W realiach polskiego kina lat 70. było to niemal niewykonalne. Twórcy nie dysponowali bowiem najnowszym sprzętem, a techniczne ograniczenia zmuszały ich do kreatywności. Dość wspomnieć o taśmie ORWO, na której zapisywano kolejne ujęcia, a która nie dawała możliwości sprawnego operowania kolorem. Aby ekranowy świat uzyskał właściwe barwy, Sobociński korzystał z folii do pakowania cukierków zamawianej hurtowo w jednej z nieodległych fabryk. Operator malował światłem, tworząc w ten sposób spójną plastyczną wizję filmu. W "Sanatorium…" tonacje kolorystyczne zmieniały się wraz z trwaniem filmu, w kolejnych sekwencjach coraz bardziej siniejąc – zielonkawy kolor późniejszych scen przywoływać miał skojarzenie ze śmiercią.
Kreatywność ekipy operatorskiej dowodzonej przez Sobocińskiego sprawiała, że na planie "Sanatorium…" nie było rzeczy niemożliwych. Na potrzeby zdjęć operator stworzył na przykład specjalną ścianę lamp złożoną z 22 żarówek, a ekipa miała do dyspozycji dziesięć takich zestawów. Gdy pewnego dnia użyto kilku z nich, przeciążona została sieć energetyczna, a okoliczni mieszkańcy zostali odcięci od prądu. Dodatkowych trudności nastręczała praca ze zwierzętami, które licznie gościły na planie. Na potrzeby filmu z wrocławskiego zoo za 30 tysięcy złotych sprowadzono kondora, który jednak na planie kulił się, nie chcąc zaprezentować przed kamerą swojej majestatycznej sylwetki, a gdy został nastraszony przez jednego z członków ekipy, próbował odlecieć, unosząc nieco w górę zarówno drewniany wóz, jak i… zaprzężone do niego konie.
Ze szczególnymi wyzwaniami zmierzyli się także scenografowie "Sanatorium…" pracujący pod kierownictwem Jerzego Skarżyńskiego, stałego współpracownika reżysera. Na potrzeby filmu w dawnym kamieniołomie na krakowskich Skałkach Twardowskiego stworzyli oni filmowe miasteczko inspirowane Drohobyczem, rodzinnymi miastem pisarza. Budowaniem miasteczka zajmowały się dwie ekipy, a także wspomagający je pluton wojska. Dzięki ich wysiłkom na ekranie narodził się mikrokosmos prowincjonalnego miasteczka z usytuowaną w centralnym miejscu cerkwią, straganami handlarzy, z żydowskimi karczmami i barokowym "bałaganem" przedmiotów i rekwizytów.
Filmowe sanatorium doktora Gotarda, do którego przybywa bohater grany przez Jana Nowickiego, znaleziono natomiast w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornej. Wcieliła się w nie willa "Zagłobin" z początku XX wieku, której bryła łączyła w sobie wpływy zupełnie różnych architektonicznych tradycji: od renesansu po secesję. Obok budynku na potrzeby filmu stworzono także żydowski cmentarz, jedną z kluczowych lokacji finałowych sekwencji.
Groteskowy folklor Hasa