznie. Przeszukując cmentarz żydowski w Warszawie znajdywałam nagrobki bardzo wielu Sztrancmanów, ale myślałam, że to jakaś inna rodzina. Tymczasem okazało się, że to wszystko oni, rodzina mojego pradziadka, że można stworzyć całe drzewo genealogiczne, że są o nich notatki w prasie przedwojennej. Bardzo mi tu pomógł Wojtek Szot, który przeglądając przedwojenne gazety, odkrył wzmianki o Sztrancmanach, nagle odezwał się do mnie z pytaniem, czy Josek Sztrancman to był brat mojego pradziadka. Ja absolutnie nic o tym nie wiedziałam. I tak wielka rodzina warszawskich Żydów, bo pradziadek miał siedmioro rodzeństwa, nagle wyszła z niebytu.
A jak w twojej głowie pod wpływem pisania zmienił się obraz twojej babci? Jak to, co czytałaś, i co odkrywałaś, miało się do twoich wspomnień z dzieciństwa?
Bardzo się zmienił. Jadwiga była takim trochę dziwakiem nie tylko w środowisku Mironowym, ale też w naszej rodzinie. Była bardzo wymagająca, często trudna. Poza tym miała te swoje zainteresowania parapsychiczne, od których ja uciekałam, bo dla mnie świat, w którym wszystko, każde nawet najlżejsze stuknięcie jest znaczące, jest światem przerażającym. Natomiast dzięki temu, że ona wszystko zapisywała, opisywała swoje przeżycia duchowe i przekształcała je w literaturę, po latach mogłam się do tego zbliżyć, lepiej ją zrozumieć.
Te jej zainteresowania były bardzo ciekawe jak na tamte czasy – ćwiczenia dermooptyczne z Lechem Emfazym Stefańskim, joga, medytacja transcendentalna.
Jadwiga bardzo serio to wszystko traktowała. Teraz wiem, że ona w ten sposób uciekała od rzeczywistości. Ponieważ nie widziała, to miała poczucie, że te doświadczenia wewnętrzne dają jej coś wyjątkowego. Że dzięki swoim wizjom kolorystycznym nie jest niepełnosprawna, bo ma coś, co jest innym sposobem widzenia. Nie wiadomo, jak powstawały te inne światy, których doświadczała. Dla Mirona były one fascynujące, zastanawiał się, skąd pochodzą – czy są produktem jej wyobraźni, fantazji? W każdym razie czytając teraz jej zapiski, zdałam sobie sprawę, dlaczego te wizje mogły być dla niej ciekawsze niż codzienność, i dlaczego czasem nie chciała wracać ze swoich odlotów.
Jej obraz zmienił mi się także po tym, jak odkryłam ją jako dziennikarkę. Jakoś wcześniej do mnie nie dotarło, że mam z nią podobną drogę zawodową. Miała w sobie ciekawość dziennikarską, chciała na przykład się dowiedzieć, jak śnią inni niewidomi. Te wywiady z niewidomymi znalazły się zresztą w "Ślepaku". Poza tym odkryłam też Jadwigę flirtującą, korzystającą z życia, która już nie miała wiele wspólnego z babcią, którą pamiętam. Jadwigę, która jedzie z dwoma chłopakami nad morze i nie wie jeszcze, którego wybrać. Która nie ma żadnych uprzedzeń, jest antymieszczańska. Jest piękną kobietą, która ma powodzenie, pali papierosy, pije wódkę. Bo nie zapominajmy, że ona po wojnie stała się inną osobą, tracąc wzrok musiała się stworzyć na nowo. Cierpiała na barwnikowe zwyrodnienie siatkówki. Ta choroba do dziś jest nieuleczalna, nic nie można na nią poradzić. Ona podjęła więc wysiłek, żeby zmienić swoje życie tak, żeby móc zachować aktywność. Bo chciała pracować, spełniać się. Pragnęła wyzwań zawodowych, szybko też zaczęła myśleć o twórczości literackiej. Miała ambicje i pragnienia, które wykraczały daleko poza to, że będzie po prostu siedzieć w domu. Myślę, że to dla niej byłby najgorszy koszmar, gdyby nie mogła pracować, być potrzebna innym i skuteczna w działaniu. Bardzo tego potrzebowała. Więc musiała się stworzyć na nowo jako niewidoma dziennikarka. A także zbudować swoje codzienne życie na zasadzie perfekcyjnej organizacji. Ona zawsze była dla mnie wzorem porządku. Pamiętam jej rozpiski na każdy dzień. Przytaczam je w książce – Jadwiga opisuje swój dzień siedemdziesięciolatki, jak od rana szoruje to, szoruje tamto, uprawia swoją podłogojogę, czyli froterowanie podłogi, które uwielbiała i które ją bardzo uspokajało, pierwsza kawa, druga kawa…. I pisze, że do dwunastej wysprzątała już trzy pokoje i napisała wiersz. Myślę, że ten porządek i dyscyplina, to były jej sposoby oporu przeciwko tej ciemności, która ją zagarniała, przeciw depresyjnemu bezładowi, apatii, które sprawiały, że nie chciała wstać z łóżka. A miała takie dni, dużo ich było, że po prostu się zapadała i nie chciało jej się żyć. Zbierając teraz materiały do książki, odkryłam, że miała kilka prób samobójczych. Ona o tym pisze w dosyć lekki sposób, że sobie te pastylki posłodziła, żeby były smaczniejsze i długo spała później. Ten mrok nasilił się po śmierci Mirona, który był dla niej najlepszym antydepresantem. On ją wyciągał z depresji.