W przyklasztornej kuchni dla ubogich udało się wdowie po Wińczu znaleźć pracę świeckiej szafarki, tam też nasłuchała się od zakonnic opowieści o ich klauzurowym życiu. Zwolniona z pracy na skutek pomówień, szukając dla siebie jakiegokolwiek miejsca na ziemi, choćby żebraczki, spostrzegła, że do ludzkich serc najłatwiej trafić opowieściami o ciężkim zakonnym życiu. Ich wersje przeznaczone dla Polaków stopniowo obrastały opisami nieludzkich szykan, jakie miały spotykać zarówno ją, jak i podległe jej siostrzyczki w carskiej Rosji – zarówno od prawosławnych hierarchów, jak i urzędników czy żandarmów.
Skąd ja tam miałam wiedzieć, w Wilnie dalekim, w Lubczu, w Kobyliniku, w Madziołach, brnąca przez slapoć w mężowskim szynelu i baszmakach dziurawych, że tu na mnie czekają, że nikogo tak nie wyglądają jak starej bazylianki bliznowatej, którą Moskale obili i której każda blizna na wagę złota? Że do ich werku pasuję jak zgubione kółeczko, które zegarmistrzowi wypadło z mechanizmu i gdzieś daleko, pod kantorkiem, w śmiecince leży? Niczego tak im nie nie było trzeba jak męczennicy: raz, że Polka, dwa, że męczona, trzy, że kobita, cztery, że w zakonnej sukni, katolickiej nawet jeśli i unickiej przy tym… a może raz, że w sukni zakonnej, dwa, że męczona, trzy, że Polka? Wszystko naraz, pospołu, broń idealna, bicz na Moskala z samego cierpienia i świętości ukręcony!
Matka Makryna pasowała do romantycznych wyobrażeń: niewinna ofiara, cierpiętnica za wiarę, symbol oporu wobec carskiego bezprawia. Jej historia stała się głośna na zachodzie Europy dzięki zaangażowaniu wielu znakomitych umysłów tamtej epoki. Do Paryża i Rzymu trafiła z listami polecającymi od generała Dezyderego Chłapowskiego, arcybiskupa poznańsko-gnieźnieńskiego Leona Przyłuskiego oraz ks. Jana Koźmiana.
Jej protektorem i opiekunem był ksiądz Aleksander Jełowicki, nazywany ojczyńką, który umiejętnie tłumaczył prostacki język polski rzekomej ksieni na wyrafinowaną francuszczyznę czy stylowy włoski. Czasami dodając od siebie triumfalnie: "Oto triumf polski przez męczeństwo!". Do niewykształconej, mocno stąpającej po ziemi i ciężko doświadczonej przez los kobiety takie hasła raczej nie przemawiały.
Nie wiedziałam, czy uchodzi, całkiem więc habitu nie zadzierałam, blizn na nogach nie dawałam do porachowania, tak tylko, boczkiem, kawałeczkiem. "Siedm lat – krzyknął papież – siedm lat męczeństwa! […] Szczęśliwa jesteś, że masz znaki męki, którą przeżyłaś dla Tego, co dał się za nas umęczyć". Kiwnęłam głową, choć większe szczęście sobie wyobrażałam niż nogi pokancerowane, niż dziura w głowie polanem przez Wińcza wybita, trochę z tym szczęściem Pan Jezus przesadził, chętnie bym całe to szczęście oddała za złamanego bajoka [baiocco, drobna moneta w Państwie Kościelnym].
Wiarygodność oszustki ugruntowało "cudowne" uzdrowienie: francuski misjonarz ks. Blanpin po wspólnej z nią modlitwie odzyskał stracony po chorobie głos. Próbowała odwieść Adama Mickiewicza od duchowych miazmatów towiańszczyzny, niestety bezskutecznie, ale przynajmniej zmusiła go do spowiedzi u ojczyńki Jełowickiego, za którym wieszcz nie przepadał (z wzajemnością). Matce Makrynie – wciąż bez ślubów zakonnych – udało się uzyskać godność przełożonej nowego klasztoru w Rzymie – o regule bazyliańskiej, choć z nabożeństwami odprawianymi zgodnie z obrządkiem katolickim, po łacinie.
Jacek Dehnel z detektywistycznym zacięciem odsłania przed czytelnikiem kolejne zagadki. Okazuje się więc, że ta, która podawała się za polską szlachciankę Mieczysławską, Wińczową po mężu, była najpierw Jutką z wielodzietnej żydowskiej rodziny. W dzieciństwie zajęły się nią siostry zakonne i wyedukowały na pannę do posług, odtąd noszącą imię Julka. Posługującą w dworku Julkę carski oficer Wińcz upatrzył sobie na żonę. Podczas ślubu w cerkwi w Wilnie przyjęła imię Irina. Matką Makryną Mieczysławską została już z własnego nadania.
Dehnel po mistrzowsku wczuł się w język epoki i tego, co sam dopisał do ówczesnych świadectw, nie sposób od nich odróżnić. I choć unika ocen, najwyraźniej czuje dla swojej bohaterki rodzaj podziwu. Prosta kobieta, która umiała powetować sobie lata upokorzeń – innych wprawdzie niż opisywała, choć równie bolesnych – zasłużyła na powieść, którą się dobrze czyta.
Jacek Dehnel
"Matka Makryna"
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014
seria: Archipelagi
wymiary: 123 x 195 mm
oprawa: twarda
liczba stron: 400
ISBN: 978-83-280-0928-8