Pierwsza płyta twojego Chopinowskiego konceptu nosi podtytuł Deconstructions, druga – Reworks.
Deconstrucions to instrumentalne aranżacje muzyki Chopina. Zagrane tak, jak zawsze chciałem grać, i z ludźmi, którzy kształtowali mój gust muzyczny przez całe życie. Te nagrania były surowcem, na którym pracowali autorzy utworów zawartych na płycie Reworks. Mamy do czynienia z podwójnym procesem odchodzenia od oryginału.
Sam zbudowałem w domu studio dźwięku przestrzennego. Moje wrażenia są porównywalne do tego, co musieli czuć ludzie przy przejściu z mono na stereo. To fenomenalne doświadczenie, ale zaznaczam: wyłącznie na głośnikach. Słuchanie przestrzenne na słuchawkach to na razie raczej tylko chwyt reklamowy.
Jaka metoda kompozytorska przyświecała ci przy pracy? Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest brak fortepianu.
Fortepian odrzuciłem od razu. Jeżeli nie jesteś wirtuozem, to w kraju, w którym mamy kult muzyki Chopina, Konkurs Chopinowski, gdzie możemy na żywo słuchać najlepszych z najlepszych interpretatorów jego muzyki, to byłaby misja skazana na porażkę. Wszystko, co nie jest warsztatowo wybitne, w moim odczuciu brzmiało jak cepeliada albo w najlepszym wypadku dżingiel puszczany w PKP Intercity. Uznałem, że Chopin nie zasługuje na taką profanację. Mogłem podejść do tego materiału wyłącznie przez pryzmat własnej wrażliwości, harmonii i dekonstrukcji właśnie.
Samo wyrzucenie fortepianu było jednak dopiero pierwszym krokiem, za mało rewolucyjnym, by na poważnie dyskutować z oryginałem. Trzymałem się głównie struktury harmonicznej. Często pomijałem główny, najbardziej oczywisty motyw, a wyciągałem na pierwszy plan melodie ukryte głębiej. U Chopina pod głównym tematem kryje się mnóstwo równoległych, fascynujących wątków.
O wiele ciekawsze i bardziej nośne niż znana melodia bywały dla mnie partie grane lewą ręką albo pochody basowe. Bardzo często zmieniałem akcenty, wprowadzałem nagłe zawieszenia dźwięku albo zmiany nastroju. Tam wszystko jest z Chopina, ale punkt ciężkości przeniósł się w zupełnie inne rejestry. Myślę, że to też jest bardzo swoiste dla kogoś, kto wychowywał się w Polsce, gdzie muzyka Chopina jest tak oczywistą częścią krajobrazu poznawczego: kiedy kończył się program telewizyjny, leciał Chopin, w samolocie i pociągu jest Chopin, w serialu i koncercie życzeń też. Potrzeba odejścia od tych najbardziej znanych i oczywistych motywów była najbardziej paląca.
Szczerze mówiąc, dopiero podczas pracy nad tą płytą uświadomiłem sobie niesamowitość tych harmonii. To nie są po prostu ładne akordy, tam kluczowy jest kontekst. Wcześniej wydawało mi się, że wyjście poza tradycyjne skale muzyczne to domena współczesnej awangardy, a to wszystko było już w muzyce Chopina.