"Podczas burzy telefonować nie należy" – głosi ostatni, dziewiąty punkt instrukcji używania aparatów telefonicznych zamieszczonej w "Spisie abonentów sieci telefonicznej m.st. Warszawy P.A.S.T. Warszawskiej Sieci Okręg P.P.T.T. rok 1938/1939".
To już książka telefoniczna z prawdziwego zdarzenia, którą poprzedza kilkudziesięciostronicowy wstęp pełen regulaminów i cenników, z których dowiadujemy się interesujących rzeczy na temat funkcjonowania usług telekomunikacyjnych w latach 30. Na przykład tego, że w ramach abonamentu wykupywało się "kontyngent rozmów" – płaciło się za połączenie, a nie za minuty (w podstawowym abonamencie mieściło się 75 rozmów dowolnej długości).
Zakres usług PAST był bardzo szeroki. Dołączony do spisu cennik obejmuje takie pozycje jak "każdorazowe obudzenie telefoniczne", "telefoniczne sprawdzenie czy osoba pozostawiona [...] do pilnowania lokalu znajduję się tam [...] o oznaczonej porze" i "podanie zleceniodawcy programu wskazanego kina, teatru, sali koncertowej, itp.". Każda z tych usług kosztowała 20 groszy. Najciekawszą usługą jest chyba zamówienie rozmowy z osobą nieposiadającą telefonu – centrala telefoniczna wysyłała do niej posłańca z wiadomością, że o wskazanej godzinie ma stawić się w rozmównicy publicznej. Rozmównice publiczne w Warszawie 1939 znaleźlibyśmy nie tylko w urzędach pocztowych i gmachach instytucji państwowych, ale także w lepszych kawiarniach i kinoteatrach, a nawet w Cyrku Staniewskich, zakładzie fryzjerskim Jana Żłobeckiego (Senatorska 22) czy w sklepie wędliniarskim Szmula Tajtelbauma (Chmielna 43).
Połączenia międzymiastowe i międzynarodowe były drogie, a ich cena uzależniona była od godziny i odległości. Połączenie ze Lwowem lub Wilnem między 8 a 19 kosztowała 4 złote, lecz gdybyśmy zadzwonili w środku nocy, to zapłacilibyśmy złoty dwadzieścia – niewiele więcej niż połączenie za dnia z Sochaczewem czy Pułtuskiem. Najdroższa była rozmowa z Zaleszczykami – w godzinach szczytu okrągłe 5 złotych. To prawie tyle co transgraniczna rozmowa z Wolnym Miastem Gdańsk (5,4 zł za trzy minuty połączenia). O połączeniach międzynarodowych lepiej nie mówić: trzy minuty rozmowy z Londynem czy Paryżem kosztowały tyle co wykwintna kolacja wraz z napitkami, a połączenia międzykontynentalne oscylowały w okolicach równowartości miesięcznej pensji listonosza czy górnika.
Zajrzyjmy do spisu abonentów. Fani mogli bez problemu znaleźć numer Eugeniusza Bodo czy Mieczysława Fogga. W książce znajdziemy też kilka popularnych postaci ze świata literatury, m.in. Jana Brzechwę, Polę Gojawiczyńską, Stanisława Ignacego Witkiewicza (jeśli akurat był w swoim mieszkaniu w Warszawie, a nie bawił w Zakopanem). W spisie abonentów wymieniony jest także Andrzej Strug, który zmarł w 1937 roku. Tuwimowi wciąż najprawdopodobniej nie podłączono telefonu – nie widnieje w spisie.
Warszawa, gmach Telefonów Międzymiastowych, 1932, fot. Biblioteka Narodowa Polona
Pod koniec lat 30. telefon przestawał być już takim luksusem jak wcześniej, aparaty posiadało 30 stołecznych piekarni, 18 owocarni, a nawet składzik zajmujący się dostarczaniem wypranych szmat do czyszczenia maszyn. Nie była to powszechna praktyka, ale w spisie znajdziemy przykłady na to, że niekiedy jeden aparat utrzymywała grupa sąsiadów ("lokatorzy VI piętra, Sienna 30" czy "lokatorzy domu, Piusa XI 16b").
Możemy też prześledzić pewne trendy nazewnicze. Dowiemy się na przykład tego, że "pol" w nazwie firmy nie jest wynalazkiem czasów transformacji – już w latach trzydziestych działały firmy Nóżpol, Łóżpol czy Elektropol. "Nowoczesność" w nazwie miały m.in. dwie ajencje reklamowe, skład apteczny, drukarnia, introligatornia, piekarnia, kuchnia jarska, owocarnia. Wśród firm sprzedających jakiekolwiek urządzenia, które można podłączyć do prądu, dobrze widziane było dodawanie przedrostka "elektro": "Elektromuzyka", "Elektrodom", "Elektropraga", "Elektro-Radio-Sport". Szybkość i postęp oddawały w swoich nazwach drukarnie: "Błysk", "Energia", "Iskra", "Meteor", "Planeta" "Popęd", "Progress", "Tempo", "Siła", itd. W różnych branżach popularny był przyrostek "lux". Magazyny mody i salony fryzjerskie chętnie sięgały po nazwy z francuskiego. Sklepy meblarskie postawiły na zabawy słowotwórcze: "Mebelko", "Meblanko", "Meblowanko", "Meblostyl", “Meblosprzęt”, “Mebloskład” to niektóre z nich. Moimi faworytami są także zakład fotograficzny "Uśmiechnij się" i sklep z gaśnicami "Polski Knockout".