Fakt, że znana z krytycznych wypowiedzi wobec Kościoła Agnieszka Holland zrealizowała religijny dramat o wierze w Boga, cudach i świętości może zdumiewać widzów słabo znających dorobek reżyserki. Tymczasem wątki religijne pojawiały się w filmach artystki już od debiutanckiej etiudy "Grzech Boga" (1969) i choć często były jedynie pretekstem do przedstawienia zjawisk społecznych czy psychologicznych, to jednak czasem – na przykład w telewizyjnej adaptacji "Dybuka" (1999) – odgrywały istotną rolę. Zrealizowany na motywach powieści amerykańskiego dramaturga Richarda Vetere’a "Trzeci cud" jest natomiast jedynym dziełem Holland w całości poświęconym tematyce religijnej. Ten stosunkowo mało znany dramat o księdzu weryfikującym cuda może być dużym zaskoczeniem dla wszystkich, którzy spodziewają się czarno-białego filmu wymierzonego w instytucję kościoła.
"Trzeci cud" rozgrywa się w Chicago na przełomie lat 70. i 80., choć retrospekcje przenoszą niekiedy akcję do Bystrzycy z czasów drugiej wojny światowej. Główny bohater, ksiądz Frank Shore (Ed Harris) cierpi na kryzys wiary i zamiast pełnić służbę duszpasterską tuła się po tanich hotelach dla nędzarzy i narkomanów. Nazywany "zabójcą cudów" mężczyzna, specjalizujący się w weryfikowaniu rzekomo nadnaturalnych zjawisk, nie może dojść do siebie po swojej ostatniej "misji", która odebrała wiarę i nadzieję dużej części parafian. Przełożeni wzywają jednak księdza do powrotu – mężczyzna ma zbadać kolejną sprawę, tym razem figurki Najświętszej Maryi Panny płaczącej krwawymi łzami. Ludzie z okolicy uważają, że sprawczynią cudu jest zmarła przed kilku laty Helen i wzywają do kanonizacji kobiety. Dla Franka zadanie ma głęboko osobisty charakter – wszak prawdziwy cud mógłby przywrócić mu zachwianą wiarę.
Grany przez Eda Harrisa (a więc filmowego mordercę Popiełuszki z "Zabić księdza"!) Frank z pewnością nie jest wzorem duchownego. Główny bohater "Trzeciego cudu" przychodzi pijany do spowiedzi, romansuje z córką domniemanej cudotwórczyni i stawia się przełożonym. Właśnie taki ksiądz – błądzący, neurotyczny, trochę jak detektyw z kina noir – staje się jednak dobrym medium dla wyrażenia wątpliwości religijnych, które Holland dzieli zapewne z niemałą częścią widzów. Frank całe życie czeka na znak utwierdzający go w wierze, jednak wszystkie sygnały, które dostaje są wieloznaczne bądź sprzeczne. Przykładowo, po ślubowaniu złożonym przez bohatera jego ranny ojciec faktycznie powrócił do zdrowia, ale niedługo potem umarł; z kolei ksiądz mogący być sprawcą cudów okazał się ostatecznie samobójcą zafascynowanym satanizmem. Choć porządek nadnaturalny wydaje się ingerować w losy bohaterów, to jednak geneza i sens cudownych zjawisk pozostają niejasne.