Krnąbrna mentalność chłopska nie po raz pierwszy uznana zostaje za problem, który należy rozwiązać. Chociaż pozornie zgodne z socjalistycznymi ideami modernizacji wsi, działania głównego bohatera uznane zostają za "anachroniczne w zderzeniu z epoką, z którą przyszło mu się zmierzyć". Historia oporu beskidzkiej społeczności wskazuje jednak na możliwości innych rozwiązań i interpretacji.
Entuzjastyczne recenzje przygotowywały publiczność na coś wyjątkowego. Nowa produkcja Studia Filmowego "Syrena", jak przekonywał w "Kulturze" Krzysztof Teodor Teoplitz, "jest niewątpliwie filmem szczególnym". Po przedpremierowym pokazie "Słońce wschodzi raz na dzień" we wrześniu 1968 roku wszystko wydawało się możliwe. Krytyk nie wiedział jeszcze, że ta Haratycka – od imienia głównego bohatera – czy też "heretycka ballada", jak określił ją jeden z dziennikarzy, niedługo potem zostanie na lata odłożona na półkę. Film wszedł ostatecznie na ekrany dopiero w 1972 roku, już po zmianie politycznej i dojściu do władzy Edwarda Gierka, ale jego wyświetlanie zostało ograniczone jedynie do kin studyjnych i DKF-ów.
"Słońce wschodzi raz na dzień" jest efektem współpracy reżysera Henryka Kluby, scenarzysty Wiesława Dymnego oraz wybitnego operatora Wiesława Zdorta, rozpoczętej już przy filmie "Chudy i inni" (1967). Ich pierwszy wspólny projekt oparty na opowiadaniu Dymnego, choć uhonorowany Nagrodą im. Andrzeja Munka przyznawaną za najlepszy start reżyserski absolwentom Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej, w maju 1967 roku został wygwizdany przez publiczność na festiwalu w Pesaro. W przeciwieństwie do "Chudego…", który określany był produkcyjniakiem, drugi film Kluby i Dymnego z całą siłą stawiał w centrum konflikt społeczno-polityczny. Akcja rozgrywa się tuż po II wojnie światowej, a czas rewolucji społecznej i brutalny proces wprowadzania nowego porządku pokazywany jest z perspektywy wiejskiej społeczności. "Jest to rzecz o budowie socjalizmu w Polsce" – jak podsumowywał krótko zamysł filmu reżyser w wywiadzie z Bożeną Janicką dla "Kina" z 1967 roku.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kadr z filmu "Słońce wschodzi raz na dzień", reżyseria: Henryk Kluba, 1967, fot. archiwum Filmu/Forum
Obrazek
slonce_wschodzi_raz_na_dzien_forum-0429088304.jpg
Uwagę publiczności zwracała szczególna estetyka filmu, odwołująca się do malarstwa naiwnego i perspektywy rzędowej, a miejscami inspirowana również obrazami Bruegla o tematyce chłopskiej. Film łączy ze sobą dwa porządki doświadczenia, które czasami mieszają się ze sobą, a innym razem opowiadane są paralelnie dzięki wykorzystaniu różnych zabiegów formalnych: wieloplanowości (poprzez poziomą dwudzielność kadru), montażu równoległego czy skrótów narracyjnych. Z jednej strony mamy precyzyjnie zdefiniowany czas historyczny i określone miejsce akcji – podbeskidzką wieś Odkrzas zimą 1945 roku. Z drugiej strony nieokreślony czas mityczny, którym rządzą obrzędy ludowe polskiej wsi. Komentatorem wydarzeń jest tu chór góralski z Istebnej, jak z "antycznej tragedii wystawionej w teatrze historii najnowszej" – pisał w podniosłym tonie jeden z dziennikarzy "Sztandaru Ludu". W tej perspektywie realny konflikt społeczny nabiera wymiaru tragicznego i tym samym abstrakcyjnego, rozgrywając się między człowiekiem a Historią, rozumianą jako nieuchronna konieczność.
Postacią centralną ogniskującą akcję filmu jest charyzmatyczny przywódca ludowy Haratyk (Franciszek Pieczka), w którego wsi pewnego dnia pojawiają się przedstawiciele Armii Ludowej. Przynoszą ze sobą Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i tym samym zapowiadają ustanowienie władzy ludu, rysując przed społecznością wizję radykalnych przeobrażeń społecznych, w tym własnościowych, w efekcie których lasy i ziemia staną się własnością chłopów. Pomysł współpracy z nową władzą poprzez narzucone instytucje Rady Chłopskiej i sołtysa spotyka się jednak z lodowatym przyjęciem wsi. Wraz z założeniem lokalnej szkoły i pracami nad powstaniem cegielni konflikt stopniowo narasta. Nasilają się też naciski nowej władzy, niezdolnej do kontrolowania działań chłopów, którzy socjalistyczne idee własności interpretują na własny użytek. Oddolna budowa tartaku zaczyna się zresztą od wyprawy na Ziemie Odzyskane po niezbędny sprzęt, co tym samym wprowadza jeszcze inne wątki związane z radykalnymi przemianami powojennej własności. Budynek ozdobiony zostaje następnie szyldem głoszącym: "Własność ludu", nie pozostawiając wątpliwości, do kogo należy tartak i kto ma do niego prawo. Ostatecznie władza siłą przełamuje opór uosabiany przez Haratyka. Dopiero po odsiadce i wyrażonej samokrytyce bohater może zostać ponownie przyjęty do społeczności.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Franciszek Pieczka w filmie "Słońce wschodzi raz na dzień", reżyseria: Henryk Kluba, 1967, fot. archiwum Filmu/Forum
Obrazek
slonce_wschodzi_raz_na_dzien_forum-0429088334.jpg
Film dobrze wpisywał się w ówczesny "nurt ludyczno-folklorystyczny" i z tego powodu często porównywany był do twórczości Kazimierza Kutza i jego poetyckich ballad osadzonych w kulturze Górnego Śląska czy filmów Siergieja Paradżanowa wykorzystujących folklor Huculszczyzny i Kaukazu. Dymny i Kluba inspirowali się tradycyjną kulturą góralską, odwołując się nie tyle do historii regionu, ile właśnie do folkloru i zbójnickich legend o Ondraszku i Janosiku walczących w obronie uciskanych chłopów przeciwko władzy i posiadaczom. W wykreowaniu postaci Haratyka pomogły zresztą powszechne i podtrzymywane przez samych górali wyobrażenia o góralskości na temat wyjątkowości ich kultury regionalnej, a także ich silnego i niezależnego charakteru ukształtowanego przez warunki geograficzne i historyczne. W popularnych wyobrażeniach górale wiedli życie twarde, ale swobodne i odrębne, wspierane przez ich przywiązanie do wolności, nadprzeciętną przedsiębiorczość, wytrwałość oraz porywczy charakter.
Co ciekawe, pomimo silnych dążeń do zachowania odrębności kulturowej górali w ramach polskiego społeczeństwa Kluba upierał się, że Haratyk to "typowo polski bohater". Ważną rolę odgrywała tu z pewnością kwestia pochodzenia i samoidentyfikacji. Jeśli Kazimierz Kutz chciał oddać szczególne doświadczenia Ślązaków, którzy wiele poświęcili, by zostać uznanymi za Polaków, a jego filmy miały doprowadzić "do powstania artystycznej mitologii Śląska, nobilitującej kulturalnie ten region", jak sam reżyser mówił o "Soli ziemi czarnej" (1970), to Kluba doszukiwał się uniwersalności góralskiego charakteru. "Jeśli poszukuje się specyficznie polskich cech osobowości, to najłatwiej je chyba znaleźć na góralszczyźnie – górale to tacy szczególnie zintensyfikowani Polacy" – mówił w przywoływanym już wywiadzie.
Pierwotne zakończenie filmu, w którym po ponad 15 latach więzienia Haratyk wraca do swojej wsi złamany przez system – obojętny na rzeczywistość, zmęczony i postarzały – musiało robić spore wrażenie. Kluba w wywiadzie z Markiem Hendrykowskim mówił o nim w ten sposób:
Text
Najpierw zaniepokoiło ono Stanisława Wohla [kierownika artystycznego Zespołu Filmowego "Syrena" w latach 1961–1968], który był naszym kibicem i opiekunem. Po projekcji powtarzał tylko: "Rany boskie, rany boskie". Siedziałem obok niego i było mi bardzo przykro, że tak to odbierał, ale on miał widocznie bardziej wyostrzony podgląd, słuch na te sprawy.
Zaproponowany na przedpremierowej projekcji wariant finału szybko wyeliminowano, bo na kolaudacji ministerialnej film miał już inne zakończenie. Jak podsumowywał po latach Rafał Marszałek:
Text
Film mógł się ukazać na ekranach tylko pod warunkiem, że koncept legalności państwowej zatriumfuje nad ideą samorodnej aktywności społecznej. Pod tym kątem reżyser musiał trzykrotnie zmieniać zakończenie. W końcu – ratując Haratyka, a gubiąc artyzm dzieła – włożył w usta swojego bohatera słowa: "Może po złej stronie walczyłem".
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kadr z filmu "Słońce wschodzi raz na dzień", reżyseria: Henryk Kluba, 1967, fot. archiwum Filmu/Forum
Obrazek
slonce_wschodzi_raz_na_dzien_forum-0429088342.jpg
Po premierze filmu w 1972 roku komentatorzy skupiali się w dużym stopniu na konflikcie władzy z chłopską społecznością, który miał wynikać nie tyle z jakichś gruntownych sprzeczności interesów, ale "z odmiennego sposobu widzenia dróg do tego samego celu". Haratyk w końcu zaczyna identyfikować się z ideami nowej władzy i budować socjalizm. Problem w tym, że chociaż "przeczuł ich słuszność", to "treść pojęć pozostała [dla niego] tajemnicą", jak starał się wyjaśnić czytelniczkom "Sztandaru Ludu" Edward Kutermankiewicz. Haratyk zwyczajnie "nie może pojąć hasła »własność ludu«", chociaż sam ozdabia tym szyldem tartak. W dyskursie miejskiej elity świadomość klasowa mas chłopskich miała się dopiero budzić, ale byli oni jeszcze niezdolni do zrozumienia zachodzących zmian. W wielu wypowiedziach pobrzmiewał paternalistyczny i w gruncie rzeczy klasistowski ton, wskazujący na anachroniczność i reakcyjność polskiej wsi.
W inny sposób pisał w 1972 roku Krzysztof Mętrak, nawiązując do spóźnionej premiery filmu: "Nic a nic się nie zestarzał, przeciwnie – nabrał nowych, niespodziewanych znaczeń, co świadczy, że jest filmem otwartym, mogącym wchłaniać w siebie inne sceny i nowe układy odniesień". Najlepszy komentarz do tych słów stanowić może wyemitowanie przez publiczną telewizję "Słońca…" we wtorkowy wieczór 12 września 1989, tuż po słynnym exposé premiera Tadeusza Mazowieckiego, który formułował przejście z socjalizmu państwowego do państwa demokratycznego. "Nie wiem, czy układający program telewizyjny świadomie dobrał ten film, w każdym razie to zestawienie odebrałem jako bardzo celne i wymowne. Kiedyś już w kinie oglądałem obraz Kluby, ale w innym kontekście politycznym kraju nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak teraz" – zauważał niezwykły zbieg okoliczności (czy też dobre wyczucie chwili pracowników telewizji) Edward Pochroń. Szczególną wymowę filmu w tamtym momencie historycznym widział w roli społeczeństwa, rozumieniu samorządności i pracy dla wspólnego dobra, a także krytyce mechanizmów funkcjonowania władzy oraz potrzeby jej decentralizacji na rzecz lokalnych, "autentycznych przywódców".
"Słońce wschodzi raz na dzień" powraca również w dyskusjach o dziedzictwie chłopskim w ramach "zwrotu ludowego" w humanistyce i literaturze ostatnich lat. Film pozytywnie ukazujący oddolną i niezależną samoorganizację chłopską pozwala w innym świetle zobaczyć historie relacji wsi i państwa czy szerzej: władzy. Działania społeczności, chociaż pozornie zgadzają się z socjalistycznymi ideami modernizacji wsi, uznane zostają za "anachroniczne w zderzeniu z epoką, z którą przyszło mu [Haratykowi] się zmierzyć". Krnąbrna mentalność chłopska nie po raz pierwszy uznana zostaje za problem, który należy rozwiązać. Historia oporu beskidzkiej społeczności i jej walki o wiejskie dobra wspólne ukazuje możliwość innej historii, odmienne potencjalne ścieżki rozwoju i nieodkryte możliwości. W tej perspektywie słowa Henryka Kluby – który z goryczą wspominał, że "widz, który dziś ogląda »Słońce…«, tego nie wie, ale ja wiem, ile zostało zepsutych dialogów, jak zafałszowana została idea" – wybrzmiewają jeszcze mocniej.
"Słońce wschodzi raz na dzień". Reżyseria: Henryk Kluba. Scenariusz: Wiesław Dymny. Zdjęcia: Wiesław Zdort. Montaż: Mirosława Garlicka-Jaworska. Scenografia: Jarosław Świtoniak. Kostiumy: Jolanta Komorowska. Muzyka: Zygmunt Konieczny. Obsada: Franciszek Pieczka, Ryszard Filipski, Stanisław Gronkowski, Teresa Kamińska, Marian Kociniak. Premiera: 04.04.1972.