Kasia pokazywała mi listy, które dostawała od fanów. Szokujące dla mnie było to, ile było w nich podziwu wobec niej, fascynacji, fantazji, a wraz z nimi przemocy. Jeden z jej fanów pisał, że ją zabije, jeśli szybko mu nie odpisze.Mężczyźni wylewali w tych listach swoje frustracje i żale – trochę kącik terapeutyczny. Ta korespondencja zdaje się unaoczniać lęki tego pokolenia: konieczność służby wojskowej, rezygnacja z wolności, brak perspektyw – więc będzie trochę lżej, gdy osobliwa dziewczyna wyśle im swoje zdjęcie.
Poruszająca była dla mnie historia Mao Star (Małgorzaty Starowieyskiej), zmarłej w wieku 52 lat, zmagającej się z chorobą alkoholową. Obecny w niej wątek berliński – wyjazd na Zachód i zderzenie się z tamtejszą rzeczywistością – to emblematyczna historia dla wielu polskich artystek i artystów tamtych czasów.
Emigracja dla wielu z nich była ciężkim doświadczeniem. Musieli odnaleźć się w innym ustroju, w którym jako uchodźca musisz walczyć o to, żeby utrzymać się na powierzchni, a twój los zależy od tego czy urzędnik przedłuży ci Duldung, pobyt tolerowany. Wiele z tych osób grało na ulicach, mieszkało na skłotach. Dostęp do dragów na Zachodzie był o wiele łatwiejszy, więc zaczynali z nimi eksperymentować – i niejeden życiorys się w ten sposób zakończył. Z drugiej strony Berlin tamtych lat musiał być hipnotyzujący. Artystyczna mekka, która przyciąga outsiderów, freaków i wyrzutków. Ale to miało swoją cenę i nieraz była to cena życia.
Mao Star była przede wszystkim malarką i performerką. Muzyka była dla niej ramą działań artystycznych. Chodziło jej o tworzenie sztuki w ruchu, performance, taniec, action painting – w galerii czy klubie leciała ostra muzyka, a ona na środku sali szkicowała obraz za obrazem, sprzedawała jeden za kilka marek, po czym zabierała się do następnego – bardzo punkowa metoda. Nagrania jej muzyki nie są dostępne, udało mi się dotrzeć do kasety, którą ocaliła badaczka jej życiorysu, Kapsyda Kobro-Okołowicz, a Irena Jagiełka puściła mi ich wspólne nagrania z prób.
Gdy Tomek Świtalski, saksofonista Brygady Kryzys, opowiadał mi o Mao Star, użył określenia, że miała „żużel w środku”. Pierwotnie właśnie tak chciałam zatytułować tę książkę. Żużel to produkt uboczny spalania, coś, co zostaje, gdy ogień jest zbyt intensywny. Dla mnie historia Mao Star odzwierciedla losy każdej z tych kobiet. Chęć tworzenia za wszelką cenę w ich przypadku zawsze wiązała się ze spalaniem samej siebie.
Gdy pisałam rozdział o niej, myślałam o absolwentkach ASP, które siedzą na kasie w sklepie czy stoją za barem. O tym, jak się czują, gdy czytają w internecie komentarze, że skoro nie potrafią się utrzymać ze swojej sztuki, to jest ona bezwartościowa.
W kontekście ostatniej awantury o dopłaty do emerytur artystów wstrząsająca jest historia już wspominanej przez ciebie multiinstrumentalistki Ireny Jagiełki i jej ośmiu złotych emerytury. A lista jej dokonań jest imponująca – współpracowała z większością zespołów wrocławskiego podziemia lat 80. (m.in. Miki Mousoleum, Kaman & the Big Beat czy Los Loveros), grała w polsko-norweskim Holy Toy czy wspomnianym już przez nas Fatum.
Ta lista jest jeszcze dłuższa i myślę, że wciąż nie udało mi się ustalić wszystkich zespołów, w których grała. W lutym tego roku pojechałam na jej pogrzeb. Byli tam prawie sami faceci i niesamowite wrażenie zrobiło na mnie to, z jakim podziwem o niej mówili. Cenili ją za hardość, wolnego ducha, za to, że żyła, tak jak chciała – co też ją sporo kosztowało. Przy pierwszym spotkaniu była wobec mnie bardzo nieufna, więc domyślam się, że miała za sobą też trudne doświadczenia.
Pisząc rozdział o niej, czułam gniew, bo widziałam, że żyje w nędzy i choruje. Siłą rzeczy spod palców wychodził mi reportaż interwencyjny. Uznałam, że spróbuję o nią zawalczyć: może jeśli książka by się poniosła, to ktoś by jej pomógł. No, ale nie zdążyłam.