fot. Eżbieta Lempp

Dramatopisarz, autor opowiadań, felietonista, scenarzysta filmowy. Urodził się w roku 1938.

Na tej stronie zamieszczamy dwa teksty: biogram Janusza Głowackiego - pochodzący ze strony www.polska2000.pl oraz sylwetkę twórczą - autorstwa Krystyny Dąbrowskiej.

Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. W 1960 opublikował swój pierwszy tekst prozatorski w "Almanachu Młodych". Cztery lata później znalazł się w zespole redakcyjnym opiniotwórczego czasopisma "Kultura". Tam między innymi ukazywały się jego felietony i opowiadania, które złożyły się na zbiory: W nocy gorzej widać, Powrót hrabiego Monte Christo, Wirówka nonsensu, Nowy taniec la-ba-da, Polowanie na muchy i inne opowiadania, Opowiadania wybrane, My sweet Raskolnikow, Obciach, Skrzek, Coraz trudniej kochać, czy Moc truchleje.

Pod koniec lat sześćdziesiątych powstał pierwszy film na podstawie scenariusza Głowackiego - Polowanie na muchy w reżyserii Andrzeja Wajdy. Jednak prawdziwym sukcesem scenarzysty stał się dopiero Rejs przeniesiony na ekran przez Marka Piwowskiego. Rejs, opowieść realistyczna i groteskowa zarazem o wyprawie parowcem po Wiśle, został uznany za najlepszą komedię polską wszech czasów. Odmienny w charakterze film Trzeba zabić tę miłość Janusza Morgensterna - obserwacja zmian w polskim społeczeństwie przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych na przykładzie miłości dwojga maturzystów - wpisał się również do kanonu polskiego filmu.

Debiut dramaturgiczny Głowackiego przypadł dopiero na rok 1972. Wówczas Studencki Teatr Satyryków przeniósł na scenę jego Cudzołóstwo ukarane. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych teksty Głowackiego były często obecne w polskich teatrach oraz teatrze telewizji - w 1975 zrealizowano Dzień słodkiej śmierci (Teatr TV), w 1976 Obciach, w 1977 Mecz (Teatr Powszechny, Warszawa) oraz Wizytę (Teatr TV), w 1979 Kopciucha (Teatr Współczesny, Szczecin).

Emigracja Głowackiego do Nowego Jorku sprawiła, że jego teksty znikły z polskich scen. Wraz ze zmianą środowiska zmieniło się też nieco pole zainteresowań pisarza - zaczął on przyglądać się bliżej środowisku emigrantów w USA. Głowacki został zauważony za granicą za sprawą dwóch dramatów: Polowanie na karaluchy (1986) oraz Antygona w Nowym Jorku (1992), które z powodzeniem grane były zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i - po roku 1989 - w Polsce. Drugi z nich, historia bezdomnej z nowojorskiego parku próbującej pochować swego towarzysza, krytycy literaccy i teatralni zaliczyli do najdoskonalszych utworów w dorobku Głowackiego. Znalazł się on nawet na liście 10 najlepszych tekstów dramatycznych 1993 roku, publikowanej przez tygodnik "Time". "To zabawna, smutna i wstrząsająca sztuka; cudownie potwierdza ona ekscentryczną wnikliwość autora, który dał nam wcześniej Kopciucha i Polowanie na karaluchy. (...) Bezdomność, wydaje się mówić Głowacki, jest czymś więcej niż brakiem dachu nad głową. To stan ducha" - pisał Clive Barnes ("New York Post").

W swych tekstach dla sceny Głowacki umiejętnie i wnikliwie obserwuje rzeczywistość, przedstawia ją wręcz realistycznie, nie ważne, czy będzie to komunistyczna Polska, Nowy Jork lat osiemdziesiątych, czy też Moskwa czasu przemian. W zasadzie jednak, obraz przez niego tworzony wykracza poza realizm ku grotesce, jest uniwersalny i przepełniony zgryźliwym humorem. Dramaty Głowackiego - wystarczy spojrzeć na ich tytuły - odwołują się także do literackich toposów, są osadzone w europejskiej tradycji i wadzą się z nią. Na uwagę zasługuje również zdolność Głowackiego do podchwytywania zwrotów, wyrażeń oraz rytmu mowy potocznej dopełniana niezwykłą słowną wynalazczością.

W ostatnich latach na polskich scenach realizacje tekstów Głowackiego pojawiają się często. Prócz wyjątkowo popularnej Antygony... do dramatów ulubionych przez polskich reżyserów należy również Czwarta siostra, napisana na specjalne zamówienie Teatru Polskiego we Wrocławiu i zrealizowana przez Agnieszkę Glińską.

 

" 'Czwarta siostra' to niepozbawiona cierpkiej ironii synteza naszej rzeczywistości u schyłku XX wieku. Na przykładzie życia przeciętnej rodziny w Moskwie Janusz Głowacki stawia najbardziej elementarne pytania o sens naszej egzystencji na tym (...) 'najlepszym ze światów'. Wydźwięk pytań jest uniwersalny, a absurdalny obraz Moskwy, opętanej 'piątym żywiołem' pieniądza i mitem Stanów Zjednoczonych jako raju na ziemi, ma wymiar zarówno swojski, jak i globalny." (Janusz R. Kowalczyk, "Rzeczpospolita")

"Wszystko jak w życiu, bardzo śmieszne i bardzo straszne. Pan tak nie myśli o życiu? To świetnie. Ja myślę. Upadek komunizmu nie zmienił świata w raj. Okrucieństwo, zgłupienie i kłamstwo dalej sobie dobrze radzą. A Rosjan, rosyjską inteligencję i nieinteligencję los bardzo ciężko doświadczył. Jeden teolog francuski napisał, że najbardziej perfidnym podstępem diabła jest to, że udaje, że go nie ma. Chyba w naszych czasach diabeł przestał udawać i postawił na szczerość. W Ameryce też dzieją się rzeczy straszne. No, choćby te masakry w szkołach." (Janusz Głowacki, wywiad dla "Rzeczpospolitej")

Wybrane inscenizacje dramatów Janusza Głowackiego:


Źródło: www.polska2000.pl, Stowarzyszenie Willa Decjusza, 2001

W 2001 nakładem "Czytelnika" ukazała się książka Janusza Głowackiego Ostatni cieć, nominowana do nagrody NIKE '2002. Wydana w 2004 książka Z głowy uzyskała nominację do Nagrody Nike 2005.

Aktualizacja: 2004

Bibliografia

  • Wirówka nonsensu, Warszawa: PIW, 1968.
  • Dzień słodkiej śmierci, Warszawa: "Iskry", 1969.
  • Nowy taniec la-ba-da i inne opowiadania, Warszawa: PIW, 1970.
  • W nocy gorzej widać, Warszawa: "Czytelnik", 1972.
  • Paradis, Warszawa: PIW, 1973.
  • Polowanie na muchy i inne opowiadania, Warszawa: PIW, 1974.
  • Powrót hrabiego Monte Christo, Warszawa: "Czytelnik", 1975.
  • My sweet Raskolnikow ; Obciach, Warszawa: PWN, 1977.
  • Opowiadania wybrane, Warszawa: PIW, 1978.
  • Skrzek ; Coraz trudniej kochać, Warszawa: PIW, 1980.
  • Moc truchleje, Warszawa: Krąg, 1981.
  • Ścieki, skrzeki, karaluchy. Utwory prawie wszystkie, Warszawa: BGW, 1996.
  • Ostatni cieć, Warszawa: Czytelnik, 2001.
  • Tego się nie tańczy, Warszawa: Rosner & Wspólnicy, 2003.
  • Nie mogę narzekać, Warszawa: Rosner & Wspólnicy, 2003.
  • Z głowy, Warszawa: Świat Książki, 2004.
  • Jak być kochanym, Warszawa: Świat Książki, 2005.
  • Pięć i pół, Warszawa: Świat Książki, 2007.
  • Good night, Dżerzi, Warszawa: Świat Książki, 2010.

Sztuki opublikowane w "Dialogu":

  • Cudzołóstwo ukarane, 6/1972.
  • Konfrontacja, 10/1973.
  • Obciach, 4/1974.
  • Bądźcie spokojni, już ja to załatwię, 9/1974 (sztuka napisana z Michałem Komarem).
  • Herbata z mlekiem, 10/1974.
  • Mecz, 10/1976.
  • Spacerek przed snem, 5/197.
  • Kopciuch, 8/1979.
  • Ja się do polityki nie mieszam, 11/1979 (sztuka napisana z Markiem Piwowskim).
  • Zaraz zaśniesz, 1/1980.
  • Choinka strachu, 2/1981.
  • Fortynbras się upił, 1/1990.
  • Polowanie na karaluchy, 5/1990.
  • Antygona w Nowym Jorku, 10/1992.
  • Czwarta siostra, 10/1999.

Janusz Głowacki - sylwetka twórcza

Janusz Głowacki, zapytany kiedyś przez Marcina Króla, jaka była jego strategia życiowa wobec absurdów Peerelu, odpowiedział: dystans, ironia, szyderstwo. I przyznał, że także później, kiedy wyemigrował do Ameryki, właśnie ironiczna (a przede wszystkim - autoironiczna) postawa pomogła mu przetrwać pierwsze lata w Nowym Jorku. Nie dziwią takie słowa u pisarza, który jak mało kto potrafi przyglądać się z humorem niewesołej często rzeczywistości, obśmiewać społeczne rytuały i wychwytywać nonsens w codziennych sytuacjach - niezależnie od tego, czy swoje utwory osadza w Polsce lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, czy na Manhattanie, czy gdziekolwiek indziej. Zmysł obserwacji i wyczulenie na groteskę łączą się u Głowackiego z inwencją językową. Tak jak w monologu Policjanta z dramatu Antygona w Nowym Jorku:

POLICJANT:
(...) A co jest najważniejsze w demokracji? (...) Najważniejsze jest to, że każdy człowiek ma takie same prawa i takie same obowiązki. (...) Jeżeli prezydent Stanów Zjednoczonych przyjdzie do parku, rozpali ognisko, położy się na trawie i zacznie pić wódkę z butelki, która do tego nie jest schowana w papierowej torebce, to będzie traktowany tak samo jak każdy człowiek. (Wyszukuje na widowni bardzo elegancką starszą damę i wskazuje ją palcem). Jeśli pani położy się na podłodze na dworcu autobusowym i zapali papierosa, to policja przystępuje do akcji. Zaczynamy od fazy pierwszej. Faza pierwsza to jest informacja. Ja do pani podchodzę i mówię: "Dobry wieczór pani. Pani narusza przepisy obowiązujące w stanie Nowy Jork przez leżenie na podłodze i palenie. Bardzo proszę usiąść i zgasić papierosa". I teraz jeżeli pani to zrobi, to ja się uśmiecham i mówię: "Dziękuję za współpracę i życzę miłego dnia... albo wieczoru..." Zależy. I wszystko jest w porządku. Ale jeżeli pani mi powie: "Odpierdol się ty dziuro w dupie", to ja jestem zmuszony przejść do fazy drugiej. Faza druga, proszę pani, polega na tym, że pani zostaje ostrzeżona... (...) Faza trzecia wymaga od obrońcy prawa olbrzymiego wyczucia i najwyższej wrażliwości. Chodzi o to, żeby pogwałcić pani ludzką godność i prawa obywatelskie najdelikatniej jak się da. (...) W pani wypadku, na przykład, ja się muszę zdecydować, czy ja panią po prostu skuję kajdankami. Czy wykręcę ręce do tyłu... (...) czy ja złapię panią za włosy, zegnę do ziemi i wyprowadzę.

Głowacki zdobył największe uznanie jako dramaturg, ale karierę pisarską zaczynał od opowiadań i felietonów, drukowanych w tygodniku "Kultura".

Jego debiutanckie opowiadanie, Wielki brudzio, opublikowane na łamach tego pisma w 1964 roku, wzbudziło sensację - nie tyle ze względu na swoje walory literackie, jak wspominał po latach pisarz, ile z powodu poruszonego w nim tematu. Głowacki opisał bowiem realistycznie, bez cienia moralizatorstwa, słodkie życie ówczesnej bananowej młodzieży, do której należały dzieci badylarzy, oraz synowie i córki partyjnych tuzów, czyli tak zwanej "czerwonej burżuazji". Ogłaszając drukiem tę historię, obnażającą wstydliwe aspekty najsprawiedliwszego na świecie ustroju, młody prozaik wsadził kij w mrowisko: redakcję warszawskiej "Kultury" zasypały pełne oburzenia listy czytelników. Również po ukazaniu się pierwszej książki Głowackiego, zbioru opowiadań Wirówka nonsensu (1968), autorowi zarzucano cynizm, brak moralnego instynktu i politycznego zaangażowania. Przylgnęła do niego łatka pisarza środowiskowego. Co nie znaczy, że nie pojawiały się też głosy uznania - o Wirówce nonsensu dobrze pisał Jerzy R. Krzyżanowski w paryskiej "Kulturze", a w kraju książkę chwalili Krzysztof Mętrak i Henryk Bereza.

Tytułowe opowiadanie debiutanckiego zbioru to rzeczywiście obraz środowiska - intelektualnej i towarzyskiej elity warszawskiej - który jednak nie sprowadza się do anegdot o romansach i karierach w artystycznych kręgach. Te anegdoty są zaledwie pretekstem pozwalającym nakreślić psychologiczne portrety postaci. Główny bohater, dwudziestoparolatek o pisarskich ambicjach, trochę przy tym obibok, dzięki znajomościom matki obraca się wśród ustosunkowanych literatów. Z jednej strony liczy na protekcję, z drugiej - szybko przekonuje się o hipokryzji środowiskowych układów. Nie ma ochoty uczestniczyć w owej "wirówce nonsensu", ale nie jest też szczególnie zdeterminowany, żeby się z niej wyrwać. W dodatku rozpada mu się związek z ukochaną kobietą... Wszystko to razem składa się na wiarygodny "portret artysty z czasów młodości".

Następne zbiory opowiadań Głowackiego to Nowy taniec la-ba-da (1970), Paradis (1973), Polowanie na muchy i inne opowiadania (1974), My sweet Raskolnikow; Obciach (1977) i Skrzek; Coraz trudniej kochać (1980). Pisarz w swoich krótkich prozach stale poszerzał pole obserwacji i wzbogacał środki wyrazu. W Materiale pokazał biedaka, który mieszka w magazynie i ciuła pieniądze na kupno garnituru, aby móc się oświadczyć ukochanej kioskarce. Kiedy wreszcie garnitur zdobywa, idzie w nim nad morze - a tam widzi topiące się dziecko. Udaje mu się je uratować , ale przy okazji niszczy wyjściowy strój, tracąc szansę na to, że zaakceptuje go rodzina wybranki.

Najcenniejszy w Materiale jest koślawy język, jakim nieszczęsny właściciel garnituru opowiada swoją historię. Podobnym językiem, czyli, jak to ujął sam pisarz, "mieszaniną socjalistycznych sloganów z lumpenproletariacką nowomową", będzie się posługiwał Ufnal, bohater powieści Moc truchleje, poświęconej wydarzeniom polskiego Sierpnia. Oto początek Materiału:

Panie Janusz, piszę po kolei, stuknij pan na maszynie i wyciągnij, żeby było dobrze. Jestem człowiekiem, któremu się wiedzie. Człowiekiem, krótko mówiąc, z najlepszymi nadziejami na przyszłość. (...) Obojętność magazyniera Gałły sprawiła, że mogę mieszkać w magazynie i spać na łóżku z żelaza, a także korzystać z piecyka, z prawem dokładania w nocy. Z magazynu mam piękny widok na miasto w ciągłym rozwoju. (...) Także zdrowie mi dopisuje, przy niewielkim wzroście i rzadkim odżywianiu jestem przedmiotem zazdrości znajomych. Nie wynoszę się z tego powodu ponad innych, po prostu z tym przyszedłem na świat. Ostatnio zaświtało mi kupno garnituru, który pojawił się w telewizji dzięki rozbudowanemu przez nowe władze sklepowi z ubraniami.

Z kolei opowiadanie Raport Piłata z książki Paradis, to policyjne sprawozdanie z wydarzeń, w których można dopatrzeć się powtórnego pojawienia się Chrystusa, głoszącego ewangelię we współczesnym świecie. Głowacki zderzył tutaj drewniany język policyjnych protokołów z chaosem tajemniczych zajść, przedstawionych przez funkcjonariusza jako seria enigmatycznych strzelanin i awantur. Obnażona została w ten sposób bezsilność rozumu wobec opisywanych zjawisk, wymykających się racjonalizacji.

O Raporcie Piłata i innych opowiadaniach Głowackiego pisał z uznaniem Jarosław Iwaszkiewicz w "Życiu Warszawy":

"To Chesterton powiedział, że ludziom jadącym pociągiem do Victoria-Station, mogą się marzyć różne cuda. A przecież największym cudem jest to, że pociąg rzeczywiście dochodzi do Victoria-Station.
Głowackiemu marzą się właśnie różne cuda. A przecież z jego wielkim talentem, z jego plastyką wyobraźni, z jego konkretnym widzeniem świata, z jego cudownym, giętkim i paradnym materiałem językowym, marzy się, aby stworzył takie opowiadanie (...), w którym wszystko dojeżdżałoby do Victoria-Station, a w tym wszystkim mieszkałby 'dreszcz metafizyczny' w czystej swojej formie.
Że na takie opowiadanie Janusz Głowacki mógłby się zdobyć, dowodzi pierwsza część jego książki, ów 'Raport Piłata'.
Raport policyjny, który jest właściwie pismem świętym 'według Judasza', robi potężne wrażenie przez kontrast oficjalnego stylu z treścią opisywanych wypadków, które są trawestacją (jeszcze jedną) wypadków, które nadały bieg światu w początkach naszej ery. Uzupełnienie tego raportu zapisami na wstędze magnetofonowej osłabia zasadnicze wrażenie noweli, która się kończy nieco jak 'rybi ogon'.
Ma w sobie jednak tę pierwotną siłę, ten męski pot walki i męki, którego mało jest w naszej literaturze - który to pierwiastek skupia naszą uwagę na wszystkim co pisze Głowacki."

Niedawno, w wydawanej przez tygodnik "Polityka" serii "Polska literatura współczesna" ukazał się tom Raport Piłata i inne opowiadania (2009) - wybór dziesięciu opowiadań Janusza Głowackiego. Recenzując tę książkę, Anna Nasiłowska zauważyła:

"Głowacki z siermiężności, podpatrzonego prymitywu i groteski uczynił jeden z chętnie eksponowanych tematów. Rzecz jednak w tym, że na opisie prymitywu się nie kończy. Pod spodem jest pełnowartościowy dramat egzystencjalny bohatera, tyle śmieszny, co straszny, jak u Gogola. (...)
Głowacki jest ponadto bardzo wybitnym stylistą. (...) Nie polega to na ładności stylu, czasem wręcz przeciwnie, na odgięciu od normy, ale zawsze trafiającym nieomylnie we właściwy ton, charakterystyczny dla bohatera czy środowiska. Zdanie nie płynie sobie poprawnie i gładko, jest często naładowane napięciami, podkręcone jak piłka tenisowa, którą trudno obronić." ("Polityka", 7.09.2009)

Pisarz szybko zyskał też renomę jako przewrotny felietonista, obśmiewający siermiężność Peerelu. We wstępie do Jak być kochanym (2005), zbioru felietonów z lat 1968-1980, Głowacki mówi o swojej metodzie mydlenia oczu cenzurze - chodziło o to, by "rzeczy paskudne przechwalać do obłędu i tym sposobem ośmieszyć. Żeby tak tego spragnionego pieszczot kotka na śmierć zagłaskać". Popisem tej strategii był słynny felieton pod tytułem Erotyzm ciemny i jasny, w którym autor porównał, jak wspomina w autobiografii Z głowy, "wyjątkowo wredną i żałośnie napisaną powieść ulubieńca władzy Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego o marcu '68" z Ulissesem Joyce'a.
Warto zacytować fragment Erotyzmu...:

"Ukazały się ostatnio dwie książki, które, wybłyskując nagle z szarości naszego życia literackiego stały się prawdziwymi bestsellerami. Myślę oczywiście o 'Ulissesie' Joyce'a i 'Głupiej sprawie' Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego. (...)
Bohater książki Joyce'a analizuje twórczość Szekspira, bohater 'Głupiej sprawy', i jest to ciekawszy zabieg formalny, analizuje i ocenia, zresztą przychylnie, jedną z książek Dobrowolskiego: 'Nie całkiem głupi facet (z autora - przyp. J.G.) i pomyśleć, że to było pisane tyle lat temu, a dzisiaj pasuje do wszystkiego'. Mrocznemu erotyzmowi 'Ulissesa' przeciwstawia Dobrowolski ciepłe w tonacji, liryczne opisy: 'Powściągliwa na ogół w wyrażaniu swoich uczuć Zofia kipiała tym razem młodzieńczą radością życia, nie cofała się przed kokieterią... - A będziesz mnie kochał? - zapytała go wprost znalazłszy stosowny po temu moment... No to daj mi... orzeszków - ściszyła głos do pianissima'. I ten opis kończy jednak bliska Joyce'owi aluzja do antyku: '... Tuż naprzeciw, niedaleko od nich, sąsiednią alejką sunęli jak cienie w asfodelowej białej dolinie wiekuistej ciszy nad Styksem poważni spacerowicze'. (...) Nakład 40 tysięcy ['Ulissesa'] to jeszcze nie nakład 'Pancernych' i 'Klossa'. Biorąc jednak pod uwagę, iż 'Ulisses' nie należy do lektur łatwych, kosztuje 100 złotych i liczy sobie 831 stron, a sceny erotyczne, poza monologiem Molly, są tak zdeformowane, że nie najłatwiej się w nich połapać, sukces Joyce'a w Polsce przeszedł wszelkie oczekiwania. Oczywiście, nie należy mylić zakupienia egzemplarza z jego przeczytaniem. Ze wstępnych badań przeprowadzonych przez zaprzyjaźnionego socjologa dowiedziałem się, że na sto zapytanych osób, dziewięćdziesiąt natychmiast po nabyciu książki odstawiło ją na półkę, siedem zniechęciło się po 30-50 stronach, dwie przeczytały podkreślone długopisem fragmenty, co było zresztą wynikiem mrówczej pracy jedynej osoby, która przejrzała całość (poza 'Ulissesem' krążył ostatnio z podkreśleniami fragmentów erotycznych tylko Baldwina 'Inny kraj' i 'Głupia sprawa', przy czym u Dobrowolskiego podkreślano diagnozy polityczne). Cała setka twierdzi jednak zgodnie, iż 'Ulisses' jest arcydziełem."

W ten sposób, zgrywając głupka, pisarz przenikliwie komentował życie w socjalistycznym kraju, a przy okazji wykpiwał snobizmy intelektualne, obecne chyba w każdym społeczeństwie, niezależnie od ustroju.

"I tak powolutku - czytamy w autobiografii Głowackiego - uformowała się postać narratora tych felietonów. Cokolwiek ograniczonego umysłowo, ale zaangażowanego po właściwej stronie. Po tym już mogłem śmiało napisać, że 'komedie Szekspira są, ogólnie rzecz biorąc, weselsze od jego tragedii'."

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Głowacki dał się poznać jako autor scenariuszy filmowych - Psychodramy i kultowego Rejsu (reżyserem obu filmów i współautorem scenariusza jest Marek Piwowski) oraz Trzeba zabić tę miłość (film Janusza Morgensterna). Na podstawie opowiadania Głowackiego (i jego scenariusza) powstał film Andrzeja Wajdy Polowanie na muchy.

W 1971 roku Głowacki debiutował jako dramaturg Cudzołóstwem ukaranym. Odtąd jego sztuki były regularnie publikowane w czasopiśmie "Dialog" i wystawiane w polskich teatrach. Przełomem okazał się Kopciuch z 1979 roku, przynosząc autorowi sławę na Zachodzie i, niespodziewanie, przesądzając o jego emigracji.

Akcja Kopciucha dzieje się w zakładzie poprawczym dla nieletnich dziewcząt. Dyrektor owej ponurej placówki postanawia wystawić ze swoimi wychowankami bajkę o Kopciuszku. Z tej okazji do poprawczaka przyjeżdża znany reżyser, aby sfilmować przedstawienie, a przy okazji nakręcić dokument o życiu młodych przestępczyń. Dokument - a raczej tandetny wyciskacz łez, który ma wzruszyć jury zagranicznego festiwalu i zapewnić reżyserowi sukces. Chodzi więc tak naprawdę o to, by skłonić dziewczęta do płaczu przed kamerą i wyciągnąć z nich jak najwięcej drastycznych opowieści o rodzinnych traumach. Reżyserowi udaje się to całkiem dobrze. Jedyną osobą, która nie poddaje się jego manipulacji i odmawia publicznej spowiedzi, jest główna bohaterka, tytułowy Kopciuch. Jej milczenie rujnuje cały projekt, toteż dziewczyna zostaje zaszczuta przez wszystkich: reżysera, wychowawców, koleżanki. W końcu nie wytrzymuje i podcina sobie żyły, oczywiście przed włączoną kamerą.

Zakończenie Kopciucha jest sentymentalne, ale sztuka broni się dzięki dużej dawce czarnego humoru. Pisarz łączy tutaj tragedię z groteską, a od szantażu emocjonalnego ucieka to w kabaretową lekkość, to w cierpkie szyderstwo, jak w poniższym dialogu:

ZASTĘPCA [dyrektora]
Mówię do ciebie jako pedagog. Chyba masz zaufanie do mnie.
KOPCIUSZEK
Obok mnie mieszkał pedagog, którego jedenastoletnia córka wyskoczyła przez okno.
(...)
ZASTĘPCA
Ja nie mam córki.
KOPCIUSZEK
Bo to nie o panu.
ZASTĘPCA
No i co z tego?
KOPCIUSZEK
No i tamten profesor miał żonę i służącą, potem dziecko ze służącą. Córkę. W czasie wojny i żona, i służąca zginęły, więc on się ożenił z córką i z tą córką miał trzy córki. No i potem żył z nimi, ale właśnie jedna z nich nie wiadomo dlaczego wyfrunęła przez okno i sprawa się rozniosła.
ZASTĘPCA
I niby po co to opowiadasz?
KOPCIUSZEK
To był też pedagog, profesor.
ZASTĘPCA
Jeżeli nawet, to przedwojenny.

Kopciuch, przełożony na angielski, został wystawiony w londyńskim Royal Court Theatre w grudniu 1981 roku. Głowacki pojechał do Londynu na próby, a kilka dni później dowiedział się, że w Polsce ogłoszono stan wojenny. Tuż po jego wprowadzeniu odbyła się premiera sztuki. Nic dziwnego, że w koszmarnym zakładzie poprawczym, ukazanym przez polskiego autora, od razu dostrzeżono metaforę systemu totalitarnego, a Kopciuch spotkał się w Anglii z entuzjastycznym przyjęciem. Po latach Głowacki wspominał strach i niepewność tamtych dni, kiedy zapadła "noc nad Polską", ale pisał też z właściwą sobie niechęcią do patosu:

"...dzięki akcji generała Jaruzelskiego i krzywdzie narodu polskiego w jednej chwili zamieniłem się z nikomu nieznanego prowincjonalnego pisarza w zupełną znakomitość. (...) Dziennikarze ustawiali się w kolejce, a recenzje zgodnie podkreślały antytotalitarny charakter i ponury kafkowski humor 'Kopciucha'." (Z głowy)

Dzisiaj Kopciuch jest nadal aktualny jako satyra na wszędobylskie media, które żerują na ludzkim cierpieniu, manipulują emocjami i każdą traumę są w stanie przerobić na łzawy kicz.

Po londyńskiej premierze Kopciucha Głowacki nie wrócił do kraju. Zdecydował się na emigrację do USA. Swoje trudne losy w Nowym Jorku, próby artystycznego przebicia się, porażki i pierwsze osiągnięcia - okupione okresami niepewności i zaciskaniem zębów - opisuje z humorem w autobiografii. Jednak już wtedy, w latach osiemdziesiątych, wykorzystał te przeżycia w sztuce Polowanie na karaluchy (1986), docenionej w Stanach i w Europie.

Polowanie... to gorzka komedia o parze polskich emigrantów, którzy w Ameryce "stracili wszystko oprócz akcentu". Anka i Janek zajmują nędzny pokój na Lower East Side, czyli w "jednej z najbiedniejszych dzielnic Manhattanu". Ona jest aktorką, specjalizującą się w "kobietach szekspirowskich", on pisarzem, cierpiącym na niemoc twórczą, oboje nie mają pracy i czekają na zieloną kartę. A w dodatku gnębi ich bezsenność, spędzają więc noce na rozmowach i... polowaniu na karaluchy, których w pokoju pełno. Od czasu do czasu spod łóżka wyłażą zjawy - urzędnik imigracyjny, bezdomny, dwóch pokracznych polskich milicjantów - i wciągają bohaterów w sytuacje tyleż groteskowe, co niepokojąco prawdopodobne. Jednak w Ance i Janku nie ma cierpiętnictwa - gdy tylko któreś z nich zaczyna użalać się nad sobą, drugie reaguje ożywczą ironią. Ona w pewnej chwili mówi: "Bardzo mi przykro, ale ja nie mogę znieść współczucia. I bardzo nie lubię cierpieć." O tej niezgodzie na bycie ofiarą mówi całe Polowanie...:

ONA
Nie wolno się poddawać. Tylu Polakom się tu udało. To jest Ameryka (polując na karalucha wali butem w podłogę i natychmiast odpowiada pukanie od dołu).
ON
Zaraz... pukanie od dołu.
ONA
To znaczy, że nie jesteśmy jeszcze na samym dnie.
ON
Ależ oczywiście, że też nie pomyślałem o tym wcześniej. U Miltona i Baudelaire'a robaki waliły rytmicznie łbami w podłogę, żeby ostrzec bohatera o nieuchronnej śmierci. U Geneta też... przecież grałaś u Geneta...
ONA
Ale u Geneta pukają korniki, a u nas starucha.
ON
To samo w 'Fauście'. Tam pukanie poprzedza przyjście Mefistofelesa z piekła.
ONA
Ale ona jest z Ukrainy. Boże! Dlaczego ty nic nie piszesz. Taki chory umysł się marnuje. Przecież za te twoje obsesje już byśmy sobie mogli dom kupić... (...) Specjalnie kupiłam ci tę książkę, 'Dolar twoim przyjacielem', nawet do niej nie zajrzałeś.
ON
Nie kupiłaś, tylko znalazłaś na śmietniku. Chcesz, żebym czytał książkę, jak zarobić pieniądze, którą ktoś wyrzucił na śmietnik.

Elżbieta Baniewicz pisała o sztuce Głowackiego:

"Przekształcenie największego mitu Ameryki w taki sposób by człowiek, na dodatek biedny emigrant mógł nim zawładnąć, a nie odwrotnie, jest tyleż aktem odwagi, co prowokacji intelektualnej. Sądząc po sukcesie autora, prowokacji udanej i wartej spore pieniądze. W jego sztuce w pojedynku imigrant - Ameryka zwycięsko wychodzi człowiek. Siła człowieka, zgodnie z maksymą Gombrowicza polega na ujawnianiu swoich słabości i czynieniu z nich rozsądnego użytku. Anka i Janek nie ulegli mitowi pucybuta, nie wpisali się w porządek litości, współczucia, ani też w porządek konsumpcji dóbr dyktowany stanem konta, tylko stale ten mit obśmiewają. Niejako od środka, z pozycji uczestników, a nie obserwatorów, gdyż z racji swej fatalnej kondycji biednych przybyszów są nadal weń wpisani." ("Twórczość" 1992, nr 2).

Wielkim sukcesem okazała się również Antygona w Nowym Jorku, tragikomedia napisana na zamówienie waszyngtońskiego teatru Arena Stage (1992). Głowacki lubi odnosić się do tradycji literackiej; chętnie podejmuje dialog z tekstami i twórcami silnie obecnymi w zbiorowej świadomości czytelniczej: może to być równie dobrze nawiązanie do bajki braci Grimm (Kopciuch), jak do Hamleta (w sztuce Fortynbras się upił), albo do dramatu Czechowa (w Czwartej siostrze). Henryk Dasko pisał w "Gazecie Wyborczej" (4.10.2004), że to "widzenie świata w kategoriach formuł klasycznej literatury: tragikomedii, groteski, teatru absurdu" decyduje o uniwersalności i międzynarodowej popularności pisarstwa Głowackiego, które jest zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. Może najlepiej świadczy o tym właśnie Antygona w Nowym Jorku, dramat o współczesnych bezdomnych z nowojorskiego Tompkins Square Park, odwołujący się do tragedii Sofoklesa. Oto żyjąca w parku Portorykanka Anita pragnie wyprawić godny pogrzeb swojemu ukochanemu, który, jak inne trupy bezdomnych, ma być pochowany anonimowo na polu pod więzieniem. (Owo pole nazywa się Potter's Field - amerykańska wersja biblijnego Pola Garncarza). Anicie pomagają dwaj inni mieszkańcy parku: Polak Pchełka i Sasza, rosyjski Żyd, niegdyś zdolny artysta. Chociaż wciąż się kłócą, a chwilami omal się nie pozagryzają, jeden nie może obejść się bez drugiego. Ich śmieszno-smutne perypetie i rozpaczliwa gadanina, mająca jakoś zapełnić nieznośną wegetację na miejskim skwerze, zmierzają nieuchronnie do tragicznego finału.

Jan Kott w tekście "Antygona powiesiła się w Tompkins Square Park" (1992) umieścił sztukę Głowackiego w tradycji beckettowskiej, wskazując też na pokrewieństwo z Emigrantami Mrożka. Krytyk pisał:

"Po mojej maszynie chodzi w tej chwili mała mrówka, tam i z powrotem, i nie może odejść. Zgubiła ślad na powrót. Mała Pchła z Warszawy i Sasza, który kiedyś był, ale już wszystko jedno czym był, bo mu się teraz trzęsą ręce. Czekają. Na jakąś Jolę, która przyjedzie, albo na wizę. I trzyma ich, że rozpamiętują swoje Godoty i z nich szydzą.
Bez Becketta nie byłoby tych dwóch homlesów. Ale ważne, że odnalazł ich Głowacki na tej ławce w Tompkins Square Park na Dolnym Manhattanie. Dał im adres. Nie jest ważne, skąd ziarno, ale jaki chleb. Nie byłoby 'Balladyny' bez 'Makbeta' i 'Snu nocy letniej'. Przyrównanie jest na wyrost, ale tak właśnie trzeba.
(...) Raz jeszcze nieważny zaczyn, ale wypiek. Bez 'Czekając na Godota' nie byłoby i 'Emigrantów' Mrożka. Ci dwaj tam także są skazani na siebie, bo nie mają gdzie wrócić. Mrożek odnalazł ich w jakiejś ruderze za którymś z dworców berlińskich. Głowacki na tej ławce w Tompkins. Odkryciem dramatycznym jest czasem tylko nowy adres, właśnie ta ławka i nowe sprzężenie: 'Na dnie' Gorkiego na ławce. (...)
Za trzy najważniejsze polskie sztuki ostatniego dwudziestopięciolecia uważam: 'Emigrantów' Mrożka, 'Do piachu' Różewicza i 'Antygonę w Nowym Jorku' Głowackiego. Kropka!"

W latach dziewięćdziesiątych, po zmianach ustrojowych, dramaty Głowackiego znowu zaczęto wystawiać w Polsce. Ostatnią jego sztukę, Czwartą siostrę (1999) wyreżyserowała Agnieszka Glińska w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Władysław Kowalski w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

Wróćmy jeszcze do prozy autora Wirówki nonsensu. Oprócz opowiadań napisał dwie powieści. Pierwsza, Moc truchleje, powstała jesienią 1980 roku, po pobycie Głowackiego razem z ekipą filmowców w Stoczni Gdańskiej. Książkę opublikowało podziemne wydawnictwo "Krąg" (1981), następnie przełożono ją na kilka języków. Ta historia niezbyt rozgarniętego robotnika Ufnala, który najpierw zostaje donosicielem, nie bardzo świadomym swojej roli, a później przyłącza się do strajku, także niewiele z niego rozumiejąc, spodobała się za granicą, mimo że jest osadzona w specyficznie polskich realiach (a może właśnie dzięki temu). Język Ufnala to bełkot - ulubiony przez Głowackiego pastisz ideologicznego pustosłowia:

Odbiłem się od drzwi i z radością kroczyłem po wyziębionym gniazdku planując rozmieszczenie tu mojej gromadki w ilości, po zgonie nagłym siedmiolatka, trojga dzieci, z czego wszystkie w wieku przedszkolnym, przysięgając sobie od razu ułożenie ich na kierunek pełnego bezwzględnych wyrzeczeń patriotyzmu podpartego wykształceniem, jakie ja sam w ilości czterech klas nabyłem dzięki wszechstronnej pomocy państwa.

Głowacki tak opisuje genezę powieści:

"Prawdę mówiąc, kiedy zaczął się sierpniowy strajk, do Stoczni Gdańskiej pojechałem nie tyle w romantycznym porywie czy żeby walczyć z komuną, ale głównie z ciekawości. W powodzenie strajku nie wierzyłem nic a nic. W nawrócenia intelektualistów, pisarzy i poetów, co to ja uczyłem się z ich książek w szkole, też nie do końca. A tu proszę. Patos rewolucji, robotnicy dzielni, nawrócenia jak złoto, Wałęsa nieugięty. (...) Zrobiło mi się głupio, że się czynnie do działalności antykomunistycznej nie włączałem. Zacząłem sobą pomiatać. No i zacząłem pisać patetyczną 'Moc truchleje'. Ale jakoś tak w miarę pisania mój niedobry charakter wziął górę i zamiast o niepokojach intelektualisty napisałem i smutną, i śmieszną historyjkę zabiedzonego, ogłupiałego człowieczka, co to chce dobrze, ale już dobrego od złego nie umie odróżnić." (Z głowy)

Druga powieść Głowackiego, Ostatni cieć (2001), to ostra satyra na współczesną Amerykę, widzianą oczami Kuby, imigranta spod Kielc, który otrzymuje posadę dozorcy w posiadłości słynnego designera. Książka, napisana w poetyce pastiszu i groteski, była nominowana do Nagrody Nike w 2002 roku.

Wyjątkowe miejsce w dorobku pisarza (przez przyjaciół nazywanego "Głową") zajmuje autobiografia Z głowy, opublikowana w 2004 roku i nominowana do Nike 2005. Na pierwszy rzut oka to zbiór barwnych wspomnień, wyimków z bogatego życia i błyskotliwej kariery, opowiedzianych lekko i ze wspaniałym gawędziarskim zacięciem. Głowacki opisuje swoją warszawską i amerykańską przeszłość; przywołuje czasy towarzyskich posiedzeń przy stoliku w SPATiF-ie, a także moment, gdy ze znanego i cenionego polskiego pisarza stał się na Zachodzie niemal anonimowym Dżanusem Glowaki. Kreśli portrety przyjaciół - może najbardziej wyrazista jest sylwetka Jerzego Kosińskiego. Ale też postać matki, redaktorki w "Czytelniku", wielbicielki Prousta, która na wiadomość, że syn chce zostać pisarzem, najpierw go uściskała, a potem odepchnęła i wyszła, trzaskając drzwiami, bo "wydawała okropne książki i bała się, że będzie musiała mnie wydawać". Ostatni rozdział Z głowy mówi o śmierci matki. I właściwie cała ta autobiografia jest jej poświęcona. Nostalgiczna i momentami cierpka opowieść o życiu pisarza to hołd dla kobiety, która zaraziła syna miłością do literatury i była pierwszą czytelniczką jego wczesnych tekstów.

Z głowy to również dobry przewodnik po twórczości autora Polowania na karaluchy. Może być zarówno wprowadzeniem do niej, jak i ciekawym komentarzem dla wiernych czytelników. Autobiografia Głowackiego potwierdza, że, jak pisała Elżbieta Baniewicz w "Twórczości" (2000, nr 3):

"Wbrew wielu pozorom, zwłaszcza masce prześmiewcy, nie jest to autor łatwy, lekki ani przyjemny. Tylko dosyć, jak na nasze przyzwyczajenia, przewrotny. (...) Powiedzieć, że jest współczesnym moralistą nie wypada, brzmi zbyt banalnie, zbyt patetycznie. Choć właśnie niepokój moralny, liryczny, czuły stosunek do ludzi jest pierwotnym impulsem jego (...) utworów."

Autor: Krystyna Dąbrowska, grudzień 2009