[...] co piątek w godzinach popołudniowych kolej i kolejka były przepełnione. Ojcowie i mężowie po zamknięciu sklepów udawali się na linię, do swoich rodzin, żeby na łonie przyrody spędzić świąteczny dzień sobotni. Natychmiast po przyjeździe zasiadali do gry w karty, przerywanej jedynie posiłkami. Półtora dnia trwał hazard. Potem tysiące mężczyzn w niepojętym pośpiechu wracało do Warszawy, by w następny piątek znowu jechać do Anina, Świdra, Józefowa czy Miedzeszyna na świeże powietrze.
Gdzie zatem te ciemne strony wilegiatur? Pozostając przy przykładzie Otwocka: Czesław Rokicki, autor "Przewodnika po uzdrowiskach i letniskach polskich" z 1928 roku narzekał na niedostatek "poważnych i na wyższym poziomie stojących rozrywek i urządzeń", zaniedbane drogi czy brak kanalizacji i wodociągów. Ten sam autor ubolewał nad tym, że warszawskie mieszczuchy wybierają zatłoczone do cna podmiejskie letniska, zamiast odkrywać przyrodnicze perełki w głębi kraju.
Gdy nadchodzi wiosna, przeciętny mieszczuch, owiany podmuchami odżywającej przyrody, stęskniony za pełnią słońca, za czystem powietrzem i rzeźwą wodą – zaczyna się namyślać: gdzie jechać na lato? […] Jakże często wybór pada na jedno z najbliższych letnisk podmiejskich!
Nie tam, gdzie najzdrowiej, najpiękniej i rzeczywiście najmilej, lecz gdzie – najbliżej, gdzie najpodobniej do tego miasta, do którego się przywykło. […] Jak bardzo niewłaściwy jest ów pęd przemożny ku letniskom podmiejskim, tego najlepszym dowodem niektóre miejscowości letniskowe podwarszawskie. Wszak mamy tu, obok letnisk godnych tej nazwy, bo leżących sucho, na piaskach, śród lasów – także "letniska" zgoła malaryczne, na gruntach niskich, nieprzepuszczalnych, tuż obok bagien […] Bo gdzie kto pod Warszawą nie skleci jakiejś budy i nie przezwie "willą", to zaraz wiosną przygna w te pędy letnik i po krótkim targu zapłaci żądaną sumę za lada pokoik z kuchnią. […]
Dalej autor wymienia kolejne minusy podwarszawskich letnisk: "wytwory spożywcze […] wyśrubowane bezczelnie" (na reklamach podmiejskich biznesików z epoki pojawiało się czasem antydrożyźniane zapewnienie – "ceny warszawskie"), "wygody mierne lub żadne", "dymiąca kolejka podmiejska zatłoczona nie do wiary". Reakcją (choć nie tak rozpowszechnioną) na te przykre zjawiska było wynajmowanie noclegów w chłopskich chatach nad Bugiem i Narwią – okolicach jeszcze wtedy niezadeptanych, a przy tym niezwykle atrakcyjnych krajobrazowo.