Związany był z kabaretami jako piosenkarz. Występował m.in. w Bim-Bomie, w kabarecie Wagabunda i Silnej Grupie pod Wezwaniem. Do historii przeszła jego "Ballada o cysorzu" do słów Andrzeja Waligórskiego.
Cysorz to ma klawe życie,
Oraz wyżywienie klawe!
Przede wszystkim już o świcie
Dają mu do łóżka kawę,
A do kawy jajecznicę,
A jak już podeżre zdrowo,
To przynoszą mu w lektyce
Bardzo fajną cysorzową.
Tadeusza Chyłę nazywano ostatnim cesarzem ballady. W szarzyźnie PRL-u był artystą niezwykłym i wyjątkowym – jednym z najbardziej rozpoznawalnych wykonawców śpiewających ballady, które wówczas nuciła cała Polska. Łączył w sobie krańcowo różne cechy – silnego mężczyzny i lirycznego artysty.
Mówiliśmy o nim Chyłeńka – wspomina aktor i reżyser Ryszard Ronczewski. – Pewnie dlatego, że on sam wszystko zdrabniał. Takie, wie pani, "wezmę chlebeczek, ukroję kromeczkę, posmaruję masełkiem i dżemikiem". Był to człowiek niebywale skromny. Wspaniały facet. Taki, którego będzie brakowało.
[Dorota Abramowicz, "Ballada o Chyłeńce już skończona", "Dziennik Bałtycki", 28 lutego 2014]
Harcerzyk
W Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni Orłowie Tadeusz Chyła spotkał Włodzimierza Łajminga, dziś znanego malarza i rysownika.
Tadziu podszedł do mnie – opowiada profesor Łajming. – Powiedział: Słuchaj, może się przejdziemy? […] Chłopcy wymknęli się ze szkoły i ruszyli w stronę lasu. Na skraju lasu stała ławeczka. Przysiedli. Wtedy Chyła schylił się i – czary-mary – spod ławeczki wyciągnął małą buteleczkę z wysokoprocentową zawartością. Zaproponował degustację i... przyjaźń. Łajming nie odmówił jednego i drugiego.
[Dorota Abramowicz, "Ballada o Chyłeńce już skończona", "Dziennik Bałtycki", 28 lutego 2014]
W latach 1954–1961 Chyła studiował na Wydziale Malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie w pracowni Juliusza Studnickiego i Jacka Żuławskiego. Uprawiał malarstwo sztalugowe, ścienne i scenografię. Dyplom uzyskał w 1961 roku.
W tej samej pracowni dyplom robiła także Alina Ronczewska-Afanasjew, siostra bliźniaczka aktora Ryszarda Ronczewskiego. W tymże roczniku był także Jacek Fedorowicz, wspominający ówczesne zwyczaje.
Mówienie z akcentem wileńskim należało do rytuału szkoły. Mówili tym akcentem nie tylko wszyscy kresowiacy, ale i Tadeusz Chyła – rodowity sopocianin, dla którego najbardziej położonym na wschód miastem, które w życiu odwiedził, był Tczew.
[Jacek Fedorowicz, "Ja jako wykopalisko", Warszawa 2011]
15 kwietnia 1954 roku Chyła zadebiutował w studenckim teatrze Bim-Bom w Gdańsku, gdzie śpiewał swoje ballady. Od tego momentu rozpoczęła się jego kariera muzyczna i kabaretowa.
Zawsze w czarnym swetrze, który stanowił jego uniform, z nieodłączną gitarą. Do tego ujmujący sposób bycia i nieśmiały uśmiech. Bardzo grzeczny! Nawet sam do siebie mówił pieszczotliwie: Tadzieńku! Na przykład: Tadzieńku, bądź uprzejmy i zamów sobie […] jednego "harcerzyka". Ale pamiętaj, że jeden "harcerzyk" to jeden "harcerzyk", a nie cały zastęp. Harcerzykami "Tadzieńku" nazywał cocktail, cały przyrządzony na zielono. To znaczy żubrówka zmieszana z czystą wódką z dodatkiem cytryny, pepermintu […] i czegoś tam jeszcze – co "Tadzieńku" uważał za swój wynalazek i podobno opatentował.
[Zbigniew Adrjański, "Kalejdoskop estradowy 1944–1989", Warszawa 2002]
Solidny rzemieślnik
Bim-Bom powstał z inicjatywy studentów PWSSP, wśród których byli także Wowo Bielicki i Jacek Fedorowicz. Dołączyli do nich m.in. studenci Politechniki Gdańskiej – opiekę artystyczną sprawował nad nimi Zbigniew Cybulski, wówczas aktor Teatru Wybrzeże, oraz grupa z Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie – której przewodził Bogumił Kobiela. Chyła występował w większości przedstawień Bim-Bomu, ale nie wymienia się go wśród głównych twórców zespołu, bo – jak twierdzą jego znajomi – nie należał do ludzi, którzy pchają się na pierwszy plan.
Jednym z tych czarodziejów [Bim-Bomu] był student malarstwa z Wyższej Szkoły Plastycznej w Sopocie – Tadeusz Chyła. W pelerynie, z gitarą, jakby zszedł z mansardy niegdysiejszej cyganerii, odśpiewał balladę o księżniczce i karocy. Była w tym nostalgia za czymś, co minęło. […] Uszczęśliwiony Chyła kłaniał się jak podwórkowy bard. Gdy ciepło zaciągnął z lwowska: – Ta całuji wam rączki, kochani, i z rozkoszu zabisuji na waszą cześć – dostał wielkie brawa.
[Jarosław Abramow-Newerly, "Lwy STS-u", Warszawa 2005]
Prześmiewcza twórczość Chyły i jego przyjaciół idealnie oddawała nastrój politycznej odwilży, której pierwsze symptomy dało się odczuć po śmierci Stalina. Październik 1956 roku przyniósł dalsze zmiany poluźniające polityczny gorset. Studencki teatrzyk Bim-Bom koncertował w kraju i za granicą. A wraz z nimi Chyła, przemierzający wraz z zespołem Austrię, Belgię, Francję, Holandię i Niemiecką Republikę Demokratyczną.
We wrześniu 1957 roku Chyła znalazł się w dwunastce artystów Bim-Bomu, którzy otrzymali zaproszenie na występy w Paryżu. Mieszkali w miasteczku studenckim, grali w Beaux-Arts. Wyposzczeni cywilizacyjnie artyści spoza wschodniej kurtyny mierzyli się z niepowtarzalną atmosferą obrzydzanego im przez lata "zgniłego Zachodu".
Najmniejsze opory w posługiwaniu się francuskim miał Tadzio Chyła i jednocześnie znał najmniej słów francuskich z nas wszystkich. Ale kochał ten język. Podchodził wciąż do Francuzów i pytał: – Ułe ru Szanzelize? Francuz odpowiadał, gestykulując. Tadzio na to: – Chwileczkę, pan poczeka. Hanka! Jak jest dziękuję? – Mersi. – Mersi za informację. – I szedł w przeciwnym kierunku. Francuz go doganiał i zatrzymywał. Pytał, gdzie właściwie Tadzio chce iść. Tadzio tymczasem zapominał, jak pytać o ulicę, i zapominał, o jaką.
[Jacek Fedorowicz, "Ja jako wykopalisko", Warszawa 2011]
Reszta zespołu starała się przeprosić Francuza za kolegę, który wcale nie szuka żadnej ulicy, tylko czasem lubi porozmawiać sobie po francusku.

Tadeusz Chyła podczas III Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki, Opole 1965, fot. Janusz Sobolewski / Forum
W teatrzyku Bim-Bom Chyła poznał pierwszą żonę, piosenkarkę Barbarę Michałowską.
Tadeusz Chyła, malarz, pamiętam go z nierozłączną gitarą, którą […] zdobywa sobie laury i chleb z margaryną. Jak go nazwać? Cyganem? Wagabundą? Wprawdzie wiele lat później, w czasie piosenkowania w naszym Cyrku [Rodziny Afanasjeff], nieopatrzny drukarz z Wrocławia zamiast Chyła napisał Chychła, a zamiast pieśniarz, pięściarz, ale uważać to mogę tylko za złośliwy zbieg faktów. Cygan z plenerów malarskich, towarzysz śpiewający przedziwne ballady przy ogniskach, był głównym piosenkarzem Bim-Bomu. Pełen liryzmu najpierw podbijał swymi włoskimi piosenkami publiczność studencką, potem śpiewał już piosenki z naszymi słowami, a potem tworzył własne melodie. Jeden z niewielu ludzi obdarzonych darem tworzenia piosenki ulicznej, takiej piosenki, co to śpiewana przez wszystkich. Może dlatego że tworzy śpiewając, nie oszukuje ucha powikłanym akompaniamentem. […] Chciał wprawdzie kiedyś kogoś… zarżnąć. Przez całą noc ostrzył nóż w pokoju Cybulskiego, ale to tylko świetny improwizator, po trosze… dramaturg i – choć przez całą noc musiałem Zbyszkowi podawać krople na serce, to jednak rytmiczny dźwięk ostrzonego noża utwierdzał nas w przekonaniu: Chyła to solidny rzemieślnik.
[Jerzy Afanasjew, "Sezon kolorowych chmur", Gdynia 1968]
Chyłtura
Chyła brał także czynny udział w legendarnym teatrzyku rąk Co-To i współtworzył kabaret literacki To-Tu. Założyli go w 1957 roku: Wowo Bielicki z Jerzym Afanasjewem, jego późniejszą żoną Alicją Ronczewską, Jackiem Fedorowiczem i Tadeuszem Chyłą. Występowali w nim również: Barbara Michałowska, Włodzimierz Łajming i Janusz Hajdun.
Chyła był w To-Tu kompozytorem i wykonawcą ballad do przewrotnych tekstów Jerzego Afanasjewa, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Ludwika Jerzego Kerna, Tadeusza Kubiaka, Andrzeja Waligórskiego.
Wkrótce potem Chyła i Michałowska zdecydowali się na występy estradowe. W czasach przedtelewizyjnych były dość popularne. Wieńczyły wiele oficjalnych akademii jako tzw. część artystyczna, co dla większości ich uczestników było jedynym kontaktem z masową rozrywką. Ludzie Bim-Bomu występy estradowe postrzegali zrazu jako synonim upadku artystycznego, jednak coraz więcej dawnych twórców studenckich ulegało pokusie tej formy zarobku.
Jacek Fedorowicz wspomina swoje pierwsze kroki na estradzie, które zawdzięcza owocnej perswazji kolegi z Bim-Bomu.
Kiedy więc Tadzio Chyła powiedział: "Stary. Ty będziesz moim konferansjerem", odrzekłem, że nie będę, bo nie mam najmniejszego zamiaru kiedykolwiek w życiu występować na estradzie. Tadzio nie przyjął tego do wiadomości, tylko długo i cierpliwie tłumaczył mi, na czym polega występ estradowy i czym się różni od występu w teatrze. Różnice, jego zdaniem, były spore, więc słuchałem z coraz większym zaciekawieniem. Tadzio był już starym wygą estradowym, bo wziął urlop dziekański i pojechał w Polskę z zespołem [Jana] Ławrusiewicza "Gitary Hawajskie" jako gitarzysta niehawajski, aby zarobić na dalsze studia. Zgodziłem się. Pojechaliśmy do Pruszcza i tam odbył się mój pierwszy występ estradowy, w którym zrezygnowałem z "cudów" i po prostu zapowiadałem piosenki Chyły i Basi Michałowskiej, co pewien czas śpiewając też osobiście.
[Jacek Fedorowicz, "Ja jako wykopalisko", Warszawa 2011]
Fedorowicza do śpiewu nakłonił właśnie Chyła, słuchając jego produkcji wokalnych w gronie kolegów. Pierwszy samodzielny "numer estradowy" pana Jacka polegał na parodii śpiewania "po polsku z angielska", z nienagannym akcentem amerykańskim w polskim tekście, "co dawało efekt dość zabawny". Z uwagi na zasługi Tadeusza Chyły dla polskiej estrady, towarzysząca mu ekipa zwykła mawiać, że w odróżnieniu od typowej chałtury, oni robią jej wyższą odmianę – "Chyłturę".

Tadeusz Chyła (z prawej) i Wojciech Młynarski na widowni podczas próby koncertu, VII Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu, 1969, fot. Jerzy Michalski / Forum
Do legendy estradowej przeszedł występ Tadeusza Chyły na jednym z pierwszych Festiwali Polskiej Piosenki w Opolu. Wspomina Jacek Fedorowicz:
W czasie koncertu w nieosłoniętym podówczas amfiteatrze lunął potworny deszcz. Publiczność wpadła w panikę i mało brakowało, żeby kilka tysięcy ludzi wzajemnie się stratowało. Pełniłem tam funkcję konferansjera. Udało mi się jakoś opanować publiczność, ponieważ wyszedłem na scenę bez parasola i dałem publiczności do zrozumienia, że właściwie nic się nie stało, a że trochę kropi, to nic, koncert za chwilę potoczy się dalej. Wróciłem za kulisy i wyjaśniłem sytuację: gremialnej ucieczki nie będzie, ale pod warunkiem, że ktoś z solistów wyjdzie na estradę. Odpowiedziało mi głuche milczenie. Żadna w gwiazd […] nie miała zamiaru narażać fryzury. Zdając sobie sprawę z grozy sytuacji, wpadłem w szał i obrzuciłem cały skład wykonawczy koncertu stekiem najgorszych wyzwisk. […] usłyszał [to] Chyła, który siedział gdzieś w kącie garderoby ze swoim zespołem. Skrzyknęli się i po chwili już byli na estradzie. Co Tadzio na tej estradzie wyrabiał, nie wiem, wątpię, żeby śpiewał, bo nie przypuszczam, aby ktoś umiał śpiewać pływając. W każdym razie był tam i pokazał publiczności, że nie ma co wiać przed oberwaniem chmury, skoro wykonawcy nie przerywają koncertu.
[Jacek Fedorowicz, "Ja jako wykopalisko", Warszawa 2011]
Chyłeńka
Kolejnym ucieleśnieniem Chyłtury było założenie w 1968 roku śpiewającego kabaretu Silna Grupa pod Wezwaniem, o czym tak wspominał Kazimierz Grześkowiak:
Siedziałem kiedyś w kawiarni z Tadziem Chyłą, dosiadło do nas takie wielkie, grube, łyse, czyli Jacek Nieżychowski i powiedział: dlaczego wy właściwie nie śpiewacie razem. Popatrzyliśmy sobie w oczy i tak powstała Silna Grupa. Zespół działał cztery lata, o trzy za długo.
[Waldemar Sulisz, "Odyniec", "Dziennik Wschodni", 18 sierpnia 1995]

Silna Grupa pod Wezwaniem, ok. 1970. Na zdjęciu (od lewej): Tadeusz Chyła, Jacek Nieżychowski, Kazimierz Grześkowiak, Andrzej Zakrzewski , fot. Marek Karewicz / East News
Oprócz Chyły grupę tę tworzyli: Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 roku.
O jego popularności świadczyły obiegowe dowcipy. Na przykład:
Do sklepu z płytami wchodzi klient i pyta:
– Czy są nagrania Chyły?
– Nie ma – odpowiada sprzedawca.
– A były?
– Też nie ma.
Cesarz polskiej ballady współpracował później z kabaretami Wagabunda i ABC-WP. Od 1973 roku występował z własnymi recitalami, akompaniując sobie na gitarze.
Jego piosenki śpiewała cała Polska. Prywatnie jednak nie wszystko grało. Druga żona Chyły, śliczna Rosjanka Gala, wyjechała do Paryża, gdzie popełniła samobójstwo. W jednej z warszawskich cerkwi odprawiono po jej śmierci mszę żałobną. Załamany Chyła przesadził z alkoholem i podczas nabożeństwa ledwo trzymał się na nogach. Anna, jego trzecia żona, opiekowała się mężem do końca.
W towarzystwie siadał gdzieś z boku, brał gitarę, coś tam brzdąkał, śpiewał. Należał do ludzi uczuciowych, ale tę uczuciowość ukrywał pod kożuchem obojętności – dodaje Ryszard Ronczewski. – Chyłeńka miał ogromne serce. Wszystko, co robił, robił z uczuciem. Tacy ludzie, jak Chyła, występują w jednym egzemplarzu. Nadal jest jeden Wojciech Młynarski. Równie pojedyncza była Agnieszka Osiecka, był też jeden Jacek Kaczmarski. I teraz dołączył do nich Chyłeńka.
[Dorota Abramowicz, "Ballada o Chyłeńce już skończona", "Dziennik Bałtycki", 28 lutego 2014]
Przestał występować. Jego muzyka poszła w zapomnienie. W 2008 roku płytę z własnymi wersjami piosenek Silnej Grupy pod Wezwaniem wydał Kazik Staszewski ("Silny Kazik pod Wezwaniem").
Liryczny kolorysta

Tadeusz Chyła, "Akt czerwony", fot. dzięki uprzejmości Blanki Wyszyńskiej-Walczak / Galeria LUFCIK
W maju 2014 roku Galeria U w Domu Kultury Stokłosy na warszawskim Ursynowie przygotowała wystawę malarstwa Tadeusza Chyły z okazji jego osiemdziesiątych urodzin. Niestety artysta nie doczekał jej otwarcia. Dwa miesiące wcześniej, 23 lutego 2014, Tadeusz Chyła zmarł.
Znaliśmy go wszyscy z obrazów – pisała w katalogu do wystawy jej kurator Blanka Wyszyńska-Walczak. – Tych utkanych nutami i ciepłym głosem. Każda ze skomponowanych i wykonanych przez niego ballad w wyobraźni słuchacza powoływała do życia kolorowy świat. Sceny odmalowane w "Cysorzu co ma klawe życie", "W śnie psa", "Mariolli" i dziesiątkach innych przenikał subtelny humor i liryczny nastrój. W wywiadach Tadeusz Chyła wielokrotnie podkreślał, że w swojej pracy estradowej czuje się malarzem tworzącym obrazy dla słuchaczy. Nie było to ubieranie w piękne słowa działań artysty, lecz ich rzeczywiste sedno. Albowiem Tadeusz Chyła był z wykształcenia malarzem i osobą o wrażliwości charakterystycznej dla ludzi pędzla. Wystawa "Tadeusz Chyła – liryczny kolorysta" to niezwykła okazja, aby zobaczyć aż czterdzieści płócien artysty. Powstałe na przestrzeni kilkudziesięciu lat obrazy zostały zebrane z kolekcji prywatnych. O niezwykłości tego zbioru decyduje nie tylko przekrojowy charakter, ale przede wszystkim przyczyna powstania dzieł. Przez całe swoje życie malował przede wszystkim z wewnętrznej potrzeby. Kiedyś zwierzył się swojej żonie, że traktuje to zajęcie jak modlitwę. To było jego osobiste widzenie piękna świata, kontakt z absolutem. W warstwie inspiracji i przekazu powstały czysto intymne dzieła, nie zabiegające o odbiorcę i popularność. Takie natężenie osobistego podejścia można odnaleźć wśród malarzy naiwnych, lecz w odróżnieniu od nich Tadeusz Chyła był całkowicie świadomym artystą, tworzącym w pełni dojrzałe dzieła sztuki. Jego obrazy przemawiają do nas językiem lirycznym i subtelnym, obdarzone wysmakowanym kolorytem nabierają lekko magicznego wyrazu. Odnajdziemy w nich świat i wrażliwość, jaką znamy z utworów Tadeusza Chyły barda.