Wojciech Tutaj: Gratuluję Ci nominacji do Oscara i do nagrody BAFTA – czy te sukcesy odbierasz bardziej jako ukoronowanie twojej artystycznej drogi czy potwierdzenie, że pracowitość, ambicja i pasja dają wymierne efekty?
Małgosia Turzańska: Bardzo dziękuję. Dalej nie rozumiem do końca, co się stało, emocje są tak duże. Świetnie się złożyło, że akurat w dniu ogłoszenia nominacji oscarowych byłam w moim rodzinnym mieście, Krakowie. Kino Pod Baranami zorganizowało specjalny pokaz Hamneta, na który zostałam zaproszona. Mogłam więc spędzić czas z rodziną, przyjaciółmi i osobami, których nie widziałam całe lata. Razem oblewaliśmy moją nominację.
Patrząc ze sceny na widownię, przez moment czułam się, jakbym już umarła: jakbym leżała w trumnie i obserwowała wszystkich ludzi stojących nad moim grobem. Bo jak inaczej określić sytuację, w której w tym samym miejscu i czasie zbierają się osoby z różnych etapów naszego życia? To było niesamowite, totalnie abstrakcyjne przeżycie. Jeśli chodzi o samą nominację, jestem z niej oczywiście bardzo zadowolona. Zawsze chciałam powalczyć o Oscara. Wydaje mi się jednak, że statuetkę odbierze Kate Hawley za kostiumy do Frankensteina, bo wykonała kapitalną pracę i w pełni na to zasłużyła. Ja spokojnie poczekam na następny film, ale traktuję nominację jako ogromne wyróżnienie.
Co sprawiło, że dołączyłaś do projektu Chloé Zhao?
Kilkukrotnie miałyśmy razem pracować, ale zawsze coś nie wypalało. Kiedy usłyszałam o realizacji Hamneta, skontaktowałam się z Mollye Asher, która była m.in. producentką oscarowego Nomadland i Pieśni braci moich. Ona przypomniała o mnie Chloé i mnie z nią połączyła. Wysłałam jej lookbook, czyli pierwszy, bardzo emocjonalny opis mojego odbioru książki Maggie O’Farrell, bo nie znałam jeszcze scenariusza. I wszystko się pomyślnie ułożyło. Widocznie Chloé zobaczyła w mojej wizji coś zbieżnego z jej wrażeniami.
Jaki model współpracy z reżyserem lub reżyserką jest dla ciebie najlepszy – spotkanie z wizjonerem, który trzyma pieczę nad wszystkim, pełna wolność po Twojej stronie czy partnerska wymiana i dialog?
Myślę, że zawsze trzecia opcja jest idealna. Tworzenie filmu to proces, w którym uczestniczą aktorzy, operator, reżyserka – wszyscy razem. Jeżeli ja jako kostiumografka wymyślam projekty, które okazują się zbyt odrębne, to znaczy, że coś nie działa. Kostiumy muszą być żywą materią zmieniającą się wraz z pomysłami innych filmowców.
Małgosia Turzańska pozuje do zdjęcia podczas specjalnego pokazu filmu „Hamnet” w Londynie, Wielka Brytania, 27 stycznia 2026, fot. Isabel Infantes/Reuters/Forum
Praca nad Hamnetem stała się naprawdę wyjątkowa, bo z dnia na dzień razem wzrastaliśmy. Wyglądało to prawie tak, jakbyśmy wspólnie gotowali coś, co nieustannie się zmieniało. Każda osoba z ekipy wykazywała się ogromnym zaangażowaniem i byliśmy w tej postawie zgodni – cały czas poszukiwaliśmy świeżych rozwiązań czy odkopywaliśmy nowe informacje. Zgodnie z tym przerabialiśmy świat przed kamerą. Współpraca oparta na ciągłej żywej komunikacji jest najcenniejsza.
Jestem na przykład strasznie zazdrosna o czas tzw. scoutingu, kiedy reżyserka, operator i scenografka razem z producentami jeżdżą w minivanie i szukają lokacji. Poznają się wtedy lepiej, uczą wzajemnej komunikacji – podczas gdy ja pracuję w studiu, szukam materiałów albo robię przymiarki. I nie biorę udziału w bardzo ciekawych dla mnie momentach, gdy ekipa orientuje się nie tylko w tym, co działa, ale widzi też, co może nie zadziałać. Zazdroszczę im tych informacji, dlatego zawsze proszę o zdjęcia i komentarze na gorąco, aby wiedzieć, co się dzieje. Kluczowe znaczenie ma dla mnie to, żebym była współtwórczynią sytuacji i miejsc widocznych na ekranie.
Odbierając Złoty Glob, Jessie Buckley powiedziała o Tomaszu Sternickim, który gotował zupę gulaszową na planie. Zwracała też uwagę, że opowieść o najsłynniejszym Angliku w historii stworzyła międzynarodowa ekipa złożona m.in. z chińskiej reżyserki, irlandzkich aktorów i filmowców z Polski. Praca nad filmem była rodzajem wspólnotowego doświadczenia? A jeśli tak, to czy to wrażenie podbijał fakt, że pierwszy raz pracowałaś z tyloma rodakami?
Nie wiem, czy wpływał na to akurat fakt, że w ekipie było dużo Polaków, bo to wyszło dopiero na etapie zdjęć. Wcześniej współpraca odbywała się głównie z szefami najważniejszych pionów realizacyjnych, czyli z autorem zdjęć Łukaszem Żalem, Australijką Fioną Crombie odpowiedzialną za production design, szkocką charakteryzatorką Nicole Stafford i oczywiście z Chloe Zhao, która ma chińskie pochodzenie. Nie można też zapomnieć o Jessie Buckley i Paulu Mescalu, którzy są Irlandczykami. Te osoby działały jeszcze przed wejściem na plan, polskie grono rozszerzyło się później. Ale to było naprawdę sympatyczne: między ujęciami mogłam sobie posłuchać polskich przekleństw i rozmów.
Zbudowanie wioski wzięło się natomiast stąd, że wszyscy, którymi Chloe się otoczyła, byli szczerze otwarci na uczucia. Ich praca wypływała bardziej z serca czy z klatki piersiowej niż z głowy. Sam scenariusz opowiada przytłaczającą emocjonalnie historię, co mocno na nas oddziaływało.
Królowa Camilla wraz z Małgosią Turzańską ogląda wystawę kostiumów stworzonych do filmu „Hamnet” podczas specjalnego pokazu filmu „Hamnet”, zorganizowanego przez Queen's Reading Room w hotelu The May Fair w Londynie, 27 stycznia 2026, fot. Chris Jackson/PA Images/Forum
Wiele osób, łącznie ze mną, mierzyło się w trakcie zdjęć z utratą bliskiej osoby. To, co działo się przed kamerą, przeżywaliśmy więc podwójnie. Opisywane doświadczenia bardzo nas połączyły – chyba nie miałam dotąd współpracy opartej na podobnej bliskości. Pomijając kontekst Hamneta, zawsze staram się jednak pracować ze znajomymi. Zwyczajnie to lubię, bo łatwiej porozumiewać się z ludźmi, których dobrze się zna. W tym konkretnym przypadku weszliśmy po prostu na zupełnie inny poziom komunikacji i współodczuwania. Wydaje mi się, że widzowie mogą poczuć energię, która była obecna przy tworzeniu filmu o Agnes, Willu i ich dzieciach.