Wszechstronny kompozytor i pianista, terapeuta, a także muzyczny lider zespołu Współgłosy. Zależy mu na tworzeniu jedynie z artystami, z którymi czuje szczególną więź albo, jak sam to określa: „połączenie energetyczne”.
Urodził się w 1995 roku w Łodzi. Sztuka towarzyszyła mu od dziecka. Jego matka (Izabela Stronias) jest malarką i kostiumografką, ojciec – operatorem. Nic więc dziwnego, że wspominając dzieciństwo, pianista ma przed oczami teatralne sale. Sztuka od zawsze była obecna nie tylko w jego domu, lecz także u znajomych rodziców. Wspomina Baliński:
Text
Kiedy miałem sześć lat, byliśmy w gości u przyjaciela mamy. Znudzony rozmową dorosłych szwendałem się po domu i znalazłem trąbkę. Dość szybko nauczyłem się na niej grać piosenkę Golców „Ściernisko”. Zagrałem ją i zapytałem, czy jest szkoła, w której mógłbym się uczyć grać na trąbce. Mama wstała i od razu zawiozła mnie do szkoły muzycznej, żeby zapisać mnie na egzamin.
W ten sposób Baliński trafił do Zespołu Szkół Muzycznych im. Stanisława Moniuszki I stopnia, później Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej im. Henryka Wieniawskiego w Łodzi, gdzie ukończył II stopień w klasie fortepianu klasycznego. Artysta przyznaje, że wciąż chętnie grywa utwory Bacha czy Chopina. Dodaje też, że klasyka dała mu warsztat – bazę czy też punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. A te rozpoczęły się w wieku nastoletnim, kiedy na radarze Balińskiego pojawiła się muzyka improwizowana.
Najpierw jednak pojawiły się wątpliwości. Chwile, gdy młody pianista rozważał, by rzucić to wszystko i wyjechać… w Tarty. Baliński już wizualizował sobie karierę ratownika TOPR-u, kiedy na muzyczną ścieżkę ściągnęły go Ciągoty i Tęsknoty. Łódzki lokal, który od lat sprowadza do miasta twórców jazzowej awangardy. I tak za sprawą występu Rudiego Mahalla muzyk porzucił alternatywne scenariusze. „Wróciłem do domu i oznajmiłem mamie, że wiem, czym chcę się zajmować w życiu” – wspomina.
Choć świadomość obranej drogi pomaga, nie oznacza to, że ta nie była wyboista. Być może to właśnie szerokie horyzonty Balińskiego nie ułatwiały mu zadania, ponieważ jego dalsza edukacja to meandrowanie pomiędzy jazzowymi i klasycznymi wydziałami: najpierw – Akademia Muzyczna w Krakowie w klasie fortepianu jazzowego, potem Policealne Studium Jazzu im. Henryka Majewskiego w Warszawie (Bednarska), wreszcie – Akademia Muzyczna im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi w klasie fortepianu. Kiedy pytam go o muzyczne poszukiwania z tego okresu, odpowiada: „Dowiedziałem się, czego nie chcę, co uważam wręcz za cenniejsze, niż wiedzieć, co chcę”.
W poszukiwaniu nauczyciela
Odpowiedzi na to drugie pytanie Baliński szukał również za granicą. Ostatecznie trafił do Hochschule der Künste w Bernie, chociaż i to nie był jego pierwszy wybór. Jak tłumaczy pianista:
Text
Na egzaminach wstępnych w Kopenhadze usłyszałem, że jestem za bardzo mainstreamowy, a w Berlinie – że za bardzo awangardowy. Pomyślałem więc, żeby nie szukać miejscem, a człowiekiem. Zapytałem siebie, kto by to miał być, i wtedy, nawet gdyby miał wykładać w Peru, to i tak spróbować! Byleby potrafił myśleć szeroko i czuł moją wrażliwość. Wtedy przyszedł mi do głowy Django Bates.
Wykładający w Szwajcarii brytyjski artysta jest powszechnie znany ze swojej wszechstronności. Bates jest nie tylko multiinstrumentalistą, band-leaderem i kompozytorem, ale także twórcą, który bez problemu porusza się w różnych stylistykach: od bebopu, przez fusion i free-jazz, aż po orkiestry symfoniczne. Ten sposób myślenia o muzyce bardzo odpowiadał Balińskiemu, który nierzadko słyszał formułowane jako zarzut zdanie, że jego muzykę trudno jest zaszufladkować. Otwartość nie była jedynym atutem nauczyciela. Jak dopowiada muzyk: „Chodziło przede wszystkim o jego wrażliwość, wyobraźnię, poczucie humoru, warsztat. Bates to zdecydowanie najważniejszy nauczyciel muzyki, jakiego spotkałem na swojej drodze”.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Marcel Baliński, 2025, fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza
Obrazek
marcel_balinski_2025_fot_dawid_zuchowicz_dz250407_0120-s.jpg
Wspomniałem o wymykającej się kategoriom twórczości Balińskiego, ponieważ do Szwajcarii wyjechał z doświadczeniem grania w zespołach, koncertowania, nagrywania płyt. Oczywiście zestawianie tego dorobku z dokonaniami Batesa byłoby nadużyciem, ale już ta wczesna twórczość polskiego pianisty zdradzała jego szerokie zainteresowania. Jeszcze na Bednarskiej młody muzyk zwrócił uwagę Zbigniewa Namysłowskiego, który zapraszał go do współpracy ze swoim kwintetem i nonetem. W tym czasie pianista stawiał też pierwsze kroki w studiu nagrań. W 2018 roku ukazała się debiutancka płyta kwartetu Entropia Ensemble, o którym na łamach „JazzPress” pisał Jędrzej Janicki: „Entropia Ensemble to dowód wyjątkowej muzycznej dojrzałości i świadomości tych czterech młodych muzyków. Nie jest to jednak tylko starannie wykoncypowana rozumowo muzyka – słychać w niej pasję, młodzieńczą energię, a przede wszystkim olbrzymią radość ze wspólnego grania […]”.
Jeśli debiutancka płyta łódzkiego kwartetu nie wywołała wielkiego zamieszania, to inaczej rzecz się miała z wydanym rok później albumem Jerzego Mączyńskiego Jerry & The Pelican System. Jednym z powodów była wytwórnia, a dokładniej seria „Polish Jazz”, która powracała wówczas po długiej przerwie. Uwagę zwracało jednak nie tylko charakterystyczne logo z kogutem, ale także eklektyczna, grana ze swadą muzyka kwintetu, w skład którego wchodził Baliński. A przecież i ten album nie zaspokoił apetytu pianisty, który w tym samym czasie brał udział w nagrywaniu debiutu RASP Lovers. Prowadzony przez gitarzystę Szymona Wójcika zespół również stawiał na eklektyzm, tym razem jednak rozpięty gdzieś pomiędzy Zappą, Henry Cow, brutalną surowością punk-rocka i energią free jazzu.
Baliński tak wspomina dziś współpracę z Mączyńskim i Wójcikiem: „W pewnym sensie się od nich uczyłem. Obserwowałem, jak można komponować, jak otwarcie myśleć formą i strukturą kompozycji, jak ważne jest eksperymentowanie”.
Jazz na poważnie
Po tych muzycznych doświadczeniach pianista powołał do życia własny zespół – Marcel Baliński Trio. Na kontrabasie towarzyszył mu Franciszek Pospieszalski, na perkusji zaś grał Krzysztof Szmańda. Wybór tego drugiego zwiastował kierunek, w którym kompozytor zamierzał podążać na debiucie zatytułowanym Opalenizna i wiatr. Jak tłumaczy Baliński:
Text
Krzysiu Szmańda to był bardzo świadomy wybór. Wiedziałem, że muszę mieć perkusistę z klasycznym backgroundem. Komponowałem utwory z myślą o nim i o jego grze, np. „Wariacje” napisałem pod wpływem wielkiej fascynacji muzyką symfoniczną Mahlera. Nie wyobrażałem sobie lepszego perkusisty do jej wykonania. Wiedziałem, że bardzo na poważnie będzie potrafił podejść do mojej muzyki, bardzo tego potrzebowałem.
W entuzjastycznej recenzji na łamach „JazzPress” Jędrzej Janicki pisał: „tego jazzu na płycie nie jest znowu wcale tak dużo, wydaje się, że najbardziej klasyczne jazzowe frazowanie usłyszeć można w utworze »Marmur«. Jednak to raczej te elementy zaczerpnięte z muzyki klasycznej i eksperymentalnej stanowią siłę płyty”. Przy czym nie jest to album trudny w odbiorze. Na nominowanej do Fryderyka płycie Baliński chętnie przełamuje momenty ciągnące w stronę awangardy czy to zaskakującą wokalizą (Spadochroniarz), czy utworem o bardziej ilustracyjnym charakterze (Nienamolny aksamitny). Kiedy pytam, czy owa „filmowość” jest skutkiem ubocznym mieszkania w Łodzi, wskazuje raczej na profesję swojej mamy. Co nie zmienia faktu, że ze swoim miastem czuje silną więź: „Łódź to moim zdaniem najbardziej eklektyczne miasto świata: w warstwie społecznej, architektonicznej, kulturowej. Właściwie to w każdej. Ten cały synkretyzm, którego w mojej twórczości mnóstwo – to właśnie Łódź”.
Wpływ Łodzi to także rodzina. Słychać go dziś nie tylko w pewnej ilustracyjności, zaczerpniętej z teatrów mamy, czy w muzycznych uwagach udzielanych w utworze Nienamolny aksamitny przez babcię kompozytora. Jedną z inicjatorek najważniejszego obecnie zespołu Balińskiego jest jego siostra – Adela. Kiedy w 2021 roku pianista nawiązywał współpracę z grupą wokalną osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi, działających w ramach Warsztatów Terapii Zajęciowej „Frajda”, robił to z myślą o niej – o siostrze, która zawsze chciała śpiewać. Szybko okazało się jednak, że pomoc płynie w obie strony. Baliński wspomina, że po premierowym koncercie Współgłosów wszyscy występujący niewywodzący się ze wspomnianej grupy wokalnej, uznali, że była to najlepsza terapia w ich życiu. Dla mierzącego się wówczas z chorobą nowotworową lidera miała ona tym większe znaczenie: „Do końca życia nie zapomnę, jak leżałem na podłodze między nimi i poprosiłem, żeby szumieli jak las, bo bardzo złe rzeczy z mojego ciała trzeba było wyszumieć. Dostałem od nich wielkie wsparcie”.
I tak projekt, który początkowo miał działać przez pół roku, przeobraził się w zespół z krwi i kości. Grupę, która w 2024 roku wydała debiutancką płytę zatytułowaną po prostu Współgłosy. Na łamach Dwutygodnika pisał o niej Bartosz Nowicki:
Text
Imponuje aranżacyjna zwiewność, z jaką jego kompozycje poruszają się między chwytliwymi melodiami rodem z muzyki rozrywkowej a śmiałymi wycieczkami w kierunku sonorystyki i eksperymentu, a wszystko to w otoczeniu żywiołowego chóru. Zaskakujące zwroty akcji, przechodzenie od momentów zadumy i wyciszenia do pełnej rozmachu kulminacji, dzieją się tu zdumiewająco płynnie, układając w spójną fabularną opowieść, której dodatkowym walorem jest ciepła brzmieniowa kolorystyka.
Jak dziś wiemy, recenzent nie był w swojej opinii odosobniony, bo kilka miesięcy później Współgłosy odebrały Fryderyka w kategorii Jazz eksperymentalny/Współczesna muzyka improwizowana. Baliński przyznaje, że żadna nagroda nie sprawiła mu nigdy tyle radości. W końcu Współgłosy to dziś dla niego zespół najważniejszy. W rozmowie kompozytor przyznaje, że ma już pomysły na kolejne cztery płyty. Zdaje sobie przy tym sprawę, że ten wyjątkowy projekt nie będzie trwać wiecznie, co motywuje go do jeszcze intensywniejszej pracy. Nie tylko kompozytorskiej, bo po doświadczeniach ze Współgłosami zdobył uprawnienia terapeuty zajęciowego i muzykoterapeuty. Obecnie jest pracownikiem Warsztatów Terapii Zajęciowej „Frajda” w Łodzi, gdzie prowadzi pracownię muzyczną.
Kompozytor przyznaje, że po latach współpracy ze Współgłosami nie ma już dla niego powrotu. W tym sensie, że nie wyobraża sobie grania w zespole, z którego członkami nie łączyłyby go szczególne relacje. Jak tłumaczy:
Text
Nie interesuje mnie tworzenie z ludźmi, z którymi nie mam więzi. Nie mówię tu tylko o byciu przyjaciółmi, ale o jakimś połączeniu energetycznym, w które bardzo wierzę. Są ludzie, z którymi mogę grać po raz pierwszy i po kilku dźwiękach wiedzieć, że spotkaliśmy się już setki lat temu. Trzeba się wspierać, bycie w stadzie jest czymś wspaniałym. Miłość jest najważniejsza.