Lepiej chyba nie mogło się zacząć. Najpierw w lutym Małgorzata Szumowska zgarnęła Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie za reżyserię "Body/Ciało", a kilka dni później Paweł Pawlikowski otrzymał Oscara za "Idę". Zachwycili dziennikarzy, ich filmy trafiły na światowe ekrany, zdobyły publiczność i liczne festiwalowe nagrody. Podczas gdy "Ida" zjeżdżała już z tournée, "Body/Ciało" ruszyło na podbój świata. Jego podróż wciąż nie dobiegła końca - jeszcze w grudniu 2015 roku film powalczy o Europejskie Nagrody Filmowe.
Obraz Szumowskiej był bezwzględnie najlepszą polską fabułą minionego roku. Ironiczna opowieść o życiu, śmierci, duszy, anoreksji i kinie Kieślowskiego zdobyła w Gdyni 4 nagrody, zostawiając rywali daleko w tyle. Konkurencja jednak była, i to nie byle jaka. Co prócz "Body/Ciało" warte jest zapamiętania?
Na pewno "Demon" tragicznie zmarłego Marcina Wrony – filmowa opowieść o rodzimej historii, o wypartej pamięci o zabitych w Holocauście i polskości rozpiętej między wiarą i sceptycyzmem.
Znakomity film nakręciła także Kinga Dębska – jej "Moje córki, krowy", historia sióstr mierzących się z chorobą i umieraniem rodziców, to obraz, za jakimi tęsknię w polskim kinie najbardziej – bezpretensjonalny, mądry, ale nie przemądrzały, wzruszający, ale nie sentymentalny. Przypomina "33 sceny z życia", ale jest od filmu Szumowskiej dużo cieplejszy.
Polacy rządzą światem… dokumentu
Na fabule świat się jednak nie kończy. Wprost przeciwnie – to dokument jest specjalnością rodzimej kinematografii. 2015 rok był dla niego dobrym czasem. W finałowej piątce filmów ubiegających się o Oscara dla najlepszego dokumentu krótkometrażowego znalazły się "Nasza klątwa" Tomasza Śliwińskiego i "Joanna" Anety Kopacz. Statuetki nie zdobyły, ale doczekały się znakomitych ocen krytyków i popularności, o którą trudno byłoby bez oscarowej nominacji.
Nie był to bynajmniej koniec międzynarodowych sukcesów polskiego dokumentu. Po latach heroicznej pracy Hanna Polak zaprezentowała widzom "Nadejdą lepsze czasy", opowieść o dziewczynce wychowującej się na moskiewskim wysypisku śmieci. Polak przez kilkanaście lat śledziła jej historię, a z zarejestrowanych fragmentów stworzyła pełną nadziei opowieść o wychodzeniu z piekła. "Nadejdą lepsze czasy" zdobyło nagrody na ponad 20 festiwalach, a branżowe media wymieniały go wśród najważniejszych dokumentów roku. W pełni zasłużenie.
Laury międzynarodowych festiwali zdobywały też inne polskie filmy: ascetycznie piękna "Casa Blanca" Aleksandry Maciuszek, "Mów mi Marianna" Karoliny Bielawskiej, "K2. Dotknąć nieba" Elizy Kubarskiej, a także "Punkt wyjścia" Michała Szcześniaka, który znalazł się na liście filmów ubiegających się o oscarową nominację.
Trudno powiedzieć, co jest dziś lepszym świadectwem siły rodzimego dokumentu – czy liczna reprezentacja na prestiżowych zagranicznych imprezach (wśród 7 dokumentów ubiegających się o nagrody Tygodnia Krytyki w Locarno aż 3 pochodziły z Polski), czy fakt, że wciąż powstają u nas takie obrazy, jak "Nadejdą lepsze czasy" czy wspaniali "Bracia" Wojciecha Staronia, filmy realizowane przez wiele lat, skromne i głęboko przemyślane. Dopóki w polskim dokumencie będą ludzie tak wrażliwi, mądrzy i ciekawi drugiego człowieka jak Hanna Polak czy Wojciech Staroń, o jego przyszłość nie musimy się martwić.
"Niesiemy dla was bombę" – czyli mocne debiuty
Co poza tym? Idzie młode. A właściwie biegnie. Reprezentanci młodego pokolenia nie proszą już o miejsce przy stole, ale wywalają drzwi z futrynami. Nie ma tu miejsca na kalkulacje i cackanie się z filmowymi schematami. Debiutanci znad Wisły idą pod prąd i urządzają sobie coraz to odważniejsze filmowe igraszki.
"Córki dancingu" – syreny na PRL-owskim dancingu
Choćby Agnieszka Smoczyńska, laureatka nagrody za najlepszy debiut 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni. Od czasu "Eukaliptusa" Marcina Krzyształowicza, westernu erotycznego sprzed ponad dekady, nie było w polskim kinie debiutu równie wariackiego. Bo Smoczyńska w "Córkach dancingu" opowiada historię dwóch nastoletnich syren, które pewnego dnia trafiają na warszawski dancing z lat 80-tych. Brzmi dziwnie? A to dopiero początek.
Czegóż to u Smoczyńskiej nie ma: jest musical, romans, kino gore, zreinterpretowane romantyczne ballady, jest kicz PRL-u i nostalgiczna opowieść o sile miłości. Stylistyczne bogactwo i nadmiar wątków z czasem rozsadzają od środka film Smoczyńskiej, ale nie zmienia to faktu, że jej "Córki…" to intrygująca deklaracja artystycznej niepodległości.
"Baby Bump" – osobność
To samo powiedzieć można o Kubie Czekaju, autorze filmu "Baby Bump". Zapowiadając Festiwal Filmowy w Gdyni, Michał Walkiewicz, redaktor naczelny Filmwebu, pisał o nim: "Autor dopiero debiutuje w pełnym metrażu, ale (…) zaryzykuję stwierdzenie, że peleton rodzimych filmowców będzie wkrótce oglądał jego plecy".
Nie ma w tych słowach cienia przesady. Bo Czekaj to artysta, który myśli kinem i nie zaciąga hamulca ręcznego swojej wyobraźni. Gdyby było inaczej, z pewnością nie mógłby opowiadać takich historii, jak z debiutanckiego "Baby Bump" – filmu o jedenastolatku, który sprzedaje własny mocz kolegom zagrożonym wpadką na teście narkotykowym, żeby zarobić na operację odstających uszu. Czekaj mówi o dojrzewaniu jako froncie walki o tożsamość, o dzieciństwie, dorosłości i mieszaniu się wyobraźni z rzeczywistością. Na kinową premierę "Baby Bump" musimy wprawdzie poczekać do 26 lutego 2016 roku, ale akurat na ten tytuł z pewnością nas nie zawiedzie.
"Noc Walpurgi" – arthouse’owy Tarantino
Do najciekawszych debiutów minionego roku zaliczyć też trzeba "Noc Walpurgi" Marcina Bortkiewicza, którego dziennikarz Rafał Pawłowski nie bez przyczyny ochrzcił mianem arthouse’owego Tarantino. Bo Bortkiewicz garściami czerpie z klasyki kina, nawiązuje do Viscontiego, Manna, Cavani czy Polańskiego, by opowiedzieć o (nie tylko) erotycznym starciu cenionej operowej divy i młodego dziennikarza. Czarno-biały, estetycznie wysmakowany film to jedna z najodważniejszych polskich produkcji minionego roku i aktorski popis Małgorzaty Zajączkowskiej, która po latach doczekała się wreszcie roli na miarę swego talentu.
"Intruz" – wszyscy jesteśmy zbrodniarzami
Podczas pewnego uroczystego przyjęcia Mick Jagger, wówczas młoda gwiazda The Rolling Stones, miał zapytać Franka Sinatrę, dlaczego tak cicho śpiewa. W odpowiedzi miał usłyszeć: "Wie pan, bo ja potrafię".
To samo mógłby o sobie powiedzieć Magnus Von Horn, szwedzki reżyser tworzący i mieszkający w Polsce. Jego debiutancki "Intruz", historia chłopaka, który po powrocie z poprawczaka staje się ofiarą ostracyzmu ze strony rówieśników, to dowód ogromnej samoświadomości Von Horna jako reżysera.
Szwed opowiedział tę historię ściszonym głosem, dzięki czemu osiągnął piorunujący efekt. Nie ma w jego filmie spektakularnych scen, ani wielkich konfrontacji. Jest atmosfera tak gęsta, że można ją kroić nożem, jest psychologiczna prawda, kilka znakomitych ról i opowieść o złu, które kryje się w każdym z nas.
Sukcesy polskiego kina w 2015 roku zbiegły się z 10 rocznicą założenia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i stanowiły kolejny dowód na skuteczność działania tej instytucji i następujący na naszych oczach renesans polskiej kinematografii. Polskie kino znalazło się na krzywej wznoszącej. Miejmy nadzieję, że na niej pozostanie.
Bartosz Staszczyszyn, grudzień 2015