W "Nullu" brakuje jednego, aczkolwiek niezwykle istotnego, elementu obecnego w "Komu bije dzwon". W przeciwieństwie do zadania Roberta Jordana, misja Konia i jego kolegów nie ma sensu już na starcie. Różnicę tę wprost artykułuje Jagoda: "Żadnego mostu do wysadzenia, żeby powstrzymać kontrnastup. Dziura w ziemi po złej stronie rzeki. Tylko po to, żeby jeden złodziej z drugim mogli na mapie pokazać, patrzcie, tut przyczółek dzierżym. To, co on [Robert Jordan – przyp. aut.] robił, to miało sens. Za to można było umrzeć na chuj. A umrzeć tut, bladź. Za nic? Z głupoty?".
Bohater Twardocha prowadzi monolog z kolegą, który nie ma siły go słuchać, walczy w szeregach armii, do której wielu nie chce dołączyć, wykonuje zadania niemające celu, broni pozycji, które nikomu nie są potrzebne. Czyżby sprawa była tak prosta: w XXI wieku wszystko traci sens i bohaterowie – którzy w poprzednim stuleciu mieli jeszcze o co walczyć – teraz przestają być potrzebni?
A jednak nie wszystko zostaje zrelatywizowane. To, co prawdziwe, Twardoch pokazuje o świcie – pod koniec powieści. W "Nullu" odżywają stare koncepty: braterstwo (a i siostrzeństwo) broni wprost z dzieł starego Hema. "Kochasz go, Koniu, tak jak wcześniej kochałeś Szablę, tak jak kocha się mężczyznę, z którym razem wyło się ze strachu, próbując pazurami wydrzeć sobie w ziemi jamę, by osłonić się przed spadającym z nieba ogniem, z którym się spało na jednej pryczy, skoro w blindażu była tylko jedna, a na ziemi stała woda, z którym jadło się konserwą na pół, piło ze smutku i opijało też małe, wojenne sukcesy, spalony bmp rozjebanego tosa, zabitych kacapów, cokolwiek". Towarzysze z okopów oddają za siebie życie i masują sobie stopy, pilnują, czy przyjaciel zmienił skarpetki na suche i poświęcają się, by odciągnąć drona od schronu. To ludzie, którzy mogą przekraczać granice moralności czasów pokoju, łamać konwencje wojskowe, kląć na dowódców i dostrzegać bezsens stawianych przed nimi zadań – ale dla kolegi, z którym łączy ich plemienne braterstwo krwi, są w stanie zrobić wszystko.
Autor "Nulla" wróży dość brutalny los swoim bohaterom. "Wasze ciała wsiąkłe w błoto będą po prostu dwoma zdaniami w podręczniku do historii" – pisze słowa, na które może nie zdecydowałby się autor ukraiński. Żołnierze nie są mu obojętni, zależy mu na losie Ukrainy i nie traktuje jej tylko jako pożywki dla własnej wyobraźni, miejsca. Trzyma kciuki za jej wartości, dostrzega potrzebę wolności, która różni Ukraińców od Rosjan. Pokazuje nam jednak, że ci z żołnierzy, którzy przeżyją, wrócą do domów pełni pretensji do wyższego dowództwa, "uchylantów" i cywilów w ogóle, a przede wszystkim z bagażem frustracji i traum. Wrócą z frontu – nie pierwsi w historii – jako stracone pokolenie.