Zdechłolągi i chwasty
Fragment akademii na dziedzińcu arkadowym Zamku Królewskiego na Wawelu - deklamuje Juliusz Osterwa - dyrektor Teatru im. J. Słowackiego, 1932, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe NAC/audiovis.nac.gov.pl
Osterwa twierdził, że zapożyczenia z innych języków to "chwasty na grzędach polmowy [języka polskiego]". O słowie "teatr" pisał, że "mierzi jego uszy" i że jest "obcą nazwą prześladującą nas od czasów greckich". Z pewnym zniesmaczeniem odkrywał, jak wiele zapożyczeń "zachwaszcza" ukochaną przez niego polszczyznę. "To język? To jęzor" – notował, podsumowując swoją wnikliwą analizę słowników przeznaczonych dla szkół średnich. W liście do Stefana Jaracza z roku 1944 pisał stanowczo:
W rozmowie porozumiewawczej należy unikać wyrażeń obcego pochodzenia takich jak »scena«, »aktor« »dyrekcja« »sztuka« »kultura« [...] i tym podobne zdechłolągi.
Umiłowanie rodzimego języka szło w parze z przekonaniem o wyjątkowej, wzniosłej i ponadartystycznej roli sztuk scenicznych. Teatr miał być czymś więcej niż kościół, a aktor – kimś więcej niż artystą tworzącym iluzję. Ambicje Osterwy, by wymienić teatralną nomenklaturę na nową, miały swoje źródło w uznaniu sprawczości języka. Słowa mają nie tylko wpływ na rzeczywistość, ale i same ją ustanawiają. Z teatralnego leksykonu Osterwa chciał wyrzucić słowo "aktor", które uważał za pogardliwe i zastąpić je określeniem "spełnik" – aktor miał być zatem tym, który "spełnia" słowo. "Tak jak się spełnia — czyjś rozkaz", pisał twórca Reduty, wskazując na impresywną funkcję języka, czyli tę związaną z wpływem na odbiorcę; z nakłanianiem do podjęcia konkretnych działań lub przyjęcia konkretnych postaw. Osterwa uważał zresztą, że nazewnictwo ma bezpośredni, ścisły wpływ na rzeczywistość: "Dopóki się nas będzie nazywało aktorami, [...] to my nie ruszymy z miejsca", pisał w 1945 roku, powodowany wizją odmienionego, odrodzonego teatru powojennego.