Długowłosy szeryf (Dawid Ogrodnik) przemierza pustynię w poszukiwaniu człowieka, za którym wystawiono list gończy (Piotr Głowacki). Spotyka tam grupę robotników, którzy pod nadzorem chińskiego szefa montują szyb naftowy. Tak zaczyna się opowieść Macieja Bochniaka o Polsce okresu transformacji i discopolowym szaleństwie tamtego czasu.
Polska nie przypomina tu jednak samej siebie - jest raczej karykaturą Ameryki znanej z popularnych filmów. Bochniak zabiera widzów w podróż przez świat Dzikiego Zachodu i do świetlistego Las Vegas, by opowiedzieć o zbiorowej pogoni Polaków za "amerykańskim snem". Ich przewodnikiem jest Tomek (Ogrodnik), młody chłopak z prowincji, który wraz z kolegą-muzykiem (Głowacki) próbuje wspiąć się na szczyt discopolowej hierarchii.
Disco Polo - zwiastun from Culture.pl on Vimeo.
Bochniak nie wyśmiewa się z ich marzeń o sławie i bogactwie, nie patrzy na swych bohaterów z inteligenckim poczuciem wyższości (co zdarzyło się choćby Robertowi Glińskiemu w "Kochaj i rób co chcesz"). Jego film to próba zrozumienia i opisania muzycznego fenomenu disco polo – muzyki, której dwadzieścia lat temu słuchały miliony Polaków, a która dziś przeżywa drugą młodość. Dotychczas polskie kino fabularne zdawało się jej nie dostrzegać. Bochniak nie tylko ją dostrzega, ale próbuje zrozumieć, z czego wynika jej popularność.
Opowieść o dzikich latach 90-tych ubiera w konwencję baśni, w której nie obowiązują zasady prawdopodobieństwa, a bohaterowie są raczej reprezentantami wartości niż postaciami z krwi i kości. Mamy więc złego króla (Tomasz Kot jako producent muzyczny) i jego dziewczynę (Joanna Kulig), która zakochuje się w skromnym grajku, a także ojca - kolejarza o szczerym sercu, i ekscentryczną babcię.
U Bochniaka gatunkowy kostium jest czymś w rodzaju filmowego wytrychu - pozwala przechodzić pomiędzy kolejnymi wątkami bez troski o ich spójność i przyczynowo-skutkową logikę. Tu każde uproszczenie można wybaczyć - nawet wtedy, gdy bohater grany przez Dawida Ogrodnika w jednej scenie przeżywa artystyczny bunt i kłóci się z przyjaciółmi, w drugiej już swój błąd rozumie, a w trzeciej go naprawia.
Sięgając po konwencję groteskowej baśni, Bochniak zdejmuje ze swego filmu socjologiczny ciężar. Jeśli ktoś się spodziewał, że film Bochniaka będzie dla disco polo tym, czym dla polskiego hip-hopu było "Jesteś Bogiem" Leszka Dawida, ten srogo się rozczaruje. Młody reżyser nie zagląda pod podszewkę discopolowej mody i nie próbuje wyjaśniać kulturowych przemian tamtego okresu. Grubą kreską kreśli karykaturalno-sentymentalny obraz muzyki, która jak żadna inna odzwierciedlała "buraczano-pszenną" tożsamość Polaków.
"Disco Polo" to komedia eklektyczna i niespójna, choć momentami zabawna. Można odnieść wrażenie, że twórcy świetnie bawili się podczas realizacji. Grepsy dominują tu nad wątłą fabularną nicią, a film toczy się od jednej do drugiej dowcipnej scenki. Dawid Ogrodnik kreśli ironiczny portret pucybuta z marzeniami, Tomasz Kot rzuca mięchem i z wdziękiem obnosi twarz wąsatego dorobkiewicza, a Piotr Głowacki, choć także pozwala sobie na komediowe szarże, tworzy na ekranie najbardziej krwistą postać, wcielając się w utalentowanego muzyka, który głowę ma chmurach, ale twardo stąpa po ziemi.