Nasz wybór ogranicza się do wspomnień sensu stricto, z pominięciem literackiej fikcji, czyli nie uwzględnia wielu wciąż popularnych młodzieżowych powieści Adama Bahdaja czy Edmunda Niziurskiego. Spora część atrybutów stanowiących dawne wyposażenie szkoły odeszła już do lamusa, jak atrament i kałamarze, zastąpione przez poręczniejsze długopisy i klawiatury urządzeń elektronicznych. A zamiast ślęczenia nad kaligrafią mamy dziś lekcje informatyki.
Jako uczeń XIII LO w Krakowie szczególnie zapamiętałem jeden z uczniowskich żartów. Nie był on wymierzony wprost w nauczycieli, bo bardziej… w nas samych. Ciasne kabiny toalet dla panów służyły nam jako wdzięczny teren do bicia rekordów tłoku.
Zaczęliśmy od poupychanych niby sardynki w puszce 14 ciał, żeby w końcu dojść, bodajże, do 18. Z racji postury przypadł mi w udziale zaszczyt bycia kabinowym wsadem, podczas gdy klasowi siłacze zajmowali się dociskaniem drzwi – i na tej to czynności zastał ich raz dyrektor szkoły. Nam, bezpiecznie schowanym w kabinie, trudno było zbyt długo powstrzymywać oddech, toteż klamka zapadła, drzwi stanęły otworem, a dyrektor zmuszony był kilkanaście razy odpowiadać na nasze "dzień dobry".
Tak kończą się niewczesne żarty. Zapewne jednak przemyślność wychowanków poddawanych edukacji dopisze jeszcze całkiem nowe rozdziały do wciąż otwartej księgi szkolnych praktyk nieposkromionej uczniowskiej fantazji.
Wiktor Gomulicki, "Wspomnienia niebieskiego mundurka"
Wiktor Gomulicki, przed 1905, fot. Wikimedia Commons
Bohaterem powieści jest Witold Sprężycki, szkolny prymus, wkrótce jednak zdetronizowany przez klasowego donosiciela. Jako wytrawny dyplomata odważnie stawał w obronie swojego czy też grupowego zdania przed obliczami srogich pedagogów. Wraz z kolegami nie stronił też od czynnego udziału w figlach, do jakich należała np. świetnie przeprowadzona akcja wypuszczania w klasie chrabąszczy, zawsze w momencie przechodzenia nauczycieli do przepytywania uczniów.
Nauczyciel przerażony chwyta się za kark, za łysinę, maca po plecach, szyi, głowie.
– Sprężycki, kochanku – prosi wreszcie – zdejmij no ze mnie to paskudztwo.
Sprężycki wychodzi z ławki i pod pozorem zdjęcia jednego chrabąszcza, przyczepia ich do nauczyciela dziesięć.
Po całkowicie rozmontowanej dyscyplinie podczas lekcji łaciny, przyszła pora na geografię:
Prymus idzie do pieca, na palce się wspina – ale chrabąszcz lata pod sufitem. W ławkach słychać półgłośne uwagi.
– Złapie... Nie złapie... Właśnie, że złapie... Właśnie, że nie złapie...
Sprężycki przy katedrze milczy – udaje, że czeka na koniec tej wyprawy. Nagle odzywa się brzęk w przeciwnej stronie klasy. Odwracają się tam natychmiast wszystkie głowy – też same co poprzednio głosy krzyczą alarmująco: – Ooo!... Drugi chrabąszcz! Znów brzęk, znów krzyki: – Ooo!... Trzeci!... Czwarty!... Piąty... Niebawem całe stado chrabąszczów buja po klasie. Huk taki jakby grano na organach.
Wiktor Gomulicki, "Wspomnienia niebieskiego mundurka", fot. Polona.pl
Scenariusz sprawdził się podczas następnych lekcji. Niemiec, wykładowca języka swoich przodków, polecał uczniowi: "wirzuć za drzwi ten robak!". Sprężycki oponuje: "To nie robak, panie prosorze, to – chrabąszcz!", ale opór nie słabnie: "– Krabonsz jest robak!". Uczeń argumentuje, że robaki i owady to zupełnie odrębne gatunki. Belfer nie ustępuje: "Gadaj wiersz!". Zdziwiony Sprężycki wchodzi z nim w polemikę: "sroki i papugi gadają; człowiek mówi". Armia chrabąszczy nadal atakuje, opędzający się od nich nauczyciel przewraca kałamarz, atrament czarną strugą płynie po dzienniku szkolnym: "Chłopcy wybiegają z ławek na pomoc, przy czym potrącany przez nich olbrzymi kałamarz coraz obfitsze strugi wylewa ze swej bezdennej czeluści".
Po interwencji stróża, bezskutecznie rozmazującego ślady po atramencie, przyszła kolej na lekcję kaligrafii. Pedagog "każe uczniom przepisywać w kajetach zdanie ze »Wzorów« Oleszczyńskiego: »Honor jest jak przepaścista skała«... Zaledwie ten i ów wypisał w kajecie ozdobne H, rozlegają się krzyki". Niestety, znowu zawiniły uparte owady: "Kilku, potem kilkunastu, chłopców wtyka nauczycielowi pod nos kajety, na których chrabąszcze umaczanymi w atramencie łapkami porysowały różne hieroglify". Uczniowie wraz z kaligrafem aż do dzwonka wypędzali przez okna latający przybytek.
Cel sprzysiężenia osiągnięty: nie odbyła się normalnie ani jedna lekcja, pomimo ogólnego nieprzygotowania się ani jeden nie dostał "pałki" – nic też na przyszłą lekcję nie zadano.
Sprężycki to literackie odbicie autora Wiktora Gomulickiego. "Wspomnienia niebieskiego mundurka" stanowią bowiem autentyczną kronikę szkolnych lat autora. Zdaniem jego syna, varsavianisty Juliusza Wiktora Gomulickiego, książka ojca nie jest powieściowym zmyśleniem – człowiek wtajemniczony "każde miejsce może ściśle określić, każdą osobę nazwać po imieniu i każde ważniejsze wydarzenie wyjaśnić i uzupełnić". Jak pisał Wiktor Gomulicki:
Jest to już fatalnością pedagogów, że każdy z nich posiada w obejściu się coś niezwykłego, ekscentrycznego, co go od ludzi normalnych odróżnia. Tę oryginalność uczniowie umieją zawsze z błyskawiczną szybkością dostrzec i zapamiętać. Z niej też czynią broń przeciw nauczycielom nielubianym.
Proza inspirowana przeżyciami pisarza, kiedy był uczniem tzw. progimnazjum w Pułtusku – od klasy pierwszej (1858/1859) do ostatniej (1863/1864) – eksponuje jaśniejszą stronę ówczesnego życia szkolnej społeczności. Druga strona, "ciemniejsza, ale równocześnie wspanialsza", została skwitowana wymownym milczeniem. Dwa prawie w całości opuszczone lata szkolne wiążą się bowiem z wydarzeniami powstania styczniowego, co ze względu na carską cenzurę musiało w chwili pierwodruku powieści (1905 – na łamach warszawskiego "Przyjaciela Dzieci"; 1906 – wydanie kieszonkowe) pozostać w sferze znaczących niedopowiedzeń.
Henryk Ciecierski, "Pamiętniki"
Henryk Ciecierski, "Pamiętniki", okładka
Bez tego typu niedopowiedzeń o latach nauki w poznańskim gimnazjum pisał natomiast Henryk Ciecierski z Bacik (1864–1933) – podlaski ziemianin, podróżnik, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. Wnuk po kądzieli Henryka Rzewuskiego, który w temperaturze swoich wspomnień bynajmniej nie ustępował autorowi "Pamiątek Soplicy". W swoich "Pamiętnikach" Ciecierski, opisał m.in. przejścia z pruskim drylem i przemocą, forsowaną przez niemieckich pedagogów. Mógł sobie pozwolić na pełną szczerość, gdyż swoimi wspomnieniami dzielił się już długo po czasie.
"Dawaj łapę!" albo "Pfote her!" – brzmiał groźny rozkaz z katedry. […] Profesor chwytał za końce palców i walił z rozmachem przez dłoń, aż sine na niej wyskakiwały pręgi lub też, bez przytrzymywania, bił przez palce z widoczną przyjemnością i smakiem. Zdarzali się tacy złośliwi spryciarze, którzy rękę trzymającego ich za końce palców kata chwytali i w momencie spadania trzciny, niby z przerażenia, obie ręce, tj. swoją i bijącego, ku sobie szarpali. Wówczas profesor boleśnie po własnej obrywał łapie.
Ofiarą uczniowskich żartów padali nie tylko napływowi nauczyciele, ale także ci lubiani, starający się w miarę możliwości zaszczepiać w wychowankach tradycyjne polskie wartości. Jednak żywioł młodości bywa nieprzewidywalny i potrafi wykorzystać każdą nauczycielską słabostkę:
Figle uprawialiśmy rozmaite. Np. stary profesor Wituski lubił wymyślać niesfornym i leniom. Łysy był jak kolano, nosił perukę i spacerując podczas lekcji po klasie, zawsze prawie zatrzymywał się przed tablicą, a stanąwszy do niej tyłem, opierał o nią głowę. Kiedyś przed jego lekcją wysmarowano tablicę mocną gumą arabską. Profesor Wituski oparł, jak zwykle głowę o tablicę, ale gdy chciał od niej odejść… stój, bracie! Tum cię czekał!… Włosy trzymają się tablicy i peruka zjeżdża łepetyny, odkrywając księżyc w pełni. Przerażony, maca za sobą tablicę, palce lepią się paskudnie.
Nauczyciel zmuszony był wyprosić wszystkich z klasy na korytarz, żeby uporać się z peruką i przyodziewkiem. Po udzielonej uczniom reprymendzie dalsza część lekcji potoczyła się już zwykłym trybem. Wybryk poszedł w niepamięć, bo poszkodowany "sprawie łeb ukręcił, by się przed kolegami nie ośmieszać".
"Figiel był łajdacki, bo profesor Wituski był zacnym i porządnym pedagogiem, jednym z niewielu pozostałych nam profesorów Polaków" – oceniał później autor "Pamiętników". Zupełnie inaczej rzecz się miała w stosunku do prób zastraszania i systemowego upokarzania młodzieży przez sadystycznych belfrów niemieckich. Policzek wymierzony przez pruskiego edukatora spotkał się z ripostą gimnazjalisty Ciecierskiego, który przy drugim podejściu Niemca, odepchnął go silnie i wygrażając mu ściśniętą pięścią, krzyknął: "Probieren Sie noch einmal!" ["Proszę jeszcze raz spróbować!"].
Sprawa miała długofalowe konsekwencje, głównie z powodu kłamliwych oświadczeń "poszkodowanego" belfra, który przed pośpiesznie wezwaną radą pedagogiczną przedstawił własną wersję wydarzeń.
– To nieprawda! Cała klasa zaświadczy, że pan mówi nieprawdę. A […] policzek u nas jest największą hańbą.
– Co to znaczy "u nas"? – podchwycił skwapliwie dyrektor. – Czy to u twego narodu, czy może u twej rodziny? – wypytywał z sarkazmem.
Po chwili milczenia rzekłem smętnie: u wszystkich porządnych ludzi…
Na to całe, dotąd milczące, grono profesorskie głośnym wybuchnęło śmiechem.
Ze względu na młody wiek ucznia wyrok w jego sprawie okazał się (z pruskiego punktu widzenia) łagodny: areszt albo wydalenie. Decyzji w tej sprawie oczekiwano od ojca wychowanka, który w odpowiedzi wystosował list: "Panie Dyrektorze! W pańskim zakładzie, w którym uczniowie są barbarzyńsko poniewierani, nie chcę zostawiać mego syna ani minuty dłużej". Podpis.
Krótko i węzłowato. Dalszą edukację autor książki odbywał już poza zaborem pruskim, częściowo za granicą. "Pamiętniki" Henryka Ciecierskiego – w redaktorskim opracowaniu jego córki i wnuczki – ukazały się w krakowskim wydawnictwie Arcana w 2016 roku.
Kornel Makuszyński, "Bezgrzeszne lata"
Kornel Makuszyński, rep. FoKa / Forum
W siódmym rozdziale powieści "Bezgrzeszne lata" Kornela Makuszyńskiego (1925), o jakże obiecującym tytule "Sztuka podpowiadania", można znaleźć wskazówki, co zrobić w przypadku wyrwania do odpowiedzi akurat wtedy, gdy się jest nieprzygotowanym. Najpierw trzeba udać, że się nie dosłyszało nazwiska, przez co zyskuje się kilka bezcennych sekund koniecznych do mobilizacji podpowiadającego. Kiedy profesor wywołuje powtórnie, klasa winna zrobić niewielki rumor, niby to w celu zwrócenia uwagi wywoływanemu koledze.
Jego reakcja powinna być gwałtowna, co warto podkreślić upadkiem z ławki np. książki. Jej podniesienie przynosi w darze następne sekundy. Jeśli pytanie jest trudne, trzeba udać matoła i powtarzając je, pomylić sens po to, żeby ci je postawiono po raz drugi.
Z radosnym okrzykiem: "aha! już rozumiem!" trzeba się uśmiechnąć, co niby ma znaczyć, że ci pan profesor uczynił nadzwyczajną, nigdy nie oczekiwaną przyjemność, stawiając ci to pytanie, niesamowicie trudne; dajesz tym uśmiechem do poznania, że na nie wybornie odpowiesz. […] Podpowiadacz albo sam umie odpowiedzieć na pytanie, albo już otwarł książkę w odpowiednim miejscu i tak ją ustawił, że patrząc wprost w twarz profesora, możesz jakąś niesłychaną ekwilibrystyczną sztuką oka rzecz odczytać, albo gdzieś z szóstej ławy do trzeciej, gdzie ty stoisz właśnie na mękach, przypłynęła szeptem szybkim fala mądrości.
Jeśli nauczyciel, zamiast siedzieć za katedrą, zaczyna się włóczyć po całej klasie, to w takim przypadku inicjatywę przejmują solidarnie wszyscy koledzy. Daty pokażą ci na palcach, nazwiska ktoś ci podpowie – bezgłośnie, tak jak głuchoniemy – ty zaś musisz je odczytać z układu ust. Można też w prosty sposób odwrócić uwagę perypatetyka – ktoś za plecami pedagoga powinien rąbnąć w plecy sąsiada, żeby zagrzmiało, na co poszkodowany naturalnie zareaguje nagłym wrzaskiem. Dziewięciu na dziesięciu przepytujących podąży do apogeum awantury, co powinno dostarczyć ci czasu do nabycia mądrości zadowalającej nauczyciela.
Można też zręcznie cisnąć drobnym przedmiotem w szybę. Wtedy najbliżej siedzący okna powinni do niego jak najszybciej dobiec, czyniąc stosowne zamieszanie przy jego otwieraniu. Pedagog z pewnością odwróci głowę, aby ujrzeć, co się dzieje.
– Co się stało? – pyta on.
– To nic, proszę pana profesora – to widocznie wróbel…
Inny sposób również polega na igraszce ze słuchem – w newralgicznym momencie ktoś ulokowany najbliżej drzwi stuka palcem w ławkę. Raz, potem drugi, trzeci. Ktoś się zrywa, otwiera drzwi. Nauczyciel popatrzy w tamtą stronę.
– No i któż tam? – pyta profesor. Wierny przyjaciel wychodzi na korytarz, przez chwilę go nie ma, a kiedy wraca, mówi zdumiony: – Nikogo nie ma… – Więc któż pukał?
– To widocznie ci z czwartej klasy, oni nam zawsze robią takie hece.
Wszyscy wydają cichy okrzyk zgrozy, że ktoś nam śmie przeszkadzać w gorączce tak uwielbianej nauki, że nie chcielibyśmy uronić z niej ani chwilki. Kolejne sposoby efektywnej pomocy dla słabiej przygotowanych, to wypisywanie potrzebnych wiadomości ołówkiem np. na wiszącej tuż przy tablicy mapie. Całkiem bezczelny sposób to umieszczanie np. wzorów chemicznych czy dat kredą na tablicy, w taki sposób, żeby udawały znaki algebraiczne pozostałe po poprzedniej lekcji, choć istnieje ryzyko, że pedantyczny edukator sam zmaże tablicę, lub poprosi o to dyżurnego.
Miałem kolegę, najmilszego chłopca – słowo daję, że dziś jest specjalistą od radio! – który skonstruował przedziwne, magiczne lusterko i tak je jakoś naświetlał, że położone na nim malutkie, z papieru wycięte litery padały olbrzymim cieniem na ścianę, tuż za katedrą profesorską. Do dat historycznych szczególnie był to instrument niezrównany! Wiele zresztą innych oddało ono przysług znamienitych; ponieważ jednak chytrość ludzka odkryje w końcu najlepiej zamaskowaną baterię, odkryto i to zaczarowane lusterko.
Zdarzają się jednak stare wygi nauczycielskie czułe na najgenialniejsze uczniowskie sztuczki. I cóż wtedy pozostaje? Chyba tylko dura necessitas [twarda konieczność] przykładnej nauki, co każdemu uczniowi zawsze wychodzi na lepsze.
Emil Zegadłowicz, "Zmory"
Emil Zegadłowicz w swoim mieszkaniu, Gorzeń Górny, woj. krakowskie, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
"Zmory" Emila Zegadłowicza po raz pierwszy zostały wydane w 1935 roku, wzbudzając niezwykłe poruszenie. Zarzucano autorowi, że w fałszywym świetle przedstawia system szkolny sprzed I wojny światowej w zaborze austriackim, jak też predylekcję do nazbyt śmiałych scen erotycznych, co stało się pretekstem do skonfiskowania przez prokuraturę krakowską drugiego wydania książki. Ataki ze strony prasy prawicowej na pisarza o dotąd umiarkowanych poglądach z dnia na dzień z uczyniły z niego antyklerykała o lewicowych sympatiach.
Gimnazjum w Wołkowicach (wzorowane na Wadowicach) dokąd uczęszczał główny bohater, Mikołaj Srebrempisany okazało się przytuliskiem dla zidiociałych, sadystycznych nauczycieli, leczących własne kompleksy poprzez psychiczne i fizyczne dręczenie wychowanków. Skoro każda samodzielna myśl wrażliwego dziecka była w nim bezwzględnie tępiona, ulubieńcem uczniów stał się nowy nauczyciel fizyki Chwostek, oryginał o lewicowych poglądach. Wśród młodych ludzi zapanowała wręcz moda na idee socjalistyczne, atrakcyjne przez posmak zakazanego owocu.
Profesor Chwostek wprowadził w życie swój własny system pedagogiczny. Każdy uczeń mógł mu zadać dowolne pytanie. Powstał nawet "klub encyklopedystów", zgłaszający mu celowo wolnomyślicielskie pytania, niekiedy nawet na granicy ryzyka: "jeśli papież jest nieomylny, to dlaczego kazał spalić dzieło Kopernika?"; "czy pan bóg może być na tyle wszechmogący, żeby mógł nie istnieć, gdyby chciał?"; "czy pan bóg był już obrzezany, a jeśli, kto go obrzezał i gdzie w tej chwili znajduje się obrzezek?"; "z kim synowie Adama mieli dzieci – czy z siostrami?"; "czy Ewę też pan bóg stworzył na obraz i podobieństwo swoje? – byłżeby dwupłciowy?" etc.
Na niektóre z pytań odpowiadał profesor Chwostek w klasie coram publico – na inne udzielał odpowiedzi w domu przy drzwiach zamkniętych. Zaznaczyć należy, że nie zrażał się najwymyślniejszymi pytaniami – na wszystko miał replikę prostą i jasną. Wnet też wszystkim, i każdemu z osobna, i w ogóle wiadomym było, że profesor Socjał zebrał sobie z klas, w których uczył, pakę chłopców, że ich zapraszał do siebie, tzn. do bocznej alkówki w karczmie "na Granicy" i tam przy piwie (sam pił wódkę) godzinami z nimi rozmawiał, rozprawiał i dyskutował.
Dotarły te konszachty do uszu władz wyższych. Rozpoczęte śledztwo wykazało przeraźliwe rzeczy: bluźnierstwo, bezbożnictwo, obrazę majestatu itp. okropności. Kilku uczniów klas wyższych pożegnało się z dalszą edukacją.
Któregoś ranka kres plotkom i rewolucji położył sam Chwostek, karnie usunięty z grona nauczycielskiego. Po przepitej z robotnikami nocy znaleziono go w "gabinecie naturalnym" szkoły – powiesił się na pasku. Na tablicy obok wzoru "x = ∞" i hasła: "Niech żyje PPS", widniała ostatnia wola zmarłego: "Całujcie mnie wszyscy w dupę razem z waszą radą szkolną i operetkowym cesarzem".
Koniec nauki w gimnazjum wołkowickim w uczniowskich dyskusjach zarysowuje coraz wyraźniejsze różnice poglądów politycznych. Mikołaj z kolegami przekracza próg dorosłego życia.
Z powodu naturalistycznych opisów pierwszych doświadczeń seksualnych bohatera "Zmory" Emila Zegadłowicza ukazały się w wersji ocenzurowanej. Pierwsze pełne wydanie powieści opublikowano dopiero w 1957 roku. Dzieło to – pozostające przykładem młodzieńczego buntu przeciwko tłamszeniu indywidualności przez totalitarny system polityczny i służące uniformizacji metody wychowawcze – należy do autobiograficznego cyklu „Żywot Mikołaja Srebrempisanego”.
Po wydaniu tej powieści, w której zostały przedstawione Wadowice sprzed I wojny światowej Rada Miejska w 1936 roku odebrała Zegadłowiczowi przyznane mu trzy lata wcześniej honorowe obywatelstwo miasta, jak też ulicy jego imienia przywróciła poprzednią nazwę (Tatrzańska).
Andrzej Chciuk, "Atlantyda"
Andrzej Chciuk, lata 60. XX wieku, fot. Wikimedia Commons
"Zdaliśmy właśnie maturę i świat leżał u naszych stóp" – tak rozpoczyna się pierwszy rozdział "Atlantydy" Andrzeja Chciuka (1920–1978). Obok Brunona Schulza i Kazimierza Wierzyńskiego był najsłynniejszym drohobyczaninem parającym się piórem. Prozaik, poeta, dziennikarz, felietonista, jeden z dopiero odkrywanych w Polsce pisarzy emigracyjnych, który po wojennych perypetiach ostatecznie osiadł w Australii.
W 1970 roku jego książka "Atlantyda. Opowieść o Wielkim Księstwie Bałaku" zdobyła pierwsze miejsce w dorocznym konkursie londyńskich "Wiadomości". Uznano ją za "najwybitniejszą książkę pisarza polskiego pochodzenia wydaną na emigracji w 1969 roku". Bałak to miejska gwara lwowska – promieniująca na całą resztę wschodniogalicyjskich regionalizmów językowych – ze swoją charakterystyczną śpiewnością oraz podkreśloną gdzieniegdzie batiarską akcentacją.
Znaczący krok ku dorosłości nie przekreślił uczniowskiej fantazji grupki przyjaciół, wśród których znalazł się niejaki Jerzyk, śmiertelnie (wówczas) zakochany w Wali, oblanej właśnie przy maturze przez dyrektora Piotrowicza. Powstało sprzysiężenie obiecujące jej pomszczenie, bowiem takiej "zniewagi, jak spalenie Wali, nie można było puścić płazem". Rada w radę przyjęto pomysł autora "Atlantydy" – zapożyczony zresztą z powieści z życia studentów "Maturanci" Józefa Bieniasza (1933).
Jeden ze sprzysiężonych wrócił wkrótce z Przemyśla z pokaźną paczką.
– Tłumaczyłem im – wyjaśniał – że rodzina […] straciła głowę, dlatego ja się tym zajmuję, krewny, nagliłem ich, ma być największy format, jaki istnieje, dyrektor gimnazjum nie może mieć byle jakiego plakatu.
Pośmiertne plakaty wyglądały rzeczywiście imponująco. Tłuste czarne ramy, tłusty lśniący druk, nieskazitelny welin, wspaniały estetyczny krzyż z jakąś gałęzią palmy na czarno, dobrane kroje czcionki. […] Było w tej klepsydrze wszystko jak trzeba. Było tam i "zaopatrzony Świętymi Sakramentami", i "po krótkiej a ciężkiej chorobie", i "z domu żałoby" i "o czym zawiadamia nieutulona w żalu rodzina". Rodzina – oczywiście – rozstrzelonym drukiem.
Andrzej Chciuk, "Atlantyda", okładka
Rozklejanie 300 klepsydr spiskowcy zaczęli od budynku Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza, gdzie Piotrowicz był dyrektorem. Oplakatowali następnie wszelkie szkoły, żeby w końcu znaleźć się przed własną. "Każdy, kto zna uroczo prowincjonalny i śmieszny w swej poczciwości Drohobycz, wie, iż państwowe męskie Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły znajduje się w pobliżu starostwa i policji: ilość posterunkowych na służbie w tej okolicy była niebezpieczna". Ale i tam się im powiodło, jak też przy budynku Komendy Policji Państwowej (o godzinie czwartej nad ranem wykorzystali chwilową lukę pomiędzy zmianami dwóch grup funkcjonariuszy) oraz przy pomniejszych urzędach i domu samego Piotrowicza.
Dopiero po dokonanym dziele przyszła refleksja, że nazwa "świadectwo dojrzałości" przypadło im chyba stanowczo na wyrost. Bo co będzie, "jak go szlag trafi ze zdenerwowania?" – pytali siebie samych. "Przynajmniej plakaty się przydadzą – Jerzyk był teraz makabrycznie sarkastyczny". Trzeba tylko będzie pochodzić z ołówkiem i poprawić datę – dodał i odwrócił wzrok, do oczu bowiem cisnęły mu się łzy.
– A sam Piotrowicz omal nie umarł na atak serca […]. Mył się i gimnastykował nago, bo on sokół, i wycierał ręcznikiem tors, gdy przez okna usłyszał biadolące kumy: "Ta mojaż pani, ta ja go dopiro wczoraj widziała, taki zdrów i taki chłop, a widziała pani, jak to mu przyszło, ta pomyślże ot, pani Szwabowiczowa, ta ja go dopiro wczoraj widziała, szedł w tym habiku, czerwony jak jabłko, a dziś leży zimny trup". Kobiety chlipały i pociągały nosem, a w rozmowie ciągle powracał moment nagłej i niespodziewanej śmierci. Piotrowicz zaintrygowany wychylił się przez okno półnagi i – przepraszając za brak koszuli – zapytał, kto to umarł. "Ta pan" wrzasnęły i rozbiegły się przerażone, ujrzawszy ducha i to jeszcze nago.
Matka autora, opowiadając o tym zdarzeniu w domu nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Mimo wszczęcia policyjnego śledztwa i przesłuchań na komendzie, spiskowcy nie puścili farby. Toteż niemałe było ich zdziwienie, kiedy dyrektor "Jagiełły" zawezwał całą paczkę przed swoje oblicze: "Maturę zdaliście, ale świadectw jeszcze wam nie wydałem. Mogę je wstrzymać" – grzmiał tak, że nawet jego sekretarz wyglądał na przestraszonego. Wpuścił spokorniałych młodzieńców do swojego gabinetu, po czym zamknął za nimi obite ceratową tapicerką drzwi i dopiero wtedy oddał się paroksyzmom śmiechu.
– Wiecie, o co Piotrowicz najbardziej się gniewa?
Milczeliśmy.
– Że napisaliście mu na klepsydrze: "Dyrektor Gimnazjum imienia Henryka Sienkiewicza", a on jest emerytowanym wi-zy-ta-to-rem i ten tytuł mu przysługuje. Zapamiętajcie, moje dzieci: nigdy nie wiadomo, o co ludzie się obrażają. Wi-zy-ta-to-rem! Wszystko przebaczył, ale nie to.
I zachęcająco podsunął papierośnicę: "Zapalcie panowie".