Światy fantastyczne
W 2003 roku ukazała się debiutancka płyta zespołu zatytułowana "Luv Yer Country". Jeśli album ten się zestarzał, to głównie dlatego, że przez ostatnie dwadzieścia lat gruntownie zmienił się odbiór country: na popularności zyskały nurty alt-country i gothic country, Joaquin Phoenix zdecydował się na "Spacer po linie" (reż. James Mangold, 2005), a cały świat zakochał się w Taylor Swift. Nawet jeśli obecnie gatunek ten nie kojarzy się już jedynie z Piknikiem Country w Mrągowie, warto pamiętać, że dwadzieścia lat temu było inaczej. Mitch & Mitch sięgali wówczas po stylistykę wzgardzaną, obśmiewaną i sami oczywiście traktowali ją z humorem, czasem dość bezwzględnym, gdy kolejne wersy refrenu przerywało na chwilę niekontrolowane parsknięcie. A jednak z "Luv Yer Country" przebija też sympatia i osłuchanie z tą tradycją. Do tego stopnia, że grupa w końcu dopięła swego i wystąpiła w Mrągowie.
Trzy lata później ukazał się drugi album Mitch & Mitch zatytułowany "12 Catchy Tunes (We Wish We Had Composed)" – muzyczny mockument, śmiało rozwijający to artystyczne qui pro quo. Dodajmy, że ten ożywczy ferment chętnie podchwyciły media, przystępując do gry proponowanej przez zespół. Pisząc dla Onetu o dwunastu tytułowych kompozycjach – skomponowanych rzekomo przez zapomnianych przez Boga i ludzi idoli grupy – Jarek Szubrycht rozpoczynał od wyznania: „Arkiun Tekkelaki to mój ulubiony twórca soundtracków. Słyszałem go we wszystkich filmach, polskich i zagranicznych. Uwielbiam też Zeliga Rabitchnyaka i choć są tacy, co twierdzą, że skończył się na «Kill'em All», kupuję wszystkie jego płyty. Równie wielkim afektem darzę chyba tylko The Jürgen Hans Maier Band". Jeśli czytelnik przyjmował tę deklarację na poważnie, szybko tracił grunt pod nogami, próbując odnaleźć oryginalne utwory rzekomych geniuszy partytury.
Z perspektywy czasu ważniejsza od siania zamętu wydaje się estetyka, którą Mitch & Mitch obrali na "12 Catchy Tunes (We Wish We Had Composed)". Grupa poluzowała związki z country i skierowała się w stronę takich gatunków jak pop, easy listening czy library music. Nie zmieniło się jedno – zespół wciąż trzymał się daleko od stylistyk uznawanych za modne. Nie inaczej było na wydanym w 2010 roku "XXII Century Sound Pioneers", na którym zauważalny jest mocniejszy zwrot w stronę bossa novy, czemu służyło poszerzenie składu do poziomu nonetu. Ten pięknie zaaranżowany zestaw piosenek (wibrafon!) przyprawił recenzentów o zawrót głowy, czego następstwem były mnożące się porównania. W opublikowanej przez "Dziennik" recenzji Jacek Skolimowski przytoczył dorobek Burta Bacharacha, Antonio Carlosa Jobima, Stereolab i Jaga Jazzist. A to wcale nie koniec wyliczanki.