Karolina Rychter: Czy można powiedzieć, że literatura rumuńska jest w Polsce popularna?
Jakub Kornhauser: Przede wszystkim powinniśmy sobie uświadomić, że literatura rumuńska nigdy nie dorówna popularnością literaturom tak zwanych języków większych, takich jak angielski, francuski, hiszpański czy niemiecki. Może się "ścigać" z literaturami naszego regionu, z innymi małymi językami. Ale jeśli chodzi o tę konkurencję, to nigdy wcześniej nie było tak dobrze. Nigdy nie publikowano tylu książek rumuńskich autorów, co ostatnio. Były takie lata, wprawdzie jeszcze przed pandemią, w których wydawano ich po dwadzieścia kilka, trzydzieści. To naprawdę dużo zważywszy na to, że tłumaczy literatury rumuńskiej mamy w Polsce mniej niż dziesięcioro.
Jak by pan wytłumaczył ten fenomen?
Ważną rolę odgrywa tu kilka rzeczy. Po pierwsze to, że jest grupa zapaleńców, którzy za Rumunię daliby się pokroić, biorą udział w rozmaitych międzynarodowych kulturalnych imprezach, wymianach i programach, i którzy zakładają wydawnictwa tylko po to, żeby móc wydawać rumuńską literaturę, jak pokazuje to przypadek wrocławskiej Amaltei. Po drugie, i to jest wielka rzecz, w Polsce bardzo prężnie działa Rumuński Instytut Kultury, który zapewnia możliwość transferu międzykulturowego. Przez wiele lat miał on świetną szefową, Sabrę Daici, sprzyjającą polsko-rumuńskim inicjatywom. Rumunia była gościem honorowym Targów Książki w Warszawie, a od wielu lat, z krótkimi przerwami, możemy uczestniczyć w Festiwalu Kultury Rumuńskiej w Krakowie. Po trzecie wreszcie, fakt, że środowisko tłumaczy z rumuńskiego jest w Polsce tak niewielkie, paradoksalnie stanowi zaletę. Wszyscy się znamy, nie rywalizujemy ze sobą, tylko wspieramy swoje działania. Mamy świadomość, że gramy do jednej bramki. Naszym wspólnym celem jest promocja kultury rumuńskiej, w tym przede wszystkim literatury. I biorąc pod uwagę wyniki wydawnicze z ostatnich kilkunastu lat, to książek rumuńskich pojawiło się w Polsce więcej niż książek czeskich, słowackich, węgierskich, chociaż zasoby tłumaczy z tamtych języków są znacznie liczniejsze. Warto przy okazji zauważyć, że pod hasłem literatura rumuńska kryje się też literatura mołdawska.
Przygotowując się do naszej rozmowy przeczytałam antologię wierszy Dumitru Crudu "Fałszywy Dymitr", którą przełożył pan wraz z Joanną Kornaś-Warwas. Crudu jest Mołdawianinem, który pisze po rumuńsku.
Tak, większość Mołdawian pisze po rumuńsku. Język rumuński jest językiem obowiązującym w Mołdawii – nie licząc Naddniestrza, które jest separatystyczną republiką administracyjnie należącą do Mołdawii, choć faktycznie będącą poza strukturami krajowymi, a także Gagauzji, autonomicznego terytorium zajmowanego przez prawosławną ludność o tureckim rodowodzie. Wpływy rosyjskie są tam bardzo silne. Mołdawia historycznie była częścią Rumunii, ale po 89. roku uzyskała niepodległość. Jednak wielu Mołdawian nadal uważa się za Rumunów. Twórcy, którzy piszą po rumuńsku, a mieszkają w Mołdawii, jak wspomniany Crudu, są rozdarci, bo woleliby, żeby oba kraje na powrót się połączyły. Jest to jednak trudne ze względu na to, że część społeczeństwa to Rosjanie albo przynajmniej osoby posługujące się językiem rosyjskim. Do tej pory zresztą w części Mołdawii używa się cyrylicy i zapisuje się nią język rumuński, a więc język romański, co robi dość niesamowite wrażenie. Ale rzeczywiście wielu twórców pochodzących z Mołdawii, ale piszących po rumuńsku, jak choćby przekładana na polski przez Kazimierza Jurczaka i Dominika Małeckiego Tatiana Ţîbuleac swoją tożsamość wiąże z Rumunią. Poza tym wyznacznikiem jest język. Między innymi dlatego Rumuni mają problem z Hertą Müller, noblistką urodzoną w Rumunii i mieszkającą tam przez wiele lat. Wielu z nich nie chciałoby jej uważać za Rumunkę, wszak jako przedstawicielka mniejszości saskiej pisze po niemiecku. Czar Nagrody Nobla jest jednak tak duży, że w pewnym momencie niektórzy krytycy zaczęli Hertę Müller na siłę rumunizować, bo lepiej brzmi, że Rumunia ma na swoim koncie literacką Nagrodę Nobla.
Przypomnijmy, że dotychczas pisarzom języka rumuńskiego ta sztuka się nie udała.
To prawda. Jednocześnie literatura rumuńska przez wiele lat szczyciła się rozmaitymi sukcesami, choć było to zasługą głównie autorów, którzy wyjechali z kraju i zrobili karierę, pisząc w innych językach niż rumuński. Po francusku, jak Emil Cioran czy Mircea Eliade, ale też po niemiecku, jak na przykład Paul Celan czy właściwie Paul Antschel.
Wracając jednak do literatury rumuńskiej w Polsce, to trudno wyobrazić sobie, że można by zrobić więcej. Na rynku polskim jest naprawdę spory wybór zarówno rumuńskich powieści, jak i tomów wierszy, esejów, publikacji o charakterze naukowym, biografii, traktatów filozoficznych.
Okładka książki Moja ojczyzna A4, autorka: Ana Blandiana, 2016, fot. wydawnictwo Słowo / obraz terytoria
Staraliśmy się, żeby były to bardzo różnorodne publikacje. Część z nich zdobyła ważne wyróżnienia i nagrody. "Księga szeptów" Varujana Vosganiana w tłumaczeniu Joanny Kornaś-Warwas zdobyła Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus przyznawaną we Wrocławiu. Tom poezji Any Blandiany "Moja ojczyzna A4" przełożony także przez tę tłumaczkę, wygrał gdańską Nagrodę Europejski Poeta Wolności. W wąskim finale Angelusa mieliśmy także książki Normana Manei, Luciana Dana Teodorovicia czy Filipa Floriana. W tegorocznej edycji o sukces walczą aż dwie książki mołdawskie, Olega Serebriana i Tatiany Țîbuleac.
Można zatem stwierdzić, że literatura rumuńska w przekładach na polski cieszy się uznaniem krytyki. Czy podobnie rzecz ma się w przypadku czytelników?
Okładka książki "Dlaczego Rumunia jest inna?", autor: Lucian Boia,2016, fot. Międzynarodowe Centrum Kultury
Niektóre książki, jak chociażby przełożony przez Joannę Kornaś-Warwas tom "Dlaczego Rumunia jest inna?" Luciana Boi, jednego z czołowych współczesnych historyków i eseistów rumuńskich, miały naprawdę świetne wyniki sprzedażowe. Na spotkanie z autorem w Warszawie ludzie walili drzwiami i oknami. "Matei Brunul" Luciana Dana Teodorovicia w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar otrzymał przed dekadą Nagrodę Czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej przyznawaną przy okazji Angelusa; rok później zasłużyła na nią również "Księga szeptów". Rumunia może być więc dla Polaków interesująca. Przez pewien czas po 89. roku przyglądaliśmy się Rumunii jako uboższemu krewnemu, któremu transformacja wyszła gorzej niż nam. Jednak po pewnym czasie zaczęliśmy patrzeć na nią z ciekawością i fascynacją, jak na kraj trochę egzotyczny, który w niebywały sposób łączy w sobie rozmaite tradycje, a jednak nam bliski. Do 1939 roku mieliśmy przecież granicę z Rumunią.
Czy właśnie ta inność Rumunii, którą podkreśla Lucian Boia, a jednocześnie to, że nie jest ona dla nas odległa geograficznie, również wyjaśniałyby nasze zainteresowanie literaturą rumuńską?
Ta paradoksalna natura Rumunii na pewno sprawia, że wydaje się nam intrygująca. Bo Rumunia w niebywały sposób łączy w sobie rozmaite wpływy i tradycje. Język jest romański, a kraj prawosławny. Tradycja Wołoszczyzny, w której bardzo mocne są wpływy tureckie i greckie, łączy się z historią siedmiogrodzkich Węgrów lub banackich Sasów i Serbów. O tym miksie kulturowym chętnie dowiedzielibyśmy się więcej, co sprawia, że zainteresowani Rumunią czytelnicy sięgają także po literaturę piękną. Zresztą literatura rumuńska tłumaczona na polski w ostatnich latach daje nam pełen przegląd tego, co napisano w Rumunii w ciągu ostatnich stu lat. Mamy przełożonych na polski awangardzistów, w tym surrealistów rumuńskich z lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku. I to w wersji książkowej, w ramach serii wydawniczej "wunderkamera" w Instytucie Mikołowskim, którą redaguję. Dzięki tłumaczeniom Joanny Kornaś-Warwas i Tomasza Klimkowskiego jest też w Polsce obecny Max Blecher, modernista z lat trzydziestych, nazywany niekiedy rumuńskim Franzem Kafką, uchodzący za mistrza krótkiej, metafikcjonalnej prozy o autobiograficznym źródle. Jego książki znajdują się na listach najważniejszych książek XX wieku w Stanach i we Francji. Jego twórczość to dużej mierze literatura "sanatoryjna". Blecher całe dorosłe życie chorował i jego książki powstawały w rozmaitych ośrodkach leczniczych. W literaturze światowej mamy arcydzieła tego gatunku, "Czarodziejska góra" jest tu najbardziej emblematycznym przykładem, ale te motywy pojawiają się coraz częściej w literaturze polskiej, chociażby w "Empuzjonie" Olgi Tokarczuk. Zarówno Blecher, jak i surrealiści – Gellu Naum i Gherasim Luca – byli odnowicielami języka rumuńskiego, a przekłady ich książek dają nam możliwość zaobserwowania, w jaki sposób formalne eksperymenty oddziałują na współczesną polszczyznę.