Osiem lat po wybuchu wojny wszyscy oni spotykają się na deskach teatru. Pod kierownictwem reżyserki Rozy Sarkisian przygotowują spektakl inspirowany "Hamletem". Ale ten "Hamlet" nie jest zwykłą inscenizacją. To opowieść utkana z osobistych wspomnień i traum, z przepracowywanych dramatów i utajonego bólu. Na scenie każde z nich musi skonfrontować się z demonami wojny: Roman z trudem mówi o przerażeniu, jakie towarzyszyło mu na pierwszej linii frontu, Sławik – o samobójczych myślach, a Katia - o lęku przed gwałtem i o seksizmie w szeregach armii. Bo opowieści, z jakich zbudowany jest "Syndrom Hamleta", to nie tylko dramatyczne wspomnienia o złych najeźdźcach i dramacie wojny, ale też gorzkie refleksje o narodowym uniesieniu i samotności bohaterów. Bohaterowie Niewiery i Rosołowskiego z odwagą mówią bowiem o homofobii, seksizmie ukraińskiego społeczeństwa, o braku psychologicznej pomocy dla tych, którzy widzieli i przeżyli zbyt wiele. O tym, jak rola bohatera odbiera prawo do lęku, i o tym, że zmęczone wojną społeczeństwo często widziało w weteranach szkodników uniemożliwiających zawarcie pokoju z najeźdźcą.
"Syndrom Hamleta" nie jest bowiem opowieścią ku pokrzepieniu serc, ale filmem, który – jak przygotowywany przez bohaterów spektakl – ma prowokować do refleksji o narodzie, jedności, wspólnych ideałach i patriotyzmie, w czasie którego można bez ogródek mówić o tym, co trudne, nawet jeśli nie pasuje to do obrazka. W ten sposób prywatna terapia kilkorga aktorów przeobraża się w seans zbiorowej psychoterapii przeprowadzanej w duchu szczerości i wzajemnego szacunku.