Małgorzata Lebda jest autorką sześciu książek poetyckich, w tym wyróżnionego w 2019 roku Nagrodą Literacką Gdynia tomu "Sny uckermärkerów" oraz "Mer de Glace", za który otrzymała w 2022 roku Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej. Wydana właśnie znakomita powieść "Łakome" to jej prozatorski debiut. Jest to zarazem proza bardzo poetycka, uzupełniająca się z jej wierszami i obecnymi w nich motywami zakorzenionymi w jej osobistych doświadczeniach – dzieciństwie spędzonym w beskidzkiej wsi Żelazikowa Wielka oraz śmiercią obojga rodziców.
Uparte życie choroby
"Łakome" to oszczędnie opowiedziana i z pozoru prosta opowieść. Narratorka powraca do wsi Maj, w której się wychowała, by opiekować się swoją chorą na raka babką Różą, czy właściwie towarzyszyć jej w umieraniu. Dowiadujemy się też, że nie jest to pierwsza utrata związana z jej rodzinnym domem, bo gdy była dzieckiem, zginęli jej rodzice:
Byłaś umarła, a ożyłaś, zaginęłaś, a odnalazłaś się, mówi babka pomiędzy łyżkami rosołu z gołębia, które prowadzę do jej wąskich ust. Wygnała mnie stąd śmierć rodziców i ciotki, myślę, i sprowadziła mnie tu kolejna wisząca nad tym domem. Tyka tu wszystko: tik-tak, tik-tak, tik-tak, tik-tak, ku utracie.
W trwaniu w dotkniętym chorobą domu, w opiekowaniu się babką, podawaniu jej jedzenia, myciu, czesaniu, zmienianiu plastrów z morfiną, czytaniu (poezji oraz opisów z atlasów ptaków), a przede wszystkim rozmawianiu z nią, towarzyszy narratorce jej partnerka Ann. Narratorka pisze wiersze i programuje, Ann prowadzi badania naukowe nad światłem, jest zafascynowana zwierciadłami i rozumie wszystko – również mrok – niemal bez słów. Jest też dziadek, który próbuje walczyć z chorobą domu (równoznaczną z chorobą żony), zawzięcie i za wszelką cenę go naprawiając, ocieplając i ulepszając.
Dziadek unika choroby babki, ceremonie wokół choroby są mu obce, nie chce nic o chorobie wiedzieć, niczego w chorobie dotykać, ale chce dla babki ciepłego domu, to zajmuje jego myśli.
Ludzie, zwierzęta, rośliny
Babka z kolei, odkąd usłyszała diagnozę, chce mieć przy sobie jak najwięcej tego, co żywe. To jej strategia walki z utratą. Nie tylko każe znosić do swojego pokoju niezliczone rośliny doniczkowe, ale zaprasza do niego mrówki i inne owady. Jak mówi narratorka:
Ona życzy sobie, tak myślę, żeby żywe, szczególnie teraz, zajmowało jej głowę, rodziło obowiązki, odwracało uwagę od choroby.
Dowiadujemy się także, że odkąd pamięta, babka żywiła zamiłowanie do tego, co żywe. Dziadek nazywał to niegdyś słabością, bo wiązało się z tym, że jego żona zatrzymywała pracę w polu, gdy tylko w nim zobaczyła konika polnego, którego należało uratować, czy puszczała wolno krowy, by sobie "pożyły". W tym bronieniu żywego babka jest niekonsekwentna, uwikłana w nieuniknione sprzeczności: "odbierać życie, by zatrzymać życie". Takich paradoksów jest w Maju bardzo wiele: można się tam zachwycić pięknem przyrody, śpiewem ptaków, dziadek narratorki hoduje pszczoły i krowy, ważne miejsce w ich wspólnych wspomnieniach zajmują domowe psy i koty oraz kości dzikich zwierząt, które zbiera w lesie. Zarazem tuż obok domu znajduje się ubojnia, która kładzie się cieniem na całą wieś, a dochodzące z niej dźwięki i światła samochodów wiozących do niej zwierzęta zakłócają sen mieszkańców. Tak naprawdę zaburzają dużo więcej:
Nocami ubojnia budzi ptaki. Niesie to konsekwencje dla doliny. Czas się miesza. Coś się w czasie luzuje. Ludzie otwierają oczy nie w porę, chodzą w dzień otępiali. W południe patrzą w słońce i nie zgadza im się to, w którym miejscu nieba jest.
Lebda w mocny i nienaiwny sposób opowiada o naszych relacjach z nie-ludzkimi formami życia. O naszych wobec nich nadużyciach, ale też o naszej z nimi bliskości. O śmiertelności, którą z nimi dzielimy. Ludzie, zwierzęta, rośliny umierają, z żywych przemieniają się w martwe.