Czy po tym całym podróżowaniu masz jakieś ulubione miejsce w Polsce, punkt, z którym czujesz się szczególnie związany?
Wprost kocham Lublin, to niezwykłe miasto. Może nie każdy się z tym zgodzi, ale dla mnie ma ono atmosferę miasta uniwersyteckiego. Wydaje się takim tętniącym młodym życiem miejscem, a do tego jest starówka, z którą nic nie może się równać. Odnosi się tam wrażenie wkraczania do innej epoki, podróży w czasie. To niesamowite.
Ale na pewno fakt, że to stamtąd pochodzi moja rodzina, czyni mnie trochę stronniczym. [śmiech]
Może właśnie dlatego odczuwasz z Lublinem taką więź.
Precyzyjnie rzecz ujmując, moja rodzina pochodzi z Krasnegostawu, który jest jakieś 50 kilometrów dalej. Ale największe wrażenie robi na mnie właśnie Lublin, z jego mocą przenoszenia w czasie.
Chcę jeszcze dopytać o tę więź. Kiedy dowiedziałeś się o swoich polsko-żydowskich korzeniach?
Kiedy dorastałem, co jakiś czas odwiedzała nas kuzynka imieniem Maria. Mówiła po angielsku z akcentem, zawsze spowijała ją jakaś tajemnica. Pamiętam, że mój tata mówił o niej z mieszanką czci i współczucia. Z czasem zdałem sobie sprawę, że pochodzi z Polski, ale dalej była dla mnie kompletną niewiadomą. To był mój pierwszy punkt styku z Polską.
Wszystko tak naprawdę zmieniło się, kiedy zacząłem odwiedzać moją ciotkę Doris. Urodziła się w 1912 roku w Polsce i mieszkała tu przez pierwszych osiem lat życia. Zacząłem u niej bywać co tydzień, kiedy miałem jakieś 18 lat, a kres temu zwyczajowi położyła dopiero jej śmierć w wieku 106 lat. Nawet przez chwilę, tuż po trzydziestce, mieszkałem z nią w jej maleńkim nowojorskim mieszkaniu. Była dla mnie mentorką. Historia jej życia niesamowicie mnie interesowała – a że w college’u studiowałem antropologię, potrafiłem docenić tę osobę, która była dla mnie żywym łącznikiem z historią.
Powiedziałem jej, że jeśli kiedykolwiek dostanę pracę w Europie, wybiorę się do tego małego domku w Krasnymstawie, gdzie dorastała, i zrobię dla niej zdjęcie. I faktycznie – podczas planu w Bośni wypożyczyłem samochód, razem z żoną pojechaliśmy do tego miasteczka i sfotografowaliśmy dom mojej ciotki. Wydrukowałem zdjęcie i przywiozłem jej je – nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia [śmiech]. „A, tak, faktycznie” powiedziała. I tyle. Trudno było jej zaimponować.
Podczas tej właśnie podróży lepiej też poznałem Marię – kuzynkę, która przeżyła wojnę. Nawet się u niej zatrzymałem na dwa tygodnie.
Po tym doświadczeniu napisałem pierwszą sztukę, Rewizjonistę [The Revisionist], poświęconą naszej relacji. Stopniowo byłem coraz bardziej zainteresowany polską częścią mojej przeszłości. Sztuka odbiła się w Nowym Jorku szerokim echem, poznałem jeszcze sporo innych Polaków i po prostu coraz bardziej interesowałem się tym krajem.