I zaraz dodał: "Był to humor w miarę drapieżny, w miarę wisielczy, zawsze jednak pełen wyrozumiałości i przywiązania do bratnich, jakże często nami pomiatających narodów".
Horacy Safrin, fotografia z Jerzy Biernacki, "Jews in Poland", Interpress, Warszawa 1983, p. 50, fot. Wikimedia.org
Późniejszy człowiek pióra od najmłodszych lat wchłaniał religijne tradycje, wraz z poczuciem humoru z otoczenia rodzinnych Monasterzysk. Sam też wcześnie stał się bohaterem dowcipu, jaki w uroczyste święto Nowego Roku opowiedział chasydom ówczesny prezes kahału, a zarazem dziadek autora:
– Co powiecie na to? Mój sześcioletni wnuczek, odmawiając osiemnaście błogosławieństw, przez cały czas głośno płakał…
– U-wa! – dziwią się Żydzi. – Taki dzieciak, a tak się już przejął modlitwą!
– Przeciwnie… – śmiał się dziadek. – Mój wnuk z płaczem powtarzał: "Aj, dziadziu, to za długie! Aj, dziadziu, to za długie!".
Nie wątpimy, że wraz z lekturą wyboru tych anegdot, autor ich zostanie ciepło wspomniany.
Żyd przychodzi do rabina ze skargą:
– Aj, pomóżcie mi, rabbi! Mam ciężkie kłopoty z zięciem! On nie umie pić, ani grać w karty.
– No, to przecież dobrze.
– Jak to – dobrze?… On nie umie pić, i pije. On nie umie grać, i gra!
Manufakturzysta Nuchim procesuje się ze swoim byłym wspólnikiem. Dwa dni przed rozprawą radzi się adwokata:
– Panie mecenasie, a może by tak posłać sędziemu tuczoną gąskę z moją wizytówką?
– Czy pan oszalał? Sędzia Bielecki to człowiek nieprzekupny. Zaprzepaści pan całą sprawę!…
Proces odbył się i trybunał przysądził Nuchimowi żądaną w pozwie kwotę. Kupiec zjawia się ponownie u adwokata.
– Panie mecenasie, ja panu zdradzę jeden sekret. Ja pana nie posłuchałem i sędzia otrzymał ode mnie gęś.
– Niemożliwe…
– Słowo daję, że tak zrobiłem. Z tą różnicą, że do gąski dołączyłem wizytówkę byłego wspólnika.
Kupiec łódzki w przededniu rozprawy sądowej zmuszony był wyjechać do Krakowa. Prosi więc mecenasa o telegraficzną wiadomość o przebiegu procesu.
Po rozprawie adwokat nadaje depeszę: "Sprawiedliwość zwyciężyła!"
W dwie godziny potem otrzymuje odpowiedź: "Natychmiast wnieś pan apelację!".
W przedziale kolejowym jadą biskup i rabin. Ekscelencja, znający Pismo Święte w oryginale, wskazuje na szereg anachronicznych przepisów, których wciąż jeszcze przestrzegają wyznawcy judaizmu.
Rabbi milczy. Biskup zachęca go do odpowiedzi.
– No, kiedyż zje pan wreszcie kawałek szynki?
– Kiedy? No, na weselu księdza biskupa!
Dwaj uczniowie jeszybotu, Abram i Icek, siedzą w bóżnicy i marzną.
– Słuchaj, Icek, co ty byś robił, gdybyś był, przypuśćmy, tak bogaty jak Rotszyld?
– Też mi kwestia! Ty się lepiej zastanów, co by robił Rotszyld, gdyby był tak goły jak ja!
Fabryka Izraela Poznańskiego, ok. 1895, fot. Muzeum Miasta Łodzi
Łódzki milioner Poznański zamówił u głośnego malarza nowatora reprezentacyjny obraz przedstawiający przejście Żydów przez Morze Czerwone. Po wielu ponagleniach artysta zjawia się wreszcie z kolosalnym płótnem, jednolicie pokrytym czerwoną farbą.
– Co to ma być?
– Morze Czerwone.
– A gdzie wojska faraona?
– Potonęły.
– A gdzie są, u licha, Żydzi?
– Już przeszli.
Do Poznańskiego zgłasza się delegacja kahału z prośbą o datek na budowę synagogi. Bogacz wręcza sto rubli.
– Jak to? – dziwi się prezes gminy wyznaniowej. – Pana syn na ten wzniosły cel ofiarował cały tysiąc.
Fabrykant gładzi siwą brodę.
– Cóż, mój syn może sobie na to pozwolić. On ma oszczędnego ojca. A kogo ja mam? Rozrzutnego syna.
Cadyka z Ropczyc, gdy był jeszcze chłopcem, spytał jeden z chasydów:
– Dostaniesz całego guldena, jeśli mi powiesz, gdzie mieszka Pan Bóg.
– A ja wam dam całe dwa guldeny – odrzekł malec – jeśli powiecie, gdzie Pan Bóg n i e mieszka…
Lekcja języka polskiego.
– Szlomka, co oznacza przysłowie: "Nie wszystko złoto, co się świeci"?
– Dziurę w spodniach.
Właściciel łódzkiej hurtowni radzi się agenta:
– Pozostało nam na składzie dwieście par gabardynowych spodni. Co z nimi począć?
Agent zastanawia się i powiada:
– Sza, mam pomysł! Wyślemy naszym stałym klientom po dziesięć par spodni. Policzymy im właściwą cenę, ale załączone faktury będą opiewać, niby omyłkowo na osiem par. Klienci pomyślą, żeśmy się nabrali, i nie zwrócą paczki, a zapłacą za towar.
Szef zastosował się do rady agenta, ale w trzy dni potem wpadł do składu i zaczął mu wymyślać od osłów i idiotów:
– Pan jesteś kretyn! Pan idź do diabła z pańskim pomysłem! Żaden z klientów nie przyjął towaru, ale wszyscy jak jeden zwrócili nam tylko po osiem par spodni!
Kandydat do małżeństwa jest niezwykle przezornym i podejrzliwym człowiekiem. Toteż swat, na kilka minut przed pierwszą oficjalną wizytą, oprowadza go po mieszkaniu przyszłych teściów i mówi szeptem:
– Przypatrz się pan tym starym srebrom, kryształom i miśnieńskiej porcelanie.
Młodzieniec nadal zachowuje rezerwę:
– Kto wie? Może to wszystko jest pożyczone od sąsiadów?
– Gadanie! – przerywa mu swat. – Kto by takim ludziom cokolwiek pożyczał?!
Lichwiarz Pines poucza swego syna:
– Powiedz no, Icuniu, co byś zrobił znalazłszy na ulicy dziesięć złotych?
– Schowałbym do kieszeni.
– Nie, tak się nie postępuje synu. Jeśli znajdziesz dziesięć złotych, to zaniesiesz je na policję. Tam ciebie pochwalą, dadzą jednego złotego jako znaleźne i powiedzą: "Icek Pines to porządny człowiek".
– Dobrze, tate.
– A powiedz mi synu, co ty byś zrobił znalazłszy dziesięć tysięcy dolarów?
– Zaniósłbym je na policję, tam by mnie pochwalili, dali tysiąc dolarów jako znaleźne…
– Nigdy w świecie – przerywa mu ojciec. – Jeśli znajdziesz taką sumę pieniędzy, to schowaj je do kieszeni.
– Tate – protestuje syn – to oni przecież nie powiedzą: "Icek Pines to porządny człowiek".
– Oj, głupi. Jak masz w kieszeni dziesięć tysięcy dolarów, to ty potrzebujesz być porządnym człowiekiem?
Bankier wiedeński Salomon Hamburger zmarł bezdzietnie. Ponieważ jednak do końca życia nie opuszczała go myśl o pieniądzach, a przy tym na starość zdziecinniał, umieścił w testamencie taką oto klauzulę:
"Każdy z wyżej wymienionych spadkobierców winien bezpośrednio przed pogrzebem włożyć do mojej trumny tysiąc koron".
Dwaj siostrzeńcy podporządkowali się, acz niechętnie, ostatniej woli dziwaka.
Trzeci siostrzeniec podszedł do trumny, wyjął z niej dwa tysiąckoronowe banknoty i włożył weksel, opiewający na trzy tysiące koron.
Pewien dziedzic wezwał do siebie arendarza.
– Słuchaj no, Moszku, opowiadali mi, że jesteś bardzo mądrym człowiekiem. Chciałbym ci zadać kilka pytań. Ale uprzedzam, że za każde pytanie, na które nie odpowiesz, zapłacisz mi guldena.
– Dobrze – zgadza się Żyd. – Ale jeśli ja zadam pytanie, a jaśnie pan nie odpowie?
– To wtedy ja zapłacę ci dziesięć guldenów... No, zakład stoi? Więc pytaj!
– Co to takiego jest, proszę łaski jaśnie pana? Ono wzlatuje do góry na dwóch skrzydłach, a opada na dół na siedmiu?
Szlachcic długo się namyśla, w końcu oświadcza:
– Nie wiem. Masz tu dziesięć guldenów. Ale powiedz mi, proszę, co to za dziwny stwór?
– Ja też nie wiem, jaśnie panie – wyjaśnia z uśmiechem arendarz i zwraca dziedzicowi guldena.
Herszel wędrując gościńcem napotkał raz wspaniałą karetę, z okna której wyzierała spasiona twarz magnata.
Wielmoża dostrzegł chałaciarza, kazał zatrzymać pojazd i huknął:
– Ej, parchu! Skąd jesteś?
– Z Ostropola – odpowiada Herszel nie zdejmując czapki.
Magnat wskazuje laską na okrytą głowę sowizdrzała i woła groźnie:
– Czapka! Czapka!
– Czapka też z Ostropola – tłumaczy spokojnie Herszel.
Jan Czesław Moniuszko, "Jankiel Cymbalista", kartka pocztowa, 1900-1945, fot. Biblioteka Narodowa Polona
Znany publicysta i żydożerca Adolf Neuwert-Nowaczyński podczas literackiego bankietu wzniósł toast na cześć Juliana Tuwima:
– Nie ma literatury polskiej bez Adama Mickiewicza, nie ma Adama Mickiewicza bez "Pana Tadeusza", nie ma "Pana Tadeusza" bez Jankiela… Niech żyje Tuwim!
Poeta odpowiedział:
– Nie ma literatury polskiej bez Adama Mickiewicza, nie ma Adama Mickiewicza bez "Pana Tadeusza", nie ma "Pana Tadeusza" bez Jankiela, nie ma Jankiela bez cymbałów… Niech żyje Nowaczyński!
Do stolika na półpięterku "Ziemiańskiej", przy którym rezydował Tuwim w towarzystwie Jana Lechonia i Józefa Wittlina, podszedł debiutujący rymopis, któremu udało się wydrukować kilka wierszy w gazecie codziennej, i wyciągając rękę w kierunku poety zawołał kordialnie:
– Serwus, kolego!
Tuwim uścisnął podaną mu dłoń i spytał współczującym głosem:
– Kolego? To pan także ma katar?
W szkole berlińskiej po dojściu Hitlera do władzy nauczyciel ze swastyką na ramieniu zapisuje uczniów. Wszystkie imiona brzmią jak przystało na germańską rasę: Baldwin, Helmut, Knut. W końcu podnosi się mały chłopiec o mocno zakrzywionym nosie.
– A ciebie jak wołają, Żydku? – pyta drwiąco wychowawca.
– Pan się, panie nauczycielu, uśmiejesz: Adolf.
Szmul Gryner udaje się do Towarzystwa Ubezpieczeń "Feniks".
– Chciałbym ubezpieczyć się na życie.
– A ile ma pan lat?
– Sześćdziesiąt.
– Trochę za dużo…
– Tak, ale ja pochodzę z długowiecznej rodziny.
– Hm… zastanowimy się – powiada dyrektor. Proszę przyjść jutro.
– Jutro nie mogę. Szabas!
– To w poniedziałek.
– W poniedziałek nie mogę. Urodziny ojca.
– A ile lat ma ojciec?
– Osiemdziesiąt.
– W takim razie proszę przyjść we wtorek.
– Nie mogę. We wtorek jest ślub dziadka.
– A ile lat liczy sobie pański dziadek?
– Niedawno ukończył sto.
– I w tym wieku jeszcze chce się żenić?
– Co znaczy chce? M u s i!
Potaż, wspólnik Torczynera, zapałał gwałtownym afektem do jego urodziwej małżonki Adeli. Ona jednak nie zamierzała łamać ślubnej przysięgi. Jej opór przełamało dopiero dwa tysiące złotych.
– Czy był tu Potaż? – rzuca zaskakujące pytanie mąż po powrocie z podróży.
– Tttak… – jąka się Adela.
– Aj, aj, aj, jaki porządny człowiek. Rano pożyczył ode mnie dwa tysiące złotych i przyrzekł, że odda tobie wieczorem. No, i dotrzymał słowa.
Abram za każdym razem ogląda się za przechodzącymi młodymi kobietami.
– Słuchaj no! – powiada Sara z wyrzutem. – Zauważyłam, że na widok każdej przystojnej gojki zapominasz, że jesteś żonaty…
– Wprost przeciwnie, kochanie! Wprost przeciwnie! – wzdycha Abram.
W biurze kupca zbożowego pracowało dwóch młodzieńców. Henoch dostawał tygodniowo sześć guldenów, Joel – trzy.
– Czemu mój zarobek jest o połowę mniejszy? – odważył się kiedyś spytać szefa.
– Hmm… – westchnął kupiec. – Na targ zajechały furmanki. Zobacz no, co chłopi przywieźli.
Joel wychodzi z biura i wraca z informacją:
– Oni przywieźli kukurydzę.
– Zobacz, ile tej kukurydzy jest na wozach.
Joel wraca z informacją:
– Sześćdziesiąt cetnarów.
– Spytaj, skąd ją wiozą.
Joel wraca z wieścią:
– Z Jabłonowa.
– Spytaj no, do kogo ją wiozą.
Joel wraca i mówi:
– Do Pinkusa Bergera.
– Doskonale – powiada szef. – A teraz zawołaj Henocha.
Po analogicznym poleceniu: "Zobacz no, co chłopi przywieźli", Henoch po kwadransie informuje:
– Chłopi przywieźli z Jabłonowa sześćdziesiąt cetnarów kukurydzy dla Pinkusa Bergera. Dałem im pięć halerzy od wora więcej i kukurydza jest już w naszym magazynie.
– Ot, widzisz, co znaczy być przewidującym – poucza kupiec nierozgarniętego młodziana.
Kilka dni później zaniemogła żona szefa. Joel otrzymuje polecenie:
– Biegnij w te pędy po doktora.
Mija kwadrans, pół godziny. Po czterdziestu minutach zjawiają się: lekarz, rabin, przedstawiciel kahału, zarządca cmentarza i czterech Żydów z "Ostatniej Posługi" taszczących trumnę…
Joel się wykazał.
Hurtownik galanteryjny Lejzor przychodzi do adwokata, który podjął się jego obrony w sprawie o umyślne bankructwo.
– Proszę mi opowiedzieć dokładnie, jak do tego doszło – mówi obrońca. – Muszę wiedzieć całą prawdę.
– Nu, czemu ja miałbym kłamać? – odpowiada Lejzor. – Kłamać to rzecz pana mecenasa.
Lejbusz oznajmia przyjacielowi:
– Wiesz, zawarłem spółkę z Zylberem.
– Jak to, zawarłeś spółkę? Przecież ty nie masz nawet złamanego szeląga!
– Nu tak, on ma pieniądze, a ja doświadczenie.
– To za kilka miesięcy zamienicie się rolami: ty będziesz miał pieniądze, a on doświadczenie.
Dwaj wspólnicy Ajzyk i Chaim jadą leśną drogą. Nagle z gęstwiny drzew wypada banda rabusiów. Herszt zbójców wycelowawszy lufy dwóch pistoletów w piersi przerażonych kupców, woła:
– Pieniądze, albo życie!
Kupcy drżącymi rękami sięgają po sakiewki. W tej chwili Ajzyk zwraca się do wspólnika:
– Wiesz co, Chaim, ja na śmierć zapomniałem, że jestem ci jeszcze winien pięćset rubli. Masz tu swoje pieniądze i jesteśmy kwita.
Obraz artysty malarza Włodzimierza Bartoszewicza "Spław zboża w Kazimierzu", fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe NAC
Urzędnik zgłasza się do szefa, hurtownika zbożowego:
– Reb Majer, pszenica w naszym magazynie tęchnie. Trzeba ją koniecznie przeszuflować.
– Co to mnie będzie kosztować?
– Co najmniej dwieście złotych.
Szef popada w zadumę. Po upływie kilkunastu minut dyktuje pracownikowi list do Urzędu Celnego:
"Donoszę uniżenie, że kupiec zbożowy Majer Blum ukrył w swoich magazynach pod pszenicą pochodzący z przemytu tytoń bułgarski".
Po otrzymaniu anonimu Urząd Celny wydelegował inspektora i czterech robotników, którzy dokładnie przeszuflowali pszenicę.
Pewien Żyd zjawił się u krawca z materiałem na garnitur. Ten przemierzył tkaninę i oświadczył, że na surdut i spodnie jej nie starczy. Klient udał się do drugiego mistrza igły, który przyjął zamówienie. Kiedy w pierwszy dzień Nowego Roku Żyd przyszedł do bóżnicy wystrojony w nowy garnitur, nie bez zdziwienia zauważył, że dziesięcioletni synek drugiego krawca ma na sobie ubranko z jego materiału.
– Jak to jest? – zwrócił się do pierwszego z majstrów. – Miało nie starczyć sukna na garnitur dla mnie, a tamten nie tylko go uszył, ale jeszcze zdołał wykroić ubranko dla swojego dziecka.
– No tak, tylko, że ja mam bliźniaki – wyjaśnił rzeczowo nagabnięty.
Szeregowiec Morduch odznaczył się na froncie. Pułkownik wzywa go do siebie i każe wybrać między Krzyżem Świętego Jerzego, a nagrodą w wysokości stu rubli. Żyd waha się.
– A ile jest wart Krzyż Świętego Jerzego?
– Tak stawiać sprawę to wstyd – strofuje go dowódca. – Krzyż co prawda wart jest najwyżej rubla, ale to wielki honor i wyróżnienie.
– Ja rozumiem – kiwa głową Morduch. – W takim razie ja poproszę o Krzyż i dziewięćdziesiąt dziewięć rubli.
Bajnysz spotyka Majera.
– Gdzie pracujesz?
– Nigdzie.
– A co robisz?
– Nic.
– Jak Boga kocham, fajne zajęcie.
– Tak, fajne to ono jest, tylko, że ogromna konkurencja.
Po dojściu Mussoliniego do władzy z włoskich firm zaczęto zwalniać pracowników wyznania mojżeszowego. Wtedy to dyrektor lwowskiej filii włoskiego Towarzystwa Ubezpieczeń "Generali" oznajmił obrotnemu agentowi Gedeonowi Lipszycowi:
– Jesteśmy niezmiernie zadowoleni z pańskiej pracy, ale sam pan wie, co się dzieje. Ponieważ nasze ustawy są liberalniejsze od hitlerowskich, wystarczyłoby panu zmienić wyznanie. Proszę zatem przyjąć chrzest i wszystko będzie w porządku.
Po namyśle żydowski agent się zgodził. Z pobliskiej parafii sprowadzono proboszcza. Dyrektor przedstawił mu przyszłego neofitę i dyskretnie się wycofał. Upływa godzina, półtorej, dwie… Wreszcie w drzwiach staje spocony jak mysz proboszcz, a za nim triumfujący Gedeon Lipszyc. Dyrektor zrywa się krzesła.
– Można panu złożyć gratulacje? Już pan ochrzczony?
– Ja ochrzczony? – zdziwił się Gedeon. – Dlaczego? Pan ksiądz jest ubezpieczony na życie…
W przedziale kolejowym toczy się rozmowa o sławnych ludziach. Przy oknie siedzi inteligent żydowski i co chwila wtrąca krótką uwagę o pochodzeniu danej osobistości.
– Zamenhof…
– Żyd.
– Spinoza…
– Żyd.
– Kolumb…
– Maran, wychrzczony Żyd hiszpański.
– Mickiewicz…
– Miał matkę neofitkę.
Siedząca obok jejmość wykrzykuje ze zgorszeniem:
– Jezus Maria!
– Zgadła pani. Też Żydzi!…
Rzecz dzieje się w Petersburgu.
Żyd wpadł do Newy. Fala go zalewa. Żyd woła:
– Gwałtu! Ratunku!
Wzdłuż brzegu przechadzają się dwaj carscy policjanci, ale ani im się śni reagować na krzyk tonącego.
– Ratunku!
Policjanci szczerzą zęby w szyderczym uśmiechu.
Żydowi śmierć zagląda w oczy. Unosi po raz ostatni głowę i krzyczy jak może najgłośniej:
– Precz z caratem!
Policjanci momentalnie wskakują do rzeki, wyciągają go na brzeg i prowadzą do cyrkułu.
Zelig otrzymuje list z Ameryki. Zaczyna czytać i oznajmia grobowym głosem:
– Nasza ciotka Ruchla umarła...
– Oj, co za nieszczęście! – woła płaczliwym głosem małżonka.
– Czekaj, czekaj! – mityguje ją Zelig. – Zapisała nam w testamencie pięć tysięcy dolarów...
– Aj, daj jej, Boże, zdrowie!
Żyd z Buczacza został skazany za sfałszowanie weksli. Karę aresztu powinien odsiedzieć w stanisławowskim więzieniu. Z ciężkim sercem i małym tobołkiem udaje się tedy na dworzec.
Po drodze spotyka przyjaciela. Ten pyta go:
– Dokąd idziesz, Chaim?
– Idę jechać siedzieć…
Spytajcie dziedzica antysemitę o Żydów, a odpowie wam:
– To najgorszy naród pod słońcem! Samo oszuści i złodzieje!
– A co pan powie o Dawidku?
– Hm… Dawidek to… poczciwości człowiek. Kupuje, panie dobrodzieju, moje zboże na pniu i nigdy nie próbował mnie wywieść w pole.
– A Samuel?
– Hm… uczciwości człowiek. Temu bym, panie dobrodzieju, powierzył cały swój majątek.
Spytajcie Żyda o Żydów, a odpowie wam:
– To naród wybrany, naród proroków, mędrców i kapłanów!
– A jakie jest twoje zdanie o Dawidku?
– Oj, ten łotr, ten złodziej! On mi sprzedał wagon pszenicy, tfu, po jakiej cenie! Jak ty śmiesz przy mnie o nim mówić?
– A Samuel?
– Oj, niech go ziemia pochłonie!
W armii austriackiej oficer po porywającym wykładzie zwraca się do rekruta Gecla:
– Co powinien odczuwać żołnierz w czasie bitwy na widok powiewającego sztandaru?
– On powinien, Herr Leutnant, odczuwać wiatr.
Kapitan wykłada kompanii o obowiązkach żołnierza, a następnie pyta wyrywkowo:
– Szeregowiec Perlmutter! Dlaczego wzorowy żołnierz, gdy zachodzi potrzeba, ma umrzeć za cesarza i ojczyznę?
Szeregowiec Perlmutter wylewnie i z ożywieniem:
– Racja, panie kapitanie! Ja także się pytam: dlaczego ten żołnierz ma umrzeć za cesarza i ojczyznę?!…
W Ameryce w przedziale kolejowym siedzi Żyd, a naprzeciw niego młodzieniec w marynarce w kratkę. Jankes zaczyna się popisywać oryginalną sztuką. Opluwa ściankę wokół głowy Żyda… Po tym wyczynie wstaje i przedstawia się:
– John Clark, mistrz świata w pluciu.
Żyd, nie namyślając się długo, pluje mu prosto w twarz, po czym również wstaje i przedstawia się:
– Izrael Eksztajn, amator.
Żyd dyskutował z Grekiem, czyja kultura jest wyższa.
Grek powiada:
– Dam ci niezbity dowód wyższości naszej kultury. Trzy lata temu ekspedycja archeologiczna znalazła obok Teb zakopane w ziemi druty. Z tego wynika niezbicie, że w starożytnej Grecji istniał już telegraf.
Na to Żyd:
– Też macie się czym chwalić! W Palestynie przekopano całą okolicę Jaffy i nic nie znaleziono. Z tego niezbicie wynika, że nasi przodkowie mieli już telegraf bez drutu…
Bibliografia
- Horacy Safrin, "Przy szabasowych świecach", Łódź 1963
- Horacy Safrin, "Przy szabasowych świecach. Wieczór drugi", Łódź 1981