W opowieści o dziewczynie (Raffey Cassidy) należącej do tajemniczej sekty znajdziemy ślady znakomitej "Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii" Roberta Eggersa, "Bone Tomahawk" S. Craiga Zahlera oraz "Uciekaj" Jordana Peelego, a więc filmów, które w ostatnich latach znacząco przedefiniowały myślenie o horrorze jako kinie społecznym. W "Córce boga" próżno natomiast szukać ich energii i intelektualnej przewrotności.
Szumowska sięga po efektowny kostium feministycznego horroru, ale przykrywa nim historię co najwyżej anegdotyczną, fabularnie cieniutką i pełną uproszczeń. W "Córce boga" groza jest raczej deklarowana niż rzeczywista. Przeczuwamy ją, ale nie doświadczamy jej ani na chwilę.
Nośnikiem lęku są tu głównie zdjęcia Michała Englerta, który fotografuje filmowe plenery, pokazując ich majestatyczne piękno, odrealnienie i grozę. Kamieniste wzgórza Irlandii i lasy pełne malowniczo powykrzywianych drzew budują atmosferę osaczenia i zagrożenia. Ale efektowne plenery oraz nastrojowe zdjęcia Michała Englerta zostają osierocone na polu walki o przerażenie widza.
Szumowskiej nie udaje się bowiem zbudowanie pełnokrwistej historii, w której moglibyśmy identyfikować się z jej młodą bohaterką. Opowiadając o młodej dziewczynie, która wchodzi w dorosłość i uczy się rozróżniania prawdy od fałszu, Szumowska tak mocno skupia się na wymowie swego filmu, że zapomina o jego fabularnych mieliznach. "Córka boga" grzęźnie przez to w nudzie i uproszczeniach. Kiedy zaś Szumowska sięga po klasyczne środki znane z kina grozy (efektowne jump-cuty czy szybkie szwenki kamery), jej film zbliża się do autoparodii.