Dobrym przykładem jest tu organizowanie przez nich rave'ów, które miały finansować ich inną działalność artystyczną.
Właśnie. Rozpad systemu komunistycznego spowodował szereg rozszczelnień – zarówno jeśli chodzi o sposoby organizacji, jak i warunki ekonomiczne. Artyści starali się te szczeliny zagospodarować.
Spektakularnym przykładem zagospodarowywania tych szczelin jest to, że większość bohaterów Zmierzchu magów na początku lat 90. trafiła do telewizji. Totartowcy prowadzili w TVP programy Dzyndzylyndzy i Lalamido. Kuriochin w Telewizji Leningradzkiej przekonywał widzów do tego, że Lenin był grzybem.
To kolejna forma przekroczenia autonomii sztuki – moment, w którym ci bohaterowie trafiają do mass-mediów i uświadamiają sobie, jak wielki wpływ mogą wywierać. Nagle okazuje się, że może nie warto robić kolejnych wystaw czy koncertów, bo późnowieczorny program grupy freaków dociera do kilku milionów osób. Taka sytuacja była możliwa dlatego, że polski i rosyjski rynek dopiero raczkował i decydenci telewizyjni nie zdawali sobie jeszcze sprawy, jak dużo można zarobić na sprzedaży czasu antenowego. Wiele formatów nie zostało wówczas jeszcze wymyślonych, a pustki w programie trzeba było czymś zapełnić.
Wracając do wspomnianego profetyzmu, to można odczytywać Zmierzch… jako przestrogę. Czy taki był twój zamysł?
Daniel Muzyczuk, „Zmierzch magów”, fot. Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Moje intencje co do możliwych odczytań były wielorakie. Sam tytuł nawiązuje do Le matin des magiciens (Poranek magów, 1960) Louisa Pauwelsa i Jacques’a Bergiera – książki, która zapoczątkowała modę na teorie spiskowe związane z okultyzmem i New Age. W najprostszym odczytaniu tytuł mojej książki może być bardzo niepokojący – nadchodzi zmierzch pewnej kultury i być może pojawiają się jacyś magowie, którzy chcą ją przejąć. Ale ma też drugi wymiar – być może znajdujemy się w momencie przesilenia pewnych narracji związanych z magią w kulturze i po tym zmierzchu nadchodzi jakiś poranek. I podobnie jest z przestrogą, ale też nadzieją płynącą z lektury.
Mam szczególny stosunek do historii, który wynika z mojej pracy w muzeum. Z perspektywy muzealnej historia jest polem potencjalności – czyli również czymś, co może prowadzić do nowych rozwiązań. Rekonfiguracje obiektów z przeszłości i teraźniejszości mogą budować pełne nadziei scenariusze na przyszłość. To myśl osadzona w pojęciu konstelacji Waltera Benjamina [w którym poszczególne zjawiska ujawniają swoje znaczenie dopiero w zestawieniu z innymi – przyp. red.], ale też w praktyce muzealnej, w której możemy zestawiać ze sobą obiekty z różnych kultur, kontekstów i epok w uwspólnionej przestrzeni, przez co wszystkie stają się jednocześnie współczesne sobie i nam.
To jest moment, który może się kojarzyć ze swego rodzaju magią, wiedzioną również światopoglądem paranoicznym, w którym wszystko łączy się ze wszystkim. Ucieczkę z takiej matni widzę w otwarciu się na przeróżne potencjalności, które wynikają z konstelacji, a nie w pisaniu zamkniętych scenariuszy, w których już po fakcie dobiera się odpowiedzialny za nie zestaw wydarzeń.
A więc tak – w książce jest zawarta przestroga, ale moim zdaniem jest ona odwracalna. To w eseistyce, podobnie jak w muzealnictwie, jest dla mnie najbardziej frapujące. Gdy piszemy książkę historyczną, to jesteśmy zmuszeni do budowania pewnego chronologicznego układu zdarzeń, który prowadzi do jakiegoś rozwiązania. Książka historyczna to też rodzaj literatury, bardzo często kryminalnej – ze zbrodnią, złoczyńcami i bohaterami pozytywnymi. Wiemy jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Jeśli zatem Zmierzch… zawiera przestrogę, to odnosi się ona do zbyt łatwego ulegania narracjom historycznym – szczególnie tym zorientowanym na nacjonalizmy wzmacniające despotyczne systemy polityczne.