Lektura "Pustego lasu" Moniki Sznajderman nasuwa na myśl koncepcję św. Augustyna zawartą w jego "Wyznaniach". Otóż w nieobjętych przestworzach niebiańskich, jakimi dysponuje Stworzyciel i Pan Wszechświata, posiada On rodzaj rezerwuaru, w którym pomieścił wszystkie czasy: przeszły, teraźniejszy i przyszły. W zależności od potrzeb, może nimi dowolnie dyrygować – i tyle w koniecznym skrócie.
Podobnie czasoprzestrzenna wydaje się narracja "Pustego lasu". Z książki dowiadujemy się o Wołowcu z przyległościami, szczególnym miejscu na ziemi, gdzie bogaty w wydarzenia czas przeszły współwystępuje obok cichej, niespiesznej teraźniejszości, rzutując także we wciąż nieznaną jeszcze przyszłość. Kolejnym bohaterem tej opowieści, obok czasu, jest tytułowa dzisiejsza pustka.
Cisza, spokój, wymarzone miejsce dla każdego, kto chce się odciąć od zgiełku świata. Jednak na wsi (w przeciwieństwie do miasta) "ziemia atakuje otwarcie", toteż stałą formą bytowania jest "krzątactwo".
Jest wczesny wieczór, nad Bartnem wisi pomarańczowe słońce, na dole w wiosce powoli gasną dźwięki i gaśnie życie, tylko nasze psy niespokojnie biegają wzdłuż płotu, poszczekują. Sarnia rodzina, niewiele sobie z tego robiąc, pasie się na wzgórzu powyżej domu – zgrabne sylwetki na tle ciemniejącego nieba. Potem oddala się niespiesznie w podskokach, białe tyłki migają wśród traw. Jakiś czas temu sądownie i nie bez przeszkód wyłączyliśmy naszą łąkę z terenu obwodu łowieckiego, odgrodziliśmy niewidzialnymi granicami i myśliwi nie mają tu już wstępu. Sarny, lisy, zające jakby to wiedziały – mieszkają w kępach głogu i tarniny, w krzakach dzikiej róży, wśród jesionów i sosen samosiejek, koło domu wieczorami szczeka kozioł.
Rzec można sielanka, jakby na przekór wcześniejszemu szalonemu tempu dynamicznego rozwoju regionu obfitującego w "czarne złoto", jak na przełomie XIX i XX wieku nazywano przerabiany na naftę olej skalny. Godzi się wspomnieć, że zasoby tego geologicznie interesującego terytorium prawie stulecie wcześniej w pracy "O ziemiorództwie Karpatów" opisywał Stanisław Staszic. Obszar ów, ciągnący się od Gorlic aż do opiewanego przez Brunona Schulza w "Sklepach cynamonowych" Drohobycza i Borysławia, pełnię swoich możliwości ujawnił wraz z prężnym rozwojem przemysłu wydobywczego i przetwórczego ropy naftowej, do czego asumpt dał Ignacy Łukasiewicz wynalazkiem lampy naftowej.
Powstawały kopalnie, destylarnie, fabryki, pojawiły się pierwsze fortuny. Tymczasem mieszkańcy Wołowca z pokolenia w pokolenie pędzili w miarę spokojne, dostatnie życie, niekiedy jednak gwałtownie przerywane, np. przez przetaczające się pogromy Żydów, jak podczas chłopskiej rebelii w 1898 roku lub dalece bardziej namacalnie przez wybuch I wojny światowej. Wtedy to przed cesarsko-królewską komisją wojskową przyszło im, branym w rekruty, bodaj po raz pierwszy w życiu, wyraźnie określić swoją przynależność etniczną i religijną, co po kolejnych dwóch dekadach – w latach drugiej wojny oraz w efekcie pojałtańskich uzgodnień – przybrało dalece drastyczniejsze skutki i rozmiary.
Okrojony południowo-wschodni kraniec Polski w jej obecnych granicach przeżyje tragedie na niespotykaną dotąd skalę. Zacznie z nagła ubywać odwiecznych mieszkańców tych ziem, wywożonych i mordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych i sowieckich gułagach. Do tego stopnia, że wkrótce słowami wiersza "Litania bieszczadzka" Tadeusza Śliwiaka przyjdzie nam wyrazić niebotyczne zdumienie: "gdzie podzieli się wszyscy, że tak cicho po nich…".
Monice Sznajderan udała się rzecz rzadko spotykana. Podążając śladami niegdysiejszych mieszkańców okolicznych wiosek, z kronikarskim zacięciem wertowała ocalałe księgi metrykalne bóżnic czy parafii: grekokatolickich, prawosławnych i katolickich, żeby odnotować zapisane tam – od zamierzchłych czasów, po najnowsze – nazwiska niegdysiejszych sąsiadów. Odwiedzała także lokalne cmentarze i spisywała personalia z ledwo widocznych, wypłukanych przez deszcze i śniegi napisów na nielicznych ocalałych macewach czy kamiennych płytach nagrobków.
Najpierw zniknęli oczywiście Żydzi. Bo Żydzi mają to do siebie, że zawsze znikają pierwsi. I to jeszcze mają do siebie, że znikają całkowicie, bez śladu. Nie pozostaje po nich nic, odrobina popiołu może, no ale gdzie go szukać? I co by nam ten popiół powiedział o człowieku, z którego powstał, który mu dał początek?
Taka systematyczność w ocalaniu przeszłości od zapomnienia budzi podziw i szacunek. Jej opowieść "Pusty las" przybiera przez to historyczno-reporterskiego charakteru, choć zarazem utrzymuje refleksyjny elegijny klimat, w intensywności przeżyć pokrewny choćby poematowi "Umarli ze Spoon River" Edgara Lee Mastersa czy też dramatowi "Nasze miasto" Thorntona Wildera lub też, żeby sięgnąć znacznie bliżej, filmowi o wspaniałej przeszłości huculskich bohaterów – "Cienie zapomnianych przodków" Siergieja Paradżanowa. Pisarka oddała zatem swoim piórem hołd miejscowym ludziom przez wieki wrosłym w pejzaż Beskidu Niskiego – "odwicznym", jak o sobie zwykli mawiać, choć deklarowali się także jako "Rusini", "Rusnacy", "Łemkowie", bo "tutejsza tożsamość" to skomplikowana sprawa.
Mogę tu mieszkać, bo ich wszystkich nie ma. Wyjechali. Zostawili po sobie pustkę, a w niej wspomnienia i porzucone rzeczy, zostawili krajobraz, który przez lata tworzyli. A przecież to oni zawsze tu żyli, nie ja. […] To do nich, Smerekaniczów i Barnów, Hutyriaków i Sydoriaków, przez ponad czterysta lat należała moja wieś. Jestem w niej późnym gościem, przybyszem z daleka, przywożącym walizki i kufry i urządzającym się po swojemu wśród powidoków, na pozostałościach po minionym, i nieoczekiwanie dla siebie w geście nagle uświadomionej wdzięczności, zobowiązanym do tego, by "uganiać się niezmiennie za cieniami z bolesną świadomością niemożności odtworzenia umarłego świata w jego całości, nawet z pomocą nie wiadomo jak penetrujących i odsłaniających źródeł". Posłużyłam się słowami brytyjskiego historyka Simona Schamy, zajmującego się między innymi właśnie pamięcią i krajobrazem, bo żadne inne lepiej nie oddałyby tego, co czuję – spóźniony gość w cudzym świecie, przybysz z daleka urządzający się na nieswoim.
W miejscu, pod którego "cienką skórą aż bulgoce i kipi historia", autorka "Pustego lasu" czci wszystkich od dawna tu nieobecnych, choć szczególnie upomina się o pamięć o prawowitych mieszkańcach tych ziem, czyli Łemkach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zapragnęła jej także i Łemkowszczyzna (mniej liczni chcieli przyłączenia do Rosji lub Czechosłowacji, a najmniejsza grupa – do Ukrainy). Kiedy polska władza okrzepła, odpowiedziała na te aspiracje pacyfikacjami wsi, aresztowaniami i powołaniami do wojska, a "Michała Koskę, jednego z działaczy Rusińskiej Narodowej Republiki Łemków, domagających się plebiscytu w sprawie niepodległości, torturowano tak długo, aż zmarł".
Ostatecznie Łemków unicestwiono w połowie lat 40., najpierw zarządzonymi przez Stalina deportacjami w głąb Związku Radzieckiego (z końcem 1946 roku w powiecie gorlickim pozostały po nich 2662 gospodarstwa zajmujące obszar 17,5 tys. ha), a później niemniej skandaliczną polityczną decyzją ludowej władzy (osławiona akcja "Wisła"). Jako pretekst posłużyła rzekoma współpraca Łemków z bandami UPA, przez co zaczęły się prześladowania, tortury, a w końcu transporty odcinające ich od ojczystych korzeni. Rozproszeni po całym kraju zmuszeni zostali do wegetacji na obcych im terenach, skąd przez kilkanaście lat (poluzowało dopiero po przemianach Października '56) nie mogli nawet zbliżyć się do ziemi przodków i ich grobów.
Wykarczowanie, zniszczenie, całkowite unicestwienie ukraińskiej historii, kultury i języka, a w dalszej perspektywie przymusowa asymilacja. Z moich sąsiadów chciano po prostu zrobić dobrych Polaków i dlatego [niektórzy] historycy nazywają ich ofiarami etnobójstwa, cywilizacyjnego barbarzyństwa.
Dziś ich w swoich dawnych matecznikach nie ma, podobnie nie ma grekokatolików, Cyganów, Żydów: "Ani jednego. No, może oprócz mnie" – dopowiada Monika Sznajderman. "Moi sąsiedzi. Gdzie oni są?". Zachowały się powojenne urzędowe pisma o majątkach "opuszczonych – pożydowskich".
W pewnym momencie dłuższego wywodu o losach ofiar Zagłady, wywożonych do Treblinki, Bełżca lub Sobiboru, autorka mityguje samą siebie: "nie mówmy o tym więcej. Gdy wymienimy ich zbyt wielu […] staniemy się nudni, przestaną nas słuchać, stracimy szansę na współczucie. Powiedzą, że się powtarzamy, stajemy nadto drobiazgowi".
Ale jak tu jednak nie mówić o losach zdradzanych i podstępnie mordowanych, których szczątki skrywają np. lasy Magury Małastowskiej. Tam, gdzie "spacerujemy, zimą jeździmy na nartach. A wokół kładzie się cień i gdy jest cicho, słychać jakieś głosy od spodu". Takie krajobrazy Martin Pollack nazwał kiedyś "skażonymi".
Stan obecny gwarnego i ludnego niegdyś Wołowca i okolicznych wsi można opisać np. tak, jak wynika z reporterskiej obserwacji autorki "Pustego lasu": "Jedyny bar od dawna nieczynny, jedyny sklep zamknięty, ostatni pijaczkowie schronili się w domach, gdzie cierpliwie czekają z obiadem żony i kochanki, po zmierzchu nikt nie chodzi tu drogą. Jest cicho, słychać tylko psy. Latarnie gasną o jedenastej, w pustce i ciemnościach łatwiej przywołać tych, których nie ma, a jednak w jakiś sposób są".