On sam był zarazem beneficjentem i ofiarą rynkowej transformacji 1989 roku. Początek lat 90. w polskiej muzyce był okresem dzikiego turbokapitalizmu. Wytwórnie muzyczne pojawiały się i znikały, na straganach w całej Polsce sprzedawano tysiące pirackich kaset, a muzycy nie otrzymywali należnych im pieniędzy. W wywiadzie-rzece Staszewski sam wspominał, że po nagraniu "Spalam się" na bazarach widywał swoją kasetę w różnych, przerobionych wariantach, w tym – z okładką ukradzioną Depeche Mode. O tym, jak wyglądały realia ówczesnego rynku wydawniczego, śpiewał w zjadliwym "Moim wydafcy", a na płycie pod tym samym tytułem komentował społeczne przemiany.
Wielka ucieczka
W pierwszych latach nowej Polski muzycy niechętnie śpiewali o polityce. Owszem, Big Cyc nawoływał "Nie wierzcie elektrykom", śpiewając o Wałęsie, jako "czarodzieju z bajki", który zrobił "zwarcie gdzieś w centrali", ale większość muzyków unikała tematów politycznych.
Ryszard Rynkowski zachęcał, by wypić za błędy i dopomóc zmęczonej naturze, a Lady Pank na moment porzucało rebelianckie ambicje, by wypromować swój największy przebój – "Zawsze tam, gdzie ty". Discopolowe gwiazdy zapraszały do eskapistycznej wycieczki po krainie, gdzie najważniejsze były "wolność i swoboda", i gdzie – zgodnie ze słowami Shazzy – panowała zasada "bierz, co chcesz".
I tylko Tilt w 1990 roku śpiewał o Polsce jako kraju, w którym "strach nakazywał cały czas się bać", ale jednocześnie głosem Tomka Lipińskiego zapewniał, że "jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie".
Oddaj 100 milionów