Dzisiaj – nie mówię już o osobistej perspektywie – samo pojęcie muzyki ulega potężnemu poszerzeniu. Podobnie ewoluuje definicja kompozytora. Pojawia się choćby figura producenta muzycznego – osoby, która generuje muzykę w czasie rzeczywistym. Nie jest to zatem kompozytor w tradycyjnym, ścisłym rozumieniu tego słowa.
Co oznacza dla mnie bycie kompozytorem? Uważam, że to umiejętność kierowania ludzkimi emocjami poprzez dźwięki, poprzez organizację tych dźwięków, harmonii i barw w czasie.
Czy sztuczna inteligencja potrafi to robić równie dobrze jak człowiek?
To jedno z najważniejszych pytań dzisiejszej sztuki. Obserwuję, jak algorytmy weryfikują twórców pozbawionych artystycznej samodzielności, a jednocześnie sprawiają, że rośnie wartość tego, co stworzone specjalnie „pod ciebie”. Dla kogo to zjawisko jest niebezpieczne? Dla tych, którzy tworząc muzykę, zawsze oglądali się na rynkowe trendy.
W ostatecznym rozrachunku sztuczna inteligencja potrafi zrobić to wszystko sto razy lepiej, pięćset razy taniej i milion razy szybciej. Zanim człowiek skomponuje piosenkę, napisze do niej tekst, opracuje aranżację, zbierze zespół, przeprowadzi próby, nagra to, potem ktoś to zmontuje, ktoś zrobi miks, wszystko odpowiednio połączy i wyda płytę… Dla sztucznej inteligencji to są dwie minuty. Dwie minuty. I brzmi to, w gruncie rzeczy, całkiem nieźle.
Tyle że jak dotąd, niezależnie od tego, ile słyszałem przykładów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, nic mnie nie przekonało, że potrafi ona stworzyć coś autorskiego, coś fundamentalnie oryginalnego.
Muzyka to dla mnie zjawisko, które nie zawsze rodzi się w bólach i ciężkiej pracy. Czasami to raczej kwestia jakiegoś olśnienia. Kiedy coś spływa na ciebie z góry, a ty sam zastanawiasz się: „Boże, jak to w ogóle wpadło mi do głowy? Jak ja to napisałem?”. To jakaś superwiedza, superskille, sam nie wiem. A może nawet nie tyle talent, ile specyficzne czucie materii, przeczucie, natchnienie. Albo po prostu – smak.
Choć przyznaję, że widzę w sztucznej inteligencji wiele pozytywów. Choćby w tak prozaicznej kwestii, jak praca w studiu nagraniowym, gdzie algorytm tnie ścieżki i oddziela jedne instrumenty od drugich. Jasne, człowiek też by to potrafił. Tyle że zajęłoby mu to pewnie setki godzin. A on robi to w minutę. To niewyobrażalnie ułatwia pracę. I to jest wspaniałe!
Z czym chciałby pan zostawić widza po obejrzeniu i usłyszeniu Matek Chersonia, niezależnie od tego, skąd pochodzi i jaka jest jego wiedza o Ukrainie?
Prawdę mówiąc, każda z osób zaangażowanych w ten projekt ma wobec tej opery mnóstwo najróżniejszych celów. Mój jest taki: chciałbym, żeby widzowie po wyjściu z teatru stali się odrobinę bardziej empatyczni, nieco bardziej świadomi. Żeby lepiej pojęli, jak kruchy jest nasz świat, jak wielkie znaczenie ma pielęgnowanie uczuć wobec tych, którzy są tuż obok, i jak mocno trzeba kochać życie, swoją ojczyznę, a także po prostu każdy kolejny przeżyty dzień.
I mam też nadzieję, że wszyscy będą czerpać zwyczajną przyjemność z samej muzyki. To tak prosta sprawa. Chcę, żeby ludziom podobało się to, co usłyszą, żeby dostrzegli w tym piękno i żeby to muzyczne piękno poruszyło w nich jakieś bardzo osobiste, intymne struny. Tak, żeby po wszystkim zapragnęli doświadczyć tych emocji ponownie.