I kiedy wydawało się, że Skolimowski będzie zmuszony ulec szantażowi, z ratunkiem przybył człowiek, który miał się okazać jednym z najważniejszych artystycznych towarzyszy w życiu reżysera – Jeremy Thomas, początkujący producent, który wiele lat później przeszedł do historii jako współtwórca m.in. "Nagiego lunchu" i "Ostatniego cesarza". Wówczas Thomas miał w dorobku zaledwie jeden film, a w dłoni – siedmiostronicowe opowiadanie Roberta Gravesa (autora powieści "Ja, Klaudiusz") z 1924 roku. Tym opowiadaniem był "Wrzask", historia mężczyzny o pękniętej duszy, który posiadł możliwość zabijania krzykiem. Skolimowski zdecydował się napisać scenariusz i wyreżyserować film na podstawie króciutkiej prozy, a za zaliczkę otrzymaną od Thomasa mógł wykupić się z hotelu.
Zgodnie z literą opowiadania Gravesa Skolimowski zamknął „Wrzask” w osobliwej klamrze, czyniąc z niego opowieść mężczyzny umieszczonego w zakładzie dla psychicznie chorych. Grany przez charyzmatycznego Alana Batesa demoniczny bohater w czerni snuł opowieść o znajomości z pewnym małżeństwem z Devon, o swojej "spękanej duszy" i technice śmiertelnego krzyku, której nauczył się od Aborygenów – zabierając widzów w dziwną, pełną grozy podróż.
Metafizyczny horror stał się dla Skolimowskiego szansą na spotkanie z – jak sam mówił – kwiatem brytyjskiego aktorstwa: w obsadzie znalazły się takie gwiazdy jak Alan Bates, John Hurt, Susannah York, Jim Broadbent i Tim Curry rozsławiony sukcesem "Rocky Horror Picture Show" (1975). Znakomicie zagrany, prowadzony pewną ręką film pozwolił Skolimowskiemu wspiąć się na zawodowy szczyt, którego zwieńczeniem były bardzo owocne dla reżysera lata 80. ze stworzonymi wówczas "Fuchą", "Latarnikiem" i kostiumowymi "Wiosennymi wodami".