Kiedy wróciła łączność internetowa, zaczęły napływać straszliwe świadectwa przemocy i tortur, jakich doświadczali pokojowo nastawieni obywatele z rąk funkcjonariuszy OMON-u w komendach milicji i w areszcie na ulicy Akreścina w Mińsku. Wielu ludzi złapano przypadkowo, daleko od miejsc protestów. Lekarze opowiadali anonimowo o obrażeniach od gumowych kul, którymi strzelano do bezbronnych ludzi. Również z innych białoruskich miast dochodziły wieści o rannych i pobitych. W wyniku działań milicji w całym kraju zginęło co najmniej pięć osób.
Pierwsze, co miałam ochotę zrobić, kiedy to usłyszałam, to pójść pod pomnik Holokaustu przy stacji kolejowej Bronnaja Hara, gdzie mieszkałam latem. W latach 1942-1943 rozstrzelano tu ponad 50 tys. cywilów, głównie Żydów z okolicznych miejscowości.
W 1944 roku podczas odwrotu naziści wykopali wszystkie ciała i spalili je, a popiół rozsypali w lesie. Zabili też ludzi, których zmusili do rozkopania grobów, a następnie wszystkich mieszkańców wioski Bronna Góra.
"Pamięci 50 000 obywateli narodowości żydowskiej ze Związku Radzieckiego i zachodniej Europy”, inskrypcja na pomniku w Bronnej Górze, fot. Wikimedia Commons
Dopiero niedawno po raz pierwszy przeczytałam koszmarne szczegóły zbrodni w Bronnej - równolegle z relacjami świadków tortur z 9-12 sierpnia. Wstrząsnęła mną zbieżność opisów. Ludzie upychani w samochodach jak śledzie w beczce, białoruski OMON układający ludzi - jak naziści w Bronnej - warstwami jedni na drugich…
„Faszyści”, „kaci”, „gestapo” - te słowa od miesiąca nie schodzą z ust Białorusinów. Retoryka świętej wojny ojczyźnianej - od dwudziestu lat stanowiąca fundament ideologii państwowej Łukaszenki - ostatecznie się skompromitowała.
Kiedy dyktator wydał rozkaz torturowania ludzi, sam zwrócił przeciwko sobie potężny czołg T-34.
I jeszcze jedno skojarzenie ze współczesnością, które mi przyszło do głowy, kiedy czytałam o tragedii w Bronnej Górze: świadkowie pragnęli zapamiętać dla potomnych całe to bestialstwo, imiona morderców i katów. Jedno z nazwisk esesmanów, dowodzących zbrodnią w Bronnej, brzmi słowiańsko: Zawadzki.
Większość tych, którzy biją ludzi na Akreścina, to Białorusini. Dlaczego w kraju, który przeżył masowe zbrodnie nazizmu i stalinizmu, coś podobnego omal nie powtórzyło się w XXI wieku - i to bez interwencji z zewnątrz, tylko z inicjatywy przywódcy, porównującego przecież kraj do ukochanej kobiety? To już temat na oddzielny tekst. A może i na kilka tekstów. A teraz jeszcze nieco o słowach. Kilka lat temu pomagałam rodzinie amerykańskich Żydów, których przodkowie w 1920 roku wyjechali z Kopyla, odnaleźć rodzinne groby. Wszystkie poszukiwania prowadziły do pomników Holokaustu. Amerykanie zadali mi pytanie: dlaczego „więźniowie” są we wszystkich angielskich tekstach tłumaczeni jako „prisoners”. Przecież jeżeli człowiek siedzi w więzieniu, to jest przestępcą. A czy ci ludzie byli czemuś winni?
I wtedy pomyślałam, że kiedy tłumaczymy białoruskiego czy rosyjskiego „więźnia”, mamy na myśli tylko tyle, że kogoś związano i uwięziono. To, że człowiek może siedzieć w więzieniu nie tylko za przestępstwo, jest wpisane w nasze postrzeganie świata.
Co tu można dodać poza: „za wolność naszą i waszą”. Zmieniajmy świat i jego postrzeganie.
Autorka: Maria Martysiewicz, tłumaczenie: Siergiej Kowalow