Czego nie zrobił w toczonej po francusku rozmowie, to zrekompensował sobie w późniejszym o kilka lat eseju. W "Rodzinnej Europie" ochoczo wszedł w rolę historiografa, nie mając złudzeń, że czytelnik zachodni posiada nikłe pojęcie o dziejach wschodnich rubieży kontynentu. Nie chodzi tu jednak, przynajmniej do pewnego czasu, o Polskę. Miłosz urodził się w 1911 roku w Szetejniach nad Niewiażą, położonych na północ od Kowna, w pobliżu radziwiłłowskich Kiejdan i wśród wiosek, w których Kmicic poznawał i porywał był Oleńkę. Opowiada historię Wielkiego Księstwa Litewskiego, od końca XIV wieku związanego z Koroną Polską. Nie była to tylko przeszłość, bo "w otoczeniu, w którym rosłem, problem unii był często przedmiotem rozmów i wzbudzał gwałtowne kontrowersje", zaznacza autor.
Moja rodzina uprawiała kult odrębności – niby odrębności szkockiej, walijskiej czy bretońskiej. Wielkie Księstwo Litewskie było "lepsze", Polska była "gorsza", bo co poczęłaby bez nas, bez naszych królów, naszych poetów i polityków? W tej lokalnej dumie, bardzo w naszym zakątku rozpowszechnionej, przechowywały się resztki wspomnień o dawno minionej chwale. Polacy "stamtąd" tj. z etnicznego centrum, mieli opinię płytkich, niepoważnych a przy tym oszustów (koszta ponosił tutaj taki właśnie ów krewny antysemita, zanadto warszawski, zostając dla mnie symbolem "Polaka"). Cnotę określano jako odwrotność ich słomianego ognia, czyli jako upór i wytrwałość.
Miłosz wielokrotnie podkreśla, że wychował się w starym miejscu na ziemi, które starymi żyło sprawami. Nie naruszyła tego I wojna światowa ani rewolucja bolszewicka, które narrator przeżył z rodzicami w Rosji. Po powrocie nad Niewiażę wszystko było jak dawniej.
Rytm życia, taki sam jak od wieków, wyznaczały święta katolickie, uroczyste procesje, prace rolnicze i obrzędy chrześcijańsko-pogańskiej magii. Po słabych stosunkowo wstrząsach – jednym z nich była reforma rolna, dotykająca większych właścicieli – ten rytm utrzymał się aż do II wojny światowej. Wchodziłem w oszałamiającą zieleń, w chóry ptaków, w sady uginające się od owoców, w czarodziejstwo rodzinnej rzeki, tak niepodobnej do nieograniczonych niczym, posępnych rzek wschodniej równiny. Do dzisiaj jestem wdzięczny dziewczętom, które zadawały sobie wiele trudu, żeby splatać girlandy z liści i kwiatów służące do ozdoby kościoła.