A wszystko to poniekąd za sprawą przypadku. Propozycję pracy nad filmem Łaskawiec otrzymał bowiem w ostatniej chwili, a rolę głównego operatora przejmował jako "strażak". W rozmowie z Jakubem Jakubowskim z Gazeta.pl wspominał:
To była szybka i spontaniczna akcja. Pytanie, czy mogę być za tydzień w Abu Dhabi na planie zdjęciowym. […] Pierwsze klapsy już padły, ale nie zaiskrzyło między reżyserem a autorem zdjęć i potrzebne było szybko zastępstwo. Nie miałem żadnych planów, więc stwierdziłem, że wchodzę w to. Dopiero później zdałem sobie sprawę, w co wchodzę i jak wielką odpowiedzialność biorę na swoje barki.
Gdy po raz pierwszy zjawiłem się na planie, popatrzyłem w niebo, wziąłem głęboki oddech i zadałem sobie pytanie - dlaczego ja? Co ja tu robię? Przecież nawet nie miałem debiutu operatorskiego, a teraz jestem na planie olbrzymiej produkcji, która ma 120 dni zdjęciowych w kilku krajach i jest jednym z najbardziej oczekiwanych filmów w Indiach. Nie było jednak czasu na rozmyślanie […]. Wszedłem więc z marszu i poszło.
Za zdjęcia do "Tygrysa…" polski operator otrzymał bollywoodzkiego Oscara, a jeszcze przed jego premierą posypały się kolejne propozycje pracy. Łaskawiec został operatorem trzech kolejnych filmów Aliego Abbasa Zafara – w 2019 roku na ekrany trafił ich "Bharat", kolejny film z Salmanem Khanem w roli głównej, a w kolejnych latach razem realizowali thriller "Jogi", akcyjne "Bloody Dady" i sensacyjny film science-ficion "Bade Miyan Chote Miyan". Także dzięki nim Łaskawiec jest dziś zaliczany do największych gwiazd operatorskich hinduskiego kina.
Dla polskich operatorów Bollywood stało się bowiem nową filmową ziemią obiecaną. Z wielkimi budżetami, ilością produkcji bijącą na głowę Hollywood oraz gigantyczną publicznością, indyjskie kino stanowi dla nich wyzwanie, ale też szansę na spotkanie z inną kulturą i estetyczną wrażliwością. Historie Artura Żurawskiego czy Marcina Łaskawca przekonują, że Bollywood bywa trampoliną do wielu (nie tylko azjatyckich) zawodowych spełnień.