Co tu kryć, nie każdy z nader ostrożnie postępujących z Marsjaninem eksperymentatorów wyszedł z tej konfrontacji cało. Do kategorii naukowych cudów (są takie?) należy zaliczyć udaną próbę wydobycia z korpusu człekokształtnej maszynerii radioaktywnego jądra, co złagodziło skutki poczynań kosmity, jednakże nie do końca. Nie przestano się go obawiać i słusznie.
Czytany przez pryzmat późniejszej twórczości Stanisława Lema "Człowiek z Marsa" wykazuje niejakie niedociągnięcia, o czym niekiedy wspominał i sam autor, nie darząc debiutanckiej powieści szczególną estymą. Kryje się w niej jednak niezwykły kapitał idei czy wątków wielokrotnie wykorzystywanych przez pisarza w kolejnych książkach, co sprawia, że dla każdego miłośnika literatury science fiction – a Lema w szczególności – jest ważna jako powieść matka, czy też utwór z kluczem. Naczelnym motywem, do którego pisarz niejednokrotnie wracał, jest wspomniana już próba zbudowania odpowiedniego języka porozumienia z istotą z Kosmosu, przy czym da się tu zaobserwować pewną klamrę: od pierwszej powieści "Człowiek z Marsa", przez na przykład "Głos Pana", aż do ostatniej zatytułowanej nomen omen "Fiasko", w których autor wykazał się daleko idącym sceptycyzmem, co do powodzenia tego typu kontaktów.
Dylematy moralne uczonych, dla których postęp naukowo-technologiczny oznacza udział w tworzeniu coraz doskonalszych środków zagłady, to kolejny temat często goszczący na kartach kolejnych tomów wychodzących spod ręki Lema. Jednak tylko w tym, odosobnionym przypadku debiutanckiej prozy, główny mózg kierujący naukowym zespołem, prof. Widdletton, podejmuje decyzję nieodwołalnego unicestwienia niebezpiecznego pozaziemskiego osobnika. Może z tego właśnie powodu autor od samego początku opisuje szefa ekipy badaczy jako impertynenckiego, diablo upierdliwego, wręcz szalonego staruszka, po którym trudno byłoby się spodziewać innej decyzji.
Choć i stary Widdletton miewał momenty ludzkiej "słabości", gdy tłumaczył, dlaczego cyborg go nie złamał:
W najgorszej, najcięższej chwili przypomniałem sobie, kim jestem i kogo kocham. Może to mnie uratowało? Bo trzeba mieć trochę wiary… jeśli nie w sobie, to poza sobą… choć lepiej i w siebie, i w drugich, by móc czegoś dokonać.
Niektóre czysto techniczne rozwiązania w "Człowieku z Marsa" nie są już dzisiaj stosowane, jak choćby azbest – z uwagi na działanie rakotwórcze – który jednak ratował bohaterów powieści przed poparzeniami. Inne odkrycia, wręcz przeciwnie, zapowiadały technologię przyszłości: "Areanthrop wchodzi do pewnego rodzaju kamery odbiorczej z jakiejś substancji przezroczystej i zostaje w niej rozpylony na atomy… i taki sam Areanthrop powstaje w tej samej (czy następnej?) chwili, zmaterializowany w dowolnej odległości. Warunkiem jest, żeby tam była odpowiednia aparatura w pobliżu". Co przypomina – oczywiście niedosłownie – działanie hologramów.
Takich tropów każdy miłośnik twórczości Lema znajdzie w "Człowieku z Marsa" o wiele więcej. Dlatego tak chętnie sięgamy po książki Stanisława Lema, iż znajdujemy w nich nie tylko egzotykę kosmicznych przygód, ale, znacznie częściej, własne ziemskie zagrożenia, niepokoje bądź lęki.