Ale zarazem świat jej powieści jest dosyć konwencjonalny i konserwatywny, a ona sama jak na swoje czasy żyje bardzo niekonwencjonalnie. Po pierwsze, pisze – a kobiety pisarki to wtedy ciągle rzadkość. Po drugie, zarządza majątkiem, obcina włosy, ubiera się po męsku. Potem w jej samotności pojawiają się jej długoletnie towarzyszki życia – najpierw Helena Weychert, a następnie Jadwiga Skirmutt.
Rodziewiczówna dba o konserwatywny schemat swoich powieści, o jego bezpieczeństwo. Dlatego w tych fabułach na ogół najciekawsze jest to, co się dzieje na drugim, trzecim planie.
Maria Rodziewiczówna, fot. Polona.pl
Przez lata jej powieści interpretowano głównie w myśl konserwatywnego schematu, zakładając, że wszystko, co w nich dziwne lub niewygodne, np. figury wolnomyślicieli, anarchistów czy nihilistów, z pewnością przez Marię jako autorkę są napiętnowane. Tymczasem to wcale nie jest takie oczywiste, dlatego warto patrzeć w tych książkach na to, co ukryte, co wydaje się stać w sprzeczności z głównym bohaterem czy bohaterką. Bo być może to trzymanie się bezpiecznych schematów wiązało się z koniecznością kamuflowania się? Nie zapominajmy, że jej biografia to także opowieść o homofobii i o tym, jak wpływa ona na decyzje, wybory, całe życie jednostki, która nie może liczyć na akceptację społeczeństwa.
Ale można powiedzieć, że dobrze sobie radziła – osiągnęła sukces jako pisarka, jej powieści sprzedawały się w ogromnych nakładach, żyła tak, jak chciała w czasach, kiedy dla kobiet było to bardzo trudne. Dopiero w międzywojniu spotykały ją pewne złośliwości.
Tych złośliwości wtedy było już niemało. Na Polesiu, wśród urzędników, plotkowano o jej fizycznej dwupłciowości. Na warszawskich salonach chętnie powtarzano anegdotę o powitaniu Rodziewicz podczas jednej z uroczystości słowami: "panie, panowie i ty, Mario Rodziewiczówno". W latach trzydziestych pojawia się też tekst Ireny Krzywickiej, która, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, zrobiła Marii outing — wyciągnęła jej homoseksualność.
Ale myślę też, że przy tych wszystkich drwinach, bycie przedstawicielką swojej klasy chroniło ją. W Hruszowie przez lata mogła żyć poza podejrzeniami. Chłopów białoruskich i poleskich nie interesowało przecież, z kim Maria mieszka, tylko jaką jest panią i czy dobrze zarządza majątkiem. Nie mówiąc już o tym, że we dworach mieszkali wspólnie bliżsi i dalsi krewni, powinowaci rożnej maści i to nikogo nie dziwiło.
Poza tym Rodziewicz jeszcze przed I wojną była jedną z liderek konserwatywnych emancypantek, Ziemianek — to również dawało jej immunitet.
Piszesz, że Maria sama nie chciała nazywać się feministką.
Odżegnywała się od tego słowa w latach trzydziestych XX wieku. Tyle że to kolejna w życiu Rodziewicz sprawa, do której przykładanie dzisiejszej miary nie okaże się szczególnie owocne. Virginia Woolf w 1929 roku też obawiała się (pisała o tym w dziennikach), że po publikacji "Własnego pokoju" nie będzie traktowana poważnie, zostanie "zaatakowana jako feministka i podejrzewana o safizm". Czyli widzimy, że słowo "feministka" nie należy wówczas do najwygodniejszych, może nawet narobić kłopotów. Widoczny jest w tym raczej lęk przed ideologicznym uwikłaniem, a nie przed samą feministyczną postawą, której sednem jest dążenie do równouprawnienia kobiet we wszystkich obszarach życia. W tym sensie trudno dzisiaj nie myśleć o Marii jak o feministce — była kobietą szalenie wyemancypowaną, niezależną, sama decydowała o swoim życiu.
Ale lata trzydzieste to też niestety czas, w którym daje o sobie znać jej polski szowinizm — II RP politycznie przyniosła jej bardzo duże rozczarowanie, pisarka miała nadzieję, że Polska na Kresach będzie silniejsza.
W latach trzydziestych Rodziewiczówna się radykalizuje, ale konserwatywna była chyba zawsze. W jej powieściach nawet jeśli niektóre bohaterki studiują za granicą, kończą medycynę, to najczęściej i tak wychodzą za mąż.
To jest właśnie to dbanie o konserwatywny schemat, o którym już wspomniałyśmy. Ale jako przeciwwagę przywołam tu powieść "Nieoswojone ptaki" z początku XX wieku, w której pisarka broni rozwodów, ratując swoją bohaterkę od nieudanego małżeństwa. A z kolei w latach trzydziestych widzimy Marię Rodziewiczównę, która sprzeciwia się projektowi nowoczesnego prawa małżeńskiego. Więc znowu sprzeczności!
Tym, co nas może niepokoić, jest też jej antysemityzm, który pojawia się również w powieściach, gdzie Żydzi są zazwyczaj przedstawiani jako negatywni bohaterowie – którzy np. wykupują od dziedzica las.
Tak, i rąbią drzewo na klepki, a to jest w świecie Rodziewiczówny, jak wiadomo, gest świętokradczy. Ten antysemityzm, głównie o podłożu ekonomicznym, dodajmy, ma oczywiście związek z miejscem w świecie, które Maria Rodziewicz zajmowała, wypływał z wielu konfliktów, w których tkwiło kresowe ziemiaństwo, wyrzucone po powstaniu styczniowym ze swoich domów, pozbawione możliwości nabywania ziemi.
Czesław Miłosz bardzo ciekawie pisał, że dla środowisk, które opisuje Rodziewiczówna, słowo "antysemityzm" byłoby niezrozumiałe. Po prostu taki był porządek tamtego świata, odraza do Żydów równała się odrazie do zła, którą są brudne, bo finansowe, transakcje. Dzisiaj jesteśmy świadomi historii XX wieku i wiemy, jakie to wszystko miało konsekwencje, więc patrzymy na ten antysemityzm zupełnie inaczej – on nas słusznie przeraża. Ale warto zaznaczyć, że relacje między Rodziewiczówną a społecznościami żydowskimi miały też zupełnie inną stronę: znana jest informacja o tym, że pisarka przyczyniła się do odbudowy chederu, żydowskiej szkoły w Antopolu, że przekazywała pieniądze na potrzeby najbiedniejszych członków żydowskich społeczności — i to w czasach, gdy szalała antysemicka agitacja. Wiemy też, że Żydzi zamieszkujący niedaleko Hruszowej wspominali pisarkę z szacunkiem i sympatią.
A jak było z recepcją twórczości Rodziewiczówny? Pod koniec życia prawie nic nie publikuje, ale jednocześnie wciąż jest niezwykle poczytną pisarką. W okresie drugiej wojny cały czas jej ktoś pomaga. Kiedy żyją z Jadwigą Skirmuntt w Warszawie jest im ciężko, ale cały czas ktoś przesyła paczki, przynosi coś do jedzenia, w czasie powstania warszawskiego jest przenoszona do bezpieczniejszych miejsc, harcerze ją wynoszą na noszach – wszyscy ją traktują jako znaną pisarkę, taką, której powieści były dla nich bardzo ważne.
"Lato leśnych ludzi", fot. MG
W latach dwudziestych i trzydziestych Rodziewiczówna rzeczywiście publikuje niewiele nowości – po pierwszej wojnie światowej ukazuje się "Lato leśnych ludzi", potem powieść "Gniazdo Białozora" i trochę opowiadań. Ale ukazują się też jubileuszowe wznowienia jej wcześniejszych powieści, więc wciąż jest autorką czytaną. Ciekawe jest też to, o czym wspomniałaś — czyli jej ogromna czytelnicza popularność i uwielbienie, które objawiają się w tym, jak ludzie dbają o nią w czasie drugiej wojny światowej. Pisarski immunitet pomaga jej przetrwać, bo nie brakuje tych, którzy chcą jej i towarzyszącej jej Jadwidze Skirmuntt pomóc. Czyli widzimy, że wciąż jest ważna, tak samo jak była ważna w drugiej połowie lat trzydziestych, kiedy okrutnie śmiano się z jej odmienności w szopkach politycznych, ale równocześnie portretowano ją w nich np. obok ministra spraw zagranicznych Józefa Becka.