Julia Woronowicz, „Królewna Trzech Pagórków” w galerii WHOISPOLA
Udręczone księżniczki, tragiczne miłości, zapomniane kulty, a nawet Doda w roli groźnej królowej podwodnego świata – na kilkunastu nowych obrazach Julia Woronowicz zarysowuje barwny fragment swojego rozległego artystycznego uniwersum, które z bliska okazuje się mniej baśniowe, niż mogłoby się wydawać.
Malarstwo Julii Woronowicz wydaje się idealnie wpisywać w to, co od kilku lat jest w tym polu szczególnie cenione. Narracyjne, otwarcie feministyczne, operujące atrakcyjną, nieco ilustracyjną formą figuracji. Woronowicz jednak z dużą świadomością igra z konwencjami. Gdy w cenie jest autobiografia i autofikcja, ona uprawia etnofikcję. Zamiast opowiadać anegdoty z własnego życia, jak Marta Nadolle czy Martyna Baranowicz, kreuje całe uniwersum, w którym osadzone są kolejne wystawy, fikcyjne plemię z długimi dziejami i własną historiografią.
Woronowicz przystępuje do malowania trochę jak autorka fantasy do pisania powieści: najpierw tworzy dokładne zręby świata, z jego historią, geografią, polityką, obyczajami i językami, zanim w ogóle zabierze się do szkicowania rozgrywającej się w nim fabuły. Królewna Trzech Pagórków w warszawskiej galerii WHOISPOLA jest więc tylko wycinkiem jej długofalowego projektu, który można opisać jako wielkie ćwiczenie ze światotwórstwa, z wcześniejszymi odsłonami m.in. w galerii lokal_30, gdańskim eskaem i Miejskim Ośrodku Sztuki w Gorzowie Wielkopolskim. W jego ramach Woronowicz wykreowała fikcyjną matrylinearną kulturę mazonek, jej dzieje i mity, a nawet historię jej badaczek i kolejnych znalezisk.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Julia Woronowicz, „Królewna Trzech Pagórków”, widok wystawy, fot. dzięki uprzejmości galerii WHOISPOLA
Obrazek
_bgf2625_pola_jw_web.jpg
W poszczególnych wystawach artystka przeskakuje między epokami i bohaterkami ze swobodą godną C.S. Lewisa w jego cyklu o Narnii. Jeśli jednak ta była ubraną w szaty młodzieżowej fantastyki alegorią opowieści chrześcijańskiej, to Woronowicz stawia pytanie o to, jak wyglądałyby dzieje zupełnie innej, nieschrystianizowanej kultury. W Królewnie Trzech Pagórków zabiera nas w przeszłość podwójnie – do XIV wieku i w głąb nastoletniego umysłu.
W obrazach na warszawskiej wystawie dopatrzeć się możemy lekkiej stylizacji na sztukę z epoki – zwłaszcza układające się w dekoracyjne płaszczyzny partie roślinne mają w sobie coś z gotyckich tapiserii. Jednocześnie trzymają się one stylistycznych ram charakterystycznych dla Woronowicz. Malowane są lekko rozmytymi plamami, utrzymane w zgaszonych, pastelowych i ziemistych odcieniach, ze zniekształconą perspektywą i manierycznie powyciąganymi proporcjami postaci. Artystka nie próbuje tworzyć zwodniczo realistycznego pastiszu sztuki z epoki. Obiera zupełnie inną drogę niż na przykład Horacy Muszyński, który przed kilkoma laty wykreował podobną fikcję archeologiczną – w tym przypadku o tajemniczym zakonie Artium Milites – jednak w samych pracach imitował obiekty, ryciny czy iluminacje mogące faktycznie pochodzić z epoki. Woronowicz jednocześnie wciąga nas w wykreowany świat, ale i ujawnia jego sztuczność. Wszystko dzieje się tu jakby na teatralnej scenie wśród bardzo umownych dekoracji. Zamiast zatracać się w iluzji, skupiamy się w efekcie na samym procesie kreacji mazońskiej fikcji.
Główną bohaterką opowieści jest rzecz jasna tytułowa królewna, doświadczająca na wielu poziomach wyobcowania i straty – nagle opuszczona przez matkę, musi sobie radzić z trudami nie tylko dorastania, ale też rządzenia. Jej pierwsza młodzieńcza miłość, gąska Isodora, umiera właściwie z jej rąk – w wyniku przekarmienia. Dworzanki i przyjaciółki nie mogą stać się prawdziwymi powierniczkami i wsparciem – w końcu kto ośmieli się na szczerość wobec osoby sprawującej władzę absolutną? Nawet jeśli jest to władza nad królestwem Trzech Pagórków, co nie brzmi zbyt dumnie i w kontekście osadzenia historii w epoce rozbicia dzielnicowego może oznaczać naprawdę skromną domenę.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Julia Woronowicz, „Trzy chłopki, trzy gąski”, 2025, olej na płótnie, 120 x 70 cm, fot. dzięki uprzejmości galerii WHOISPOLA
Obrazek
pola-repro0392_hw_web.jpg
Woronowicz rozpisuje więc klasyczne nastoletnie problemy na dworsko-fantastyczną fabułę, z psychologicznych schematów czyniąc postaci o konkretnych cechach i wizerunkach. Nieobecna królowa-matka Aqualiteja, która zostaje władczynią podwodnego świata (jakżeby inaczej w tym iście jungowskim dramacie) ma na przykład ciało… Dody. Ten niespodziewany łącznik ze współczesną popkulturą to efekt zainteresowania piosenkarki malarstwem Woronowicz – artystka nie dała się namówić na chałturkę w postaci portretu na zamówienie, ale chętnie wkomponowała wizerunek gwiazdy pop we własne uniwersum. Podobnie zresztą jak wplata drobne nawiązania do konkretnych tekstów kultury – dramatyczna scena wypchnięcia jednej z bohaterek przez okno budzi na przykład skojarzenia ze słynną sceną z Gry o tron.
Poczucie wyobcowania, niezrozumienia, skłonność do emocjonalnego rozchwiania, wyolbrzymiania problemów i postrzegania pierwszych relacji uczuciowych w kategoriach wielkiej, tragicznej miłości podkreślone zostają tytułami obrazów, zaczerpniętymi z nastoletnich pamiętników. A że w tym wieku niemal każdego dnia człowiek budzi się jako nieco inna osoba, Woronowicz czerpie nie tylko z własnych zapisków sprzed lat, ale również fragmentów pamiętników przyjaciół, a także zupełnie obcych osób, które się nimi z artystką podzieliły.
W najnowszych obrazach Woronowicz interesuje więc wniknięcie w rozgorączkowany nastoletni umysł, ale znaczące jest także to, jak malarka kształtuje cały swój etnofikcyjny świat. Sama historia o mazonkach, plemieniu pierwotnie określanym jako matriarchalne, a z czasem jako matrylinearne, którego kultura kwitła na ziemiach polskich przed ich chrystianizacją, następnie rozwijała się niejako w konkurencji do Rzeczpospolitej, jaką znamy z kart podręczników do historii, a wreszcie zepchnięta do podziemia zanikła i rozmyła się w kulturze dominującej, rymuje się z realnymi narracjami antropologicznymi.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Julia Woronowicz, „Królewny Gołębiej Niziny (Justyna, Eugenika i Ewa)”, 2025, olej na płótnie, 130 x 100 cm, fot. dzięki uprzejmości galerii WHOISPOLA
Obrazek
250728_woronowicz_rep0154_jw_j_web.jpg
Na przełomie XIX i XX wieku, w tekstach autorstwa m.in. Julesa Micheleta, Jane Ellen Harrison czy Margaret Murray, na podstawie bardziej lub mniej konkretnych przesłanek przybierała na sile teoria o panującym powszechnie na terenach europejskich u progu epoki neolitycznej kulcie Wielkiej Bogini i matriarchalnej organizacji ówczesnych społeczności. Szybko przeniknęła ona z antropologii do literatury, także młodopolskiej – „boginiczne” motywy odnajdziemy m.in. u Tadeusza Micińskiego czy Bronisławy Ostrowskiej.
Na ugruntowanie tego wyobrażenia o przedhistorycznej Europie ogromny wpływ wywarły książki poety Roberta Gravesa oraz przede wszystkim antropolożki Mariji Gimbutas, rysującej w swoich tekstach obraz Dawnej Europy – pokojowej, wyznającej kult Wielkiej Bogini, matriarchalnej cywilizacji rolniczej o wysoko rozwiniętej kulturze, zniszczonej przez agresywne, koczownicze i patriarchalne plemiona przybyłe z okolic Kaukazu. Resztki owej cywilizacji w epoce historycznej przetrwać miały jeszcze w kulturze minojskiej, mykeńskiej i etruskiej.
Ten idealizujący obraz w antropologii został w drugiej połowie XX wieku znacząco zniuansowany i częściowo zakwestionowany. Stał się jednak podwaliną m.in. dla ruchu wicca, rozwijającego się od lat 70. jako swego rodzaju nowy, pozytywny mit założycielski, nieobciążony historią przemocy, patriarchatu i kolonializmu, związanymi z cywilizacją chrześcijańską. Na podobnej zasadzie przetrwał w kulturze popularnej – sielankowe wyobrażenie egalitarnych, pokojowych i żyjących w harmonii z naturą Słowian rodem z Drzewiej Władysława Orkana odnajdziemy we współczesnej fantastyce, jak cykl Słowo i miecz Witolda Jabłońskiego, w którym nieuchronnie odchodzący świat pogański jawi się jako arkadia pustoszona przez odrażających i sadystycznych krzewicieli nowej wiary.
Ten manichejski obraz nijak ma się oczywiście do znacznie bardziej zniuansowanej rzeczywistości, zwłaszcza w kontekście takich narracji historycznych jak Boże władztwo Toma Hollanda, wskazujących na rolę chrześcijaństwa jako fundamentu koncepcji powszechnej równości, praw człowieka czy postępu. Także wieloletni projekt Woronowicz, choć wydaje się wpisywać w proste, czarno-białe fantazje w „boginicznym” duchu, okazuje się znacznie subtelniejszy. Odpowiedź artystki na wyjściowe „co by było, gdyby” przypomina raczej światy takie jak ten stworzony przez Radka Raka w Agli, zorganizowanej według gnostyckiej wizji rzeczywistości – równie skomplikowane jak ten, w którym przyszło nam żyć.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Kraina zamieszkiwana przez mazonki u Woronowicz nie jest wcale tak arkadyjska, jak by się wydawało – władzę sprawują tu kobiety, ale nadal jest to władza absolutna, a podziały klasowe i mechanizmy wyzysku trwają w najlepsze. Sfera rytualna zorganizowana została w odniesieniu do symboliki wywiedzionej z cyklu miesięcznego, ale czy oznacza to życie w idealnej harmonii z naturą? Niekoniecznie, skoro mazonki toczą nieustającą walkę ze swoimi nemezis, czyli… stokrotkami.
W latach 30. w Polsce poszukiwanie scalającego społecznie mitu przedchrześcijańskiej kultury słowiańskiej stało się fundamentem dla ruchu rodzimowierczego. Wówczas powstało m.in. stowarzyszenie „Zadruga”, nawiązujące nazwą do wspólnot rodowych na Bałkanach. To poszukiwanie głębokich kulturowych korzeni odrodzonego państwa miało swoje ciemne strony, podobnie jak analogiczne ruchy w innych częściach kontynentu, naznaczone nacjonalistycznym szowinizmem czy wręcz dążeniem do „rasowej czystości”. W tym kontekście Woronowicz znacząco przesuwa akcenty: mazonki nie są rdzennymi mieszkankami ziem polskich – z całym kłopotliwym bagażem, jaki przywiązanie do rdzenności ze sobą niesie – a potomkiniami znanych z mitologii greckiej amazonek z okolic Morza Czarnego. To nawiązanie do antycznej kolebki kontynentalnej kultury, na którą tak lubią powoływać się „obrońcy cywilizacji”, jest gestem typowego dla Woronowicz zręcznego manipulowania mitami założycielskimi.
Monumentalny projekt Julii Woronowicz można więc uznać za fantazję o podwójnym ostrzu – wycelowaną w oczywisty sposób w bogoojczyźniane wizje rodzimej historii, ale i subtelnie rozbrajającą idealistyczne fantazje z czarownicami i przedchrześcijańskimi wspólnotami w rolach głównych. Historia udręczonej królewny jest koniec końców rodzajem przestrogi przed naiwnym idealizowaniem i chęcią cofnięcia się do „złotego wieku”. Czy to w prywatnej biografii, czy to w historii powszechnej, owe stare dobre czasy z bliska mogą okazać się dość paskudne.
Julia Woronowicz, Królewna Trzech Pagórków
19.09–8.11.2025
WHOISPOLA, Warszawa