Jury nagrodziło Małgorzatę Mycek „za odważne przepisanie wizualnej geografii wsi – wrażliwe, ironiczne i polityczne zarazem – które redefiniuje ją jako przestrzeń oporu, wspólnoty i queerowej wyobraźni”. Podpisuję się pod tym zdaniem. Mycek mieszka w Radoszycach, poza orbitą miejskich centrów prestiżu. To jest praktyka zakorzeniona w konkretnej geografii życia. To odrzucenie dwóch łatwych gestów: romantyzowania wsi i jej paternalistycznego pouczania. Wieś nie pojawia się tu jako rezerwuar narodowej niewinności ani jako skansen „ludowej estetyki”, tylko jako teren myślenia politycznego i intymnego, jako przestrzeń, w której queerowa wyobraźnia przestaje być intruzem. Istotne: Mycek jest po studiach artystycznych (Rysunek i Malarstwo, UAP), obecnie studiuje na Uniwersytecie Ludowym Rzemiosła Artystycznego. To nie jest „brak warsztatu”. To świadomy wybór języka. Jeżeli ktoś naprawdę wierzy, że „nie potrafi malować”, niech spojrzy uważnie na dorobek: to konsekwentna decyzja o odrzuceniu prestiżowego dystansu, który sztuka akademicka często w Polsce sprzedaje jako jedyny warunek bycia „poważnym artystą”. Mycek potrafi malować „ładnie” – i właśnie dlatego odmawia tego języka. Ta odmowa jest treścią. […]
„Ale gust widzów?” – słyszę. Odpowiadam: gust nie jest niewinny. Bourdieu powiedział to uczciwie – gust bywa narzędziem władzy. W polu sztuki „mistrzostwo” często działa jak bramka do symbolicznego centrum: decyduje, kto wchodzi, a kto ma stać pod drzwiami. Kiedy pojawia się praca, która celowo nie używa języka prestiżowego, systemowi wypadają zawiasy. Bo nagle nie da się odróżnić „tych, którzy wiedzą” od „tych, którzy nie wiedzą” prostym testem gładkości. I dlatego reakcje są tak gwałtowne: to nie jest spór o estetykę, tylko obrona pozycji społecznej.
Kiedy ktoś pisze: „to nie sztuka, bo tak nie maluje prawdziwy malarz”, słyszę nie sąd o wartości, tylko deklarację przynależności. I propozycję powrotu do porządku, w którym malarstwo ma być dekoracyjnym autorytetem. Otóż nie. Nie w 2025 roku, nie po całym wieku sporów o obraz jako pole konfliktu, a nie lustro porządku. Jeśli malarstwo nie wywołuje reakcji na poziomie wyobraźni społecznej, pozostaje wnętrzarską dekoracją. Mycek nie dekoruje. Mycek otwiera wyłom. […] I żeby było absolutnie jasno: Małgorzata Mycek nie „nie umie malować”. Umie. Wybiera nie używać języka, który przywraca porządek. Rezygnacja z wirtuozerii może działać mocniej niż jej demonstracja. Jak widać, to właśnie brak popisu okazał się nie do udźwignięcia.